Strona:W. M. Thackeray - Targowisko próżności T1.djvu/270

Ta strona została uwierzytelniona.
266

wiarni Slaughter’a, gdzie kapitan Dobbin w cywilnem ubraniu już od godziny się znajdował. Widoczny niepokój przebijał się w jego twarzy i ruchach: to brał gazetę do ręki, to patrzył na ulicę jak gdyby kogoś oczekiwał, to bębnił palcami po stole i znowu zaczynał czytać dzienniki, to nakoniec gryzł paznogcie, co bynajmniej nie upiększało jego olbrzymich rąk.
Koledzy kapitana, których często w tej kawarni znaleść było można, żartowali sokie z jego wykwintnego stroju, ze zbyt widocznego roztargnienia, i zapytywali go czy nie wybiera się do ślubu? Dobbin uśmiechał się z przymusem i spoglądał w okno co chwila, gdy nareszcie zjawił się Jerzy Osborne, ubrany bardzo starannie, ale blady i mocno zmieszany. Otarłszy czoło fularem indyjskim i napełniwszy cały pokój silnym zapachem wody kolońskiej, Jerzy ścisnął rękę kapitana Dobbin, spojrzał na zegar ścienny, wychylił dwa kieliszki kiraso i rzekł:
— Głowa mię boli szalenie; całą noc nie spałem i teraz trzęsę się jak w febrze. Wypiłbym jeszcze parę kieliszków...
— Nie, nie, dosyć — odpowiedział Dobbin wstrzymując go. Spieszmy się, bo o tej porze jużbyśmy powinni być na miejscu.
Najęty powóz czekał już pod kawiarnią od kilku chwil; służący Jerzego ułożył walizę i usiadł na koźle. Było około wpół do dwunastej kiedy dwaj przyjaciele wsiedli do powozu, który się zatrzymał przed małą kapliczką na rynku w Fulham.