Tajemnica Tytana/Część druga/XXXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Tajemnica Tytana
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1885
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Secret du Titan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXI.
Jakób Lambert i Lucyna.

Schodząc tak ze schodów, Lucyna czuła, że serce jej bije coraz gwałtowniej.
— Jak mnie też ojciec przyjmie? — myślała sobie. — Aby tylko to postąpienie moje, nie wydało mu się szaleństwem, i żeby rozgniewał się na mnie!... Byłabym może lepiej zrobiła, gdybym była poszła za radą Piotra Landry i zaczekała do jutra...
Młodej dziewczynie przyszła na jedną chwilę myśl, wrócić się od drzwi kajuty, ale jak wiemy, nie brakowało jej ani siły woli, ani energii; więc po bardzo krótkiem wahaniu, postanowiła skończyć to co zamierzyła...
Pozostawało jej już tylko dwa czy trzy schody do przejścia i dostania się do drzwi... gdy wtem stanęła jak wryta na miejscu...
Zdawało jej się, że słyszy szmer głosów w kajucie. Nadstawiła ucha... Było już znowu cicho zupełnie...
— Omyliłam się — powiedziała sobie — to serce moje bije tak głośno i w mózgu mi dźwięczy tak donośnie, że zdaje mi się iż słyszę głosy jakieś!...
Lecz właśnie w tej chwili, na nowo usłyszała szmer jakiś niewyraźny, podobny do szeptu cichej rozmowy.
— To mój ojciec rozmawia sam ze sobą. — wyrzekła młoda dziewczyna, posłuchawszy chwilę... — Biedny, jak on musi być mocno wzruszony, i ile to wzruszenie sprowadzi cierpień i trosk na jego głowę... Wcale się nie spodziewa mnie widzieć... O! jakżebym była szczęśliwą gdyby moja obecność mogła go nieco uspokoić... Ale czyż mogę mieć nadzieję?...
Tak mówiąc, a raczej tak myśląc sobie, Lucyna położyła rękę na klamce; drzwi się otworzyły natychmiast bez skrzypnięcia...
Wiemy już, jaki widok przedstawił się oczom nieszczęśliwego dziecka...
Jakób Lambert, siedząc tyłem do drzwi, przyciskał właśnie ukrytą w małym stoliku sprężynę, i wprawiał tym sposobem w ruch, ów potężny i z taką dokładnością urządzony mechanizm...
Pod nogami Maugirona otworzyła się klapa, i młody człowiek wydając straszliwy krzyk, zniknął w głębinach... Potem klapa, na jedno mgnienie oka usunięta, wróciła na swoje miejsce z niewypowiedzianą szybkością...
Jakkolwiek szybkiem było to widzenie, przejęło ono inteligencyę Lucyny aż do głębi, jak błyskawica rozdzierająca chmury!... Odgadła!... zrozumiała!... Jej ojciec był niegodnym zbrodniarzem!... Spełnił w jej oczach najnikczemniejsze morderstwo!...
Młoda dziewczyna nie miała dosyć siły do zniesienia tej strasznej świadomości... Zdawało jej się, że ogniste obręcze głowę jej ściskają, że w uszach jej tysiące brzmi odgłosów, że ściany dokoła niej tańczą, a podłoga buja się jak trapez gimnastyka...
Głuchym krzykiem odpowiedziała na rozpaczliwy krzyk Maugirona, i padła bezprzytomna, przy drzwiach na wpół otwartych...
Nie można powiedzieć jednakże, aby straciła zupełnie samowiedzę; bo skoro Jakób Lambert, za chwilę, zbliżywszy się ku niej, pochylił się nad nią i podniósł ją z ziemi: zgroza i przestrach przezwyciężyły jej współomdlenie, otworzyła oczy i szeptała, wyrywając się z ramion, które ją obejmowały:
— W imię nieba, miej litość nademną!... nie zabijaj mnie tak jak jego!... nie zabijaj mnie!... boję się umrzeć...
