Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga I.djvu/437

Ta strona została skorygowana.

człowiek, że gwałt, że chce napaść... Bywały takie wypadki, niech Bóg broni.
Rębacze milczeli, Witrołom, jak kieronowi przystało, orzekł: „Nie ruszymy stąd za nic.“ Giełeta cedził zawzięcie: „Nie ruszymy, przysięgam!“



3

Zbliżył się wieczór, skrzypy kiermy milkły, wracali pospiesznie do koliby. Matarha na czele, jak wódz oporu, jak gdyby już został kierownikiem wyrębu. Niektórzy butynary ułożyli się już na posłaniach, sporo żabiowców odpoczywało sobie po kątach, a wokół watry dziadkowie i wyrostki niezbyt spracowani siedzieli sobie, krajali skórę na postoły, mazali je sadłem, a najwięcej paplali.
Foka siedział przy watrze twarzą do wejścia. Zaledwie weszli rębacze, rozsypali się po kątach unikając gazdy, jak dzieci srogiego nauczyciela. Dziadkowie gwarzyli nieporuszenie jeden przez drugiego, szczerzej i swobodniej niż inni, przeto głupiej nieco, bo wiedząc, że nikt im się nie przysłuchaje, na słowa swoje wielkiego honoru nie kładli. Byli zresztą zgęszczeni, trudno było zrozumieć, które słowo z którego wylatuje, wszyscy razem dość głośni, a każdy z osobna nie bardzo. Gdy który coś palnął za głośno, zaraz chował głowę i zatkał się. Jeden z dziadków rozważał na głos:
— Święto idzie ludzie dobrzy, Jurij to najstarsze dla nas, dla narodu połonińskiego. Nie każdy wie dobrze jak je świętować — czy w chacie czy na połoninie, czy na połonińskim chodzie. Ale niech mi powie który jak świętować Juria tam, Boże mój! Polami, wodami a co najgorsze w miastach? Tam każdy — przepadł.
— Przepadł, przepadł — godzili się dziadkowie. — Nie ma sposobu, nie ma.
Stary Koczerhan poprawił:
— Nie przepadł wcale. Sposób główny: Boga nie naruszaj, ani człowieka, krzywdy nie czyń stworzeniu żadnemu.
Dziadkowie pytali jeden po drugim, trochę w nieporządku:
— I to jest przykazanie dla wody?
— A gdzież napisane?
— A kto napisał?
Koczerhan odparł statecznie: