Strona:Tajemnica zamku Rodriganda. Nr 66.djvu/23

Ta strona została skorygowana.
—   1855   —

rzać im chłostę, a pokarmu dawać tylko raz na tydzień.
Cortejo przytaknął głową.
— Pobłażliwość byłaby nie na miejscu. Straciłem oko. Zabrano mi moją hacjendę i zamordowano ludzi. Nie ma kary zbyt okrutnej! Gdzie są lochy, w których sennor ich umieścisz?
— O piętro niżej, senor. Czy zechciałbyś obejrzeć?
— Tak chcemy się na własne oczy przekonać, jakie rozkosze oczekują tych drabów.
Hilario otworzył drzwi i oświetlił celę.
— Ach, dwa pierścienie żelazne! — spostrzegł Cortejo. — Do czego służą?
— Do trzymania więźnia.
— A to w jaki sposób?
— To misterne cacko, sennor, — rzekł Hilario. — Nie jesteście spętani — zajmijcie tu miejsce. Przekonacie się sami, że żaden z jeńców nie zdoła się wydostać.
— Dobrze! Spróbuję. Z radością przekonam się o tym.
— Tak, ojcze, ja też pragnę to stwierdzić! — odezwała się Józefa. — Czy zechce mi pan pokazać, sennor?
— Chętnie — odpowiedział senor Hilario. —
Hilario odsunął dwa rygle i otworzył drzwi. Weszli do lochu.
— W tych pierścieniach zamyka się więźnia? — zapytała Józefa. — Przecież są otwarte, a nie widzę kłódek.