Strona:Tajemnica zamku Rodriganda. Nr 01.djvu/19

Ta strona została skorygowana.
—   17   —

— Dobrze, mam do pana najzupełniejsze zaufanie. Wierze, że pan uratuje hrabiego, jeśli w ogóle ratunek jest możliwy.
Wstała.
Zorski zapytał nieśmiało.
— Czy mogę ci towarzyszyć, sennora?
— Jest już ciemno, nikt nas nie zobaczy — powiedziało dziewczę, spłonąwszy mocnym rumieńcem. Proszę, chodźmy razem do zamku.
Zorski podał jej ramię i Rozetta wsparta na nim opuściła domek.
Szli w milczeniu, ale serca ich biły mocno. Młody doktór płonął z namiętności, ponosiła go przemożna chęć pochwycenia ukochanej w objęcia, przytulenia jej do siebie...
Nie śmiał wszakże... Zdawało mu się, że towarzyszy mu jakaś nieziemska istota, którą wolno mu tylko ubóstwiać...
Gdy stanęli przed bramą parku, odważył się ledwie przycisnąć do piersi małą rączkę ukochanej.
Tym razem jednak Rozetta przytuliła się do niego i szepnęła cichutko:
— Wybacz mi, Karlosie, i nie bądź nieszczęśliwy...
Zorski porwał ją w objęcia i okrył jej twarz pocałunkami.
— Najdroższa moja... słoneczko ukochane... — szeptał — dzieweczko miła. Jakże mam się nie czuć nieszczęśliwy, skoro ty mnie odtrącasz.
Rozetta łagodnie, ale stanowczo uwolniła się z jego rąk.