Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Rycerze mroku.djvu/76

Ta strona została uwierzytelniona.

— Może do cukierni? — zaproponował, gdyż dzięki hojności Balasa przed wyścigami, posiadał nieco pieniędzy.
— Do cukierni? Nie!.. Wolę do „Mordowni!”
Jeśli napomknienie Mary o jakimś planie — niepomiernie zaintrygowało Welskiego, bardziej jeszcze się zdumiał, posłyszawszy o jej zamiarze udania się do osławionego szynku. Z opowiadań więziennych z kolegów wiedział, że owa „Mordownia” jest przystanią i klubem przestępców i że w niej się zbierają męty najgorsze.
Namyślał się tedy, czy z równie elegancką damą, wypada się tam znaleźć, gdy ona, jakby odgadując te wątpliwości, z leciutkim uśmieszkiem rzekła:
— Widzę, że słyszał pan o sławnej „Mordowni”. Proszę się nie obawiać... znają mnie tam dobrze!

Szynk „Pod zielonym bykiem” — zwany w odnośnych sferach pospolicie „Mordownią” — był szczelnie zapełniony. Za długim drewnianym szynkwasem, pod suchotniczą palmą, tronował właściciel — pan Izydor — barczysty, dziobaty drab wraz ze swą chudą, jak tyka, rudą jak kokos, a umalowaną na kolor ceglasty małżonką.
Wejście Mary i Welskiego nie przeszło bez wrażenia.

Tu i owdzie od stolików odwracano się, mierząc ciężkiem, do nieufności przywykłem spojrze-

70