— Cicho bądź nieszczęsne dziecko! — mówił Jakób Lambert, szeptem prawie, lecz tonem rozkazującym — cicho!... Czy chcesz mnie zgubić?... czy zapominasz, że jestem twoim ojcem?... dla czego prosisz o litość?... Czego się boisz!?...
Lucyna milczała, ale konwulsyjne drżenie wszystkich jej członków przekonywały, że z przestrachu wcale jeszcze nie ochłonęła... Zęby jej szczękały, twarz pokryła się matową bladością, jakby była z wosku, a powieki zamykały, zasłaniając jej wzrok przerażony...
Zemdlenie zupełne zdawało się nieuniknionem.
Jakób Lambert zaniósł młodą dziewczynę na łóżko żelazne, które zajmowało jedną stronę kajuty, posadził ją na tem łóżku, pod głowę podłożył w wałek skręconą poduszkę, potem otworzył szafkę urządzoną w ścianie okrętu, wziął butelkę z arakiem i kieliszek, który napełnił w trzech częściach...
— Pij — rzekł do Lucyny zbliżając kieliszek do jej ust — pij... to cię orzeźwi...
Młoda dziewczyna usłuchała machinalnie, ale, po przełknięciu pierwszych kilku kropli, nie mogła zwyciężyć wstrętu i odepchnęła kieliszek.
— Jeszcze troszkę.. — szeptał ex-kapitan Atalanty.
— Nie mogę... bo mnie pali...
— Czy ci lepiej? czy ci siły wracają?...
Lucyna skinęła głową na znak twierdzenia.
Jakkolwiek minimalną była doza napoju, nie mogła jednak nie wywrzeć potężnego skutku na dziewczynie, przyzwyczajonej do picia tylko czystej wody. Rumieniec wrócił na policzki, i zupełna bezsilność, jaka ją przed chwilą opanowała zmniejszała się szybko... Ale w miarę jak się silniejszą uczuwała wracało też w całej swej grozie pojęcie o rzeczywistości i zrozumienie zbrodni, której była świadkiem...
Rozpacz straszna, jedno z tych cierpień bezgranicznych, z któremi nie mogą się równać żadne bóle fizyczne, ogarniała jej serce i rozdzierała je...
Córka mordercy!... Ona!... Lucyna!...
Na tę myśl, w głowie jej się mięszało i czuła, że szał jakiś ją opanowywa.
Ukryła twarz na oczy kładąc nerwowo zaciśnięte pięści i wybuchnęła płaczem a łkając żałośnie w przystępie najwyższej boleści, jąkała głosem zaledwie zrozumiałym:
— Mój Boże... mój Boże... i to jest mój ojciec!...
Jakób Lambert usiadł w nogach łóżka i czekał. Miał za wiele doświadczenia w życiu, żeby nie wiedzieć, że cierpienie, choćby największe, uspakaja się tem prędzej czem wybuch jego jest gwałtowniejszy!... Same łzy Lucyny uspakajały go... Strumienie są mniej gwałtowne od potoków, ale się nigdy nie wyczerpują, i zdarza się widzieć potoki wysychające w kilka godzin, jak skoro ich fale wszystkie przepłyną!...
Nie mylił się, łkania młodej dziewczyny słabły po trochu; jęki ucichły, łzy jej, wprawdzie płynęły ciągle, ale mniej obfite i mniej gorzkie...
Jakób Lambert pomyślał, że stosowna chwila już nadeszła... Wziął Lucynę za rękę i lekko ją uścisnął w swoich... Biedne dziecko nie śmiało usunąć ręki, ale silne wstrząśnienie wszystkich jej nerwów i zimny dreszcz, który przebiegł ją całą i który pod swą ręką czuł kapitan, świadczyły o całym wysiłku jakiego musiała użyć, aby zapanować nad sobą...
— Lucyno... dziecię moje!... — szeptał Jakób Lambert głosem bardzo cichym, którego niezwykła słodycz zmieniała do niepoznania. — Mój widok przejmuje cię wstrętem, prawda?... Przerażam cię sobą!...
— Mój ojcze — krzyknęła młoda dziewczyna — w imię nieba, nie pytaj mnie o nic!... Co chcesz abym ci odpowiedziała?... Pozwól mi milczeć!... pozwól mi płakać w cichości...
