Strona:Tajemnica zamku Rodriganda. Nr 14.djvu/18

Ta strona została skorygowana.
—   392   —

— Udało się! — radował się Zorski.
Wtem poczuła, że ktoś ją trzyma za rękę. I w tej chwili zobaczyła Zorskiego.
— Karlosie, mój Karlosie! — zawołała. — Tyś tutaj?
— Tak, moje życie, moje szczęście, jestem przy tobie — odrzekł drżącym głosem.
— Gdzie jestem? Jak długo spałam?
— Uspokój się, jesteś u mnie — prosił, obejmując dziewczynę swoimi ramionami i tuląc ją cło serca.
— Jestem spokojna — mówiła czule, podając mu usta do pocałunku. Ale musiałam spać długo, bardzo długo.
— Bardzo długo. Byłaś chora.
— Chora? — zapytała, namyślając się. — Jak to? Wczoraj przecież odprowadziłam moją Amy do Pons, a potem — aha, potem ciebie nie było. Pojechałam do korregidora do Manrezy i kłóciłam się z Alfonsem i Kortejo, by się dowiedzieć, gdzie jesteś. Potem strzelono na górze u Korteja. Potem zrobiło mi się bardzo źle i chciałam iść spać, zasnęłam jednak wśród modlitwy. Gdzieś ty był, mój Karlosie?
— Byłem w Barcelonie.
— Nie powiedziałeś mi o tym ani słówka, ty niedobry?
Wtem dało się słyszeć ciche przytłumione łkanie. Róża usłyszała je.
— Kto to płacze? Kto tu jest? Może to moja dobra Elwira?
— Nie, moje serce?