Strona:Wino i haszysz. (Sztuczne raje). Analekta z pism poety.djvu/023

Ta strona została uwierzytelniona.

Było to szczytem wzniosłości. Lecz, jak to zobaczymy, w upojeniu może istnieć nadwzniosłość. Towarzysz trzymający się na nogach, pełen wyrozumiałości, idzie sam do szynku i wraca ze sznurem. Widocznie nie był w stanie znieść myśli żeglowania samopas — samolubnego chwytania szczęścia — to też wracał po przyjaciela z pojazdem. Pojazdem był sznur; opasuje go więc sznurem. Leżący osobnik uśmiecha się: zrozumiał widocznie macierzyńską intencję przyjaciela. — Ten zaciąga węzeł, zaczyna kroczyć jak koń łagodny, ostrożny — wiezie towarzysza ku przystani szczęśliwości. Człowiek wieziony, a raczej wleczony i wycierający bruk plecami, uśmiecha się wciąż niewypowiedzianym uśmiechem.
Tłumem owładnął podziw — bo to, co jest zbyt piękne, co przekracza ludzką moc poetycką, budzi więcej podziwu, aniżeli rozrzewnienia.

*

Był sobie człowieczyna, Hiszpan-gitarzysta, który w swoim czasie odbywał wędrówki razem z Paganinim. — Działo się to jeszcze przed epoką wielkiej, oficjalnej sławy Paganiniego.
Wiedli we dwójkę wolny, cygański żywot wędrownych muzyków — ludzi bez rodziny i ojczyzny. Obaj, skrzypek i gitarzysta, dawali koncerty wszędzie, dokąd ich los przywiódł. Wędrowali tak