— Chciałbym to uczynić... ale to nie podobna...
— Niepodobna, mówisz!... Mój Boże! dla czegóż to być nie może!?...
— Czy jesteś w stanie mnie wysłuchać?...
— Nie mam prawa nie słuchać cię... jesteś moim ojcem...
Wymawiając te ostatnie słowa, Lucyna zaczęła znowu drżeć bardziej niż wprzódy.
— Winienem ci wyjaśnić — zaczął mówić Jakób Lambert.
— Wyjaśnić?... — powtarzała.
— Tak...
— Źle rozumiem zapewne możesz mi wyjaśnić?... O Boże mój!... cóż ty możesz mi wyjaśnić?...
— To, co się stało w twoich oczach...
Lucyna cofnęła się w tył, śmiertelna bladość okryła jej twarz.
— O! nie!... nie mów o tem!... — wykrzyknęła — nie mów!... nie mów nigdy!... Czy chcesz, abym umarła ze strachu i zgrozy u twoich nóg!... Powiedz mi lepiej że to wszystko co widziałam... to nie prawda, to nie rzeczywistość!... powiedz mi, żeś był tu sam przed chwilą!... że nikt nie siedział tam, przy tym stole, na tem miejscu!... na tem miejscu, które teraz jest próżne.... Powiedz, że widziałam widmo jakieś nie osobę żywą!... powiedz mi nakoniec, powiedz, że miałam straszny sen!... obudź mnie, mój ojcze, jeżeli masz na dnie serca choć trochę litości dla twojego dziecka!... obudź mnie, bo w moich snach szalonych myślę, że jesteś zbrodniarzem!... Ale to być nie może!... nieprawdaż!... Nie może być!... Widzisz, ja śnię, albo zmysły straciłam!... Obudź mnie! obudź!...
Gdy to mówiła z rozpaczliwą gwałtownością, głosem przerywanym jękami i łkaniem; z rękami wyciągniętemi przed siebie, jakby odepchnąć chciała jakieś straszne widmo; twarz młodego dziewczęcia, strasznie zmieniona, okropny miała wyraz...
— Moje dziecię — odpowiedział Jakób Lambert, głosem stanowczym — nic ci się nie śniło i dobrze widziałaś.
Lucyna wydała głuchy krzyk i załamała ręce.
— Gdy oskarżony staje przed sądem — mówił dalej kapitan — zawsze, jakkolwiek wielką jest zbrodnia, którą popełnił, pozwalają mu się bronić!... Tego prawa wolnej obrony, którego najniegodziwszy zbrodzień dostępuje bez oporu, ty odmówić chcesz ojcu twemu!
— To prawda — jąkała Lucyna — jesteś moim ojcem... Cóż masz mi do powiedzenia?... czego chcesz odemnie?...
— Najprzód chcę abyś się uspokoiła i zechciała mnie wysłuchać, gdyż potrzebuję całej uwagi twojej i chcę się przed tobą usprawiedliwić!... — Ty!... usprawiedliwić się!... — powtórzyła młoda dziewczyna z gestem najboleśniejszego niedowierzania — czy dobrze słyszę!... O Boże!... czy to możliwe!... Widziałam... i ty sam przyznajesz, że mi się nie śniło!...
— Widziałaś fakt materjalny... byłaś świadkiem zniszczenia istoty ludzkiej... powiedziałaś sobie: że to jest nikczemna zbrodnia i mordercą podłym jest ten co ją spełnił! Bezwątpienia każdy na twojem miejscu byłby powiedział toż samo, ale ojca swego tyś zbyt pospiesznie osadziła, zbyt prędko skazała... Czy ty wiesz wszystko!... Jednem słowem czy wiesz... A może, człowiek ten, który zginął, uczynił koniecznym ten straszny czyn... a może to wyrok Boga dotknął go za pośrednictwem ręki mojej!... To są owe czarne ciemności, które chcę rozjaśnić przed tobą.. A teraz powiedz, czy jesteś usposobiona wysłuchać mnie?...
— Słucham, mój ojcze... — wyszeptała Lucyna.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.