Tajemnica Tytana/Część druga/XXXVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Tajemnica Tytana
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1885
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Secret du Titan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVIII.
Oskarżenie.

Bezpośrednio po odpowiedzi na zapytanie Jakóba Lambert, rozpoczęło się badanie.
— Panie Maugiron, spytał komisarz, nocy ubiegłej usiłowano... na szczęście bezskutecznie... zamordować pana?
— Tak, panie — odpowiedział młody człowiek.
— Jaka mogła być wtedy godzina?...
— Około północy...
— Zbrodnicza ręka wepchnęła pana do Sekwany?...
— Tak, panie...
— W jakiem miejscu?...
— Prawie wprost tego miejsca, na którem się obecnie znajdujemy...
— Czy kradzież była pobudką do tego zbrodniczego czynu?...
— Nie panie, gdyż nie zostałem ograbiony z niczego...
— A zatem, nienawiść i zemsta, kierowały zbrodniarzem?...
— Może...
— Umiesz pan wybornie pływać?...
— Tak, panie...
— Po spełnieniu czynu, przebyłeś pływając, przestrzeń blisko jednego kilometra?...
— To być może — odparł Maugiron z uśmiechem — ale pan powinien zrozumieć, że w podobnych okolicznościach niemogę stanowczo oznaczyć odległości jaką przebyłem...
— O! oczywiście... wreszcie ten szczegół ma tylko względną ważność... ale czemu nie wzywałeś pan pomocy, zamiast płynąć tak długo?...
— Z racyi bardzo łatwej do odgadnienia... bałem się ściągnąć mojemi krzykami uwagi zbrodniarza, i tym sposobem dać mu znać, że nie dokonał zamierzonego czynu...
— Rozumiem i uznaję tę ostrożność...
— Byłbyś pan jednakże zginął w najsmutniejszy sposób, zaplątawszy sobie nogi, w jakąś pływającą linę, gdyby nie przechodzący patrol, który panu przyszedł z pomocą?...
— Tak, panie, i zapewniam pana, że zacni ludzie, którzy mnie uratowali, przybyli bardzo w porę; jedna jeszcze minuta, a byłbym już nieżył...
Komisarz policyi wskazał mężczyznę ubranego czarno, który mu ciągle asystował, od chwili wejścia do zakładu.
— Czy poznajesz pan tego pana? — spytał.
Maugiron spojrzał na wskazywaną osobę i odpowiedział:
— Nie panie!... nie poznaję zupełnie...
— Ten pan jest inspektorem policyi — rzekł komisarz — znajdował się on przy patrolu w chwili gdy pana wyciągnięto z wody, i uważał to sobie za obowiązek aby pana odwieść do jego mieszkania, przy ulicy Amsterdamskiej...
— Ach tak!... teraz przypominam sobie wybornie — odpowiedział Maugiron — przepraszam za tę chwilową niedokładność pamięci mojej, wreszcie jest ona do darowania... Noc była ciemna, i myśl moja była zbyt silnie czem innem zajętą...
— Tak... tak... rozumiem to doskonale... ja tylko konstatuję fakt najważniejszy... W pierwszej chwili, która nastąpiła po wyratowaniu, powiedziałeś pan w obecności pana inspektora, że znasz swojego mordercę...
— Powiedziałem to, i to jest prawdą...
— Naglony przez pana inspektora, do wymienienia nazwiska tego nędznika, odpowiedziałeś pan, że je wymienisz później...
— I to także prawda...
— Sprawiedliwość musi iść swoim trybem, i ja przychodzę żądać od pana, abyś bezzwłocznie dotrzymał obietnicy...
Maugiron zbliżył się do Jakóba Lambert, i szepnął mu szybko do ucha:
— Przyjmujesz pan moje warunki?... Wszystkie moje warunki?... Odpowiadaj pan prędko!...
— Przyjmuję! — szeptał ex-kapitan drżąc ze strachu... — Ratuj mnie!...
— Dwa miliony i Lucyna?...
— Tak...
— Formalnie przyrzeczone!?...
— Przysięgam!... ale ratuj mnie pan!...
— Bądź pan spokojny... odpowiadam za wszystko...
Po tym krótkim dyalogu, młody człowiek wrócił do komisarza.
— Pan chce, panie — odpowiedział — abym oskarżył zbrodniarza?...
— To jest nieodzowne...
Maugiron zdawał się przez chwilę namyślać.
— Nieodzowne!... — powtórzył potem.
— Tak panie.
— Dla czego?...
— Bo społeczeństwo nie może być bezbronnem w obec takiej zbrodni, a siła powinna zostać przy prawie.
— Takiem nie jest moje zdanie, przynajmniej w tej okoliczności...
— Jakto?...
— Pobłażanie przynosi często daleko lepsze rezultaty niż surowa kara... Człowiek, który tej nocy targnął się na moje życie, mógł być sprowadzony z prawej drogi przez gniew... przez szał jakiś wściekły... nienawiść nieprzetrawiona zbłąkała go zapewne!... Może, w tej chwili kiedy z panem mówię, gorzko on opłakuje swój występek.. Nie mogę tego wymódz na sobie, aby go oddać surowości mściwego prawa, które będzie bez litości dla niego... chcę być pobłażliwym... chcę zapomnieć... przebaczyć... niewymienię go...
Szmer uwielbienia, powstrzymany natychmiast jednym gestem komisarza policyi, podniósł się w szeregach robotników.
— Jesteś pan wspaniałomyślny — odpowiedział urzędnik — i muszę oddać cześć takiej szlachetności pańskich uczuć, ale są one niebezpieczne, bo prawie zawsze niekarność ośmiela winowajcę do powtórnej zbrodni!...
— Pozwól mi pan spodziewać się, że tym razem nie będzie tak samo... pozwól mi pan wierzyć, że zbrodniarz ten, który o mało mnie życia nie pozbawił, sam z własnej woli żałować będzie, i pokutować za swą zbrodnię... przypuść pan wraz ze mną, że będzie się on sprawował w przyszłości bez zarzutu...
— Niepodobna mi dzielić z panem tej zgubnej iluzyi, nie mogę być niejako wspólnikiem pańskiej szlachetnej słabości... Wreszcie oznajmiam panu, że to na nic się nie przyda... winowajca jest znany...
— Niepodobna!... — zawołał Maugiron.
Jakób Lambert poczuł, że go przejmują dreszcze śmiertelne.
Lucyna drżała na całem ciele.
— Tak — powtórzył Maugiron — to niemożliwe, bo zbrodnia nie miała świadków, a ja nie wymieniłem nikogo...
— Panie — wyrzekł komisarz — pan zapomina o prawnym pewniku, albo raczej o bardzo ważnej zasadzie prawnej nigdy nie mylącej, na której musi się opierać sędzia Śledczy, jeśli chce odkryć nieznanego przestępcę... Zasadą tą jest: „Szukajcie, komu zbrodnia przynosi korzyść!...“
— A więc?...
— A zatem! panie, szukałem, i doszedłem bez trudu do zebrania wiązki domniemań, które dla mnie są prawie równoważne z zupełną pewnością...
Maugiron spojrzał na mówiącego z głębokim podziwem. Nie domyślał się wcale, jakieby mogło być zakończenie rozmowy w ten sposób rozpoczętej...
Komisarz policyi kończył.
— Istnieje niedaleko ztąd, człowiek niebezpieczny dobrze znany ze swej gwałtowności; człowiek, którego ręce, już nieraz, zmazały się krwią... człowiek skazany dwa razy raz po raz, i którego tajna policya miała długo pod swoim dachem...
Robotnicy usłyszeli te słowa i wszystkich oczy zwróciły się jednomyślnie na Piotra Landry. Podmajstrzy doznawał żywego wzruszenia od samego początku tej sceny, przy której my zatrzymaliśmy naszych czytelników, ale nie rozumiał jeszcze, że kwestya może się jego dotyczeć...
— Wczoraj rano, panie Maugiron — wyrzekł urzędnik — przyszedłeś pan do mnie do biura, oznajmiłeś mi bardzo ważne rzeczy i oskarżyłeś tego oto człowieka, który opanowany niepojętą nienawiścią, niczem nie dającą się wytłomaczyć ani też usprawiedliwić, dwa razy groził panu publicznie, a nawet zamieniał słowa w czyn, na szczęście pohamowany, dzięki pańskiej energii i zimnej krwi, ale potem nastąpiły groźby zemsty, wyrzeczone głośno i w obec licznych świadków...
Komisarz policyi przerwał sobie na chwilę, aby odetchnąć!...
W umyśle podmajstrzego dziwne gromadziły się myśli. Wzywał wzrokiem współczucia i pomocy robotników, którzy go otaczali, i głosem głuchym szeptał...
— Co on mówi... mój Boże?... co on mówi?...
Ani jeden wzrok przychylny nie spotkał jego wzroku. Nikt mu nie odpowiedział.
Lucyna Verdier, niema i ledwo na nogach się trzymająca, nie mogła ust otworzyć... Zdawało jej się, że to wszystko jest sen ułudny.
— Wczoraj wieczorem — kończył komisarz policyi — popadłeś pan w nikczemną zasadzkę... Nędznik pchnął pana do wody, a kradzież, jak mówisz pan sam, nie była powodem zbrodni... Jakiż więc był powód?... nienawiść i zemsta, bez wątpienia!...
Otóż... jeden tylko człowiek mógł pragnąć zemścić panu!...
Patrol skonstatował obecność nad portem tego właśnie człowieka, uzbrojonego w fuzyę i przechadzającego się mniej więcej na godzinę, przed chwilą spełnienia zbrodni.
Człowiekiem tym jest Piotr Landry... Piotr Landry, skazany przez sądy, który raz już dopuścił się zabójstwa, i który szukał sposobności spełnienia drugiego, aby swojej strasznej zaprzysiężonej zemsty dokonać!...
A zatem, nie upieraj się pan napróżno, przy zamiarze ukrycia jego nazwiska!... nie osłaniaj go pan daremnie swójem milczeniem... światło się rodzi bez pana, i bez pana wychodzi z pośród ciemności!... Wszystko wskazuje jasno mordercę, i sprawiedliwość nie będzie się wahała w spełnieniu swoich obowiązków, oddając go właściwym sądom...
Podmajstrzy, od kilku sekund wyglądał jak szalony... Rękami szarpał się za piersi... a wargi jego, otwierały się dla wymówienia wyrazów, których dosłyszeć i zrozumieć niebyło podobna... Naraz przyskoczył przed komisarza, który aż się cofnął przed tem przerażającem zjawiskiem.
— Ja!... — krzyknął głosem zdławionym — więc mnie oskarżają!... O! Boże!... ależ to nie może być!... powiedz mi pan, że to nieprawda, że ja źle słyszałem!... powiedz mi pan, że nie zrozumiałem!... powiedz mi wreszcie, że jestem szalony!.. ale nie mówcie, że jestem zbrodniarzem...
— On jest niewinny — wyszeptała Lucyna, której zgroza wróciła siły, i która biedz chciała na pomoc staremu robotnikowi... — Przysięgam panu, że on jest niewinny!...
Jakób Lambert powstrzymał ją gwałtownie ściskając za rękę tak, że jej palców omało niepołamał, i rzekł do niej pocichu, lecz z straszną grozą w głosie:
— Milcz!...
Komisarz policy i dał znak.
Dwaj policyanci stojący na straży przy bramie zakładu, zbliżyli się prędko i stanęli na prawo i lewo przy Piotrze Landry, który załamywał ręce i powtarzał głucho:
— O! mój Boże... mój Boże... mój Boże!...
— Panie Maugiron — zaczął znów mówić urzędnik — powinieneś pan wiedzieć, że pana niebaczna wspaniałomyślność byłaby już teraz bezużyteczną... W obec oczywistości przygniatającej, czy jeszcze będziesz pan zaprzeczał winy tego człowieka?... Zastanów się pan zanim odpowiesz, bo sprawiedliwość, muszę pana uprzedzić, każe panu zdać sprawę z pańskiego milczenia!...
Były chłopiec okrętowy Strączek spojrzał z kolei na Jakóba Lamberta i na podmajstrzego, twarz jego wyrażała litość i smutek, i wyrzekł cicho:
— Kiedy już pan sam przyszedłeś do tego przekonania moralnego, panie komisarzu, po cóż jeszcze tak bardzo panu idzie o moje zeznanie?...
— Potrzebne jest ono do tego aby moje przekonanie stało się pewnością, i aby sprawiedliwość oświecona przez pana, poszła prędzej za głosem prawdy!... Nie wahaj się pan, panie Maugiron, jest to obowiązek do spełnienia konieczny!... pańskie sumienie nakazuje panu mówić...
— Bóg mi świadkiem — rzekł Maugiron — wołałbym milczeć!.. . Przykro mi oddawać w ręce sprawiedliwości nieszczęśliwego zbłąkanego przez niewytłomaczoną nienawiść... ale jeśli się sprawiedliwość przez usta pańskie odwołuje do mego sumienia... oprzeć się wezwaniu temu nie mogę... i wreszcie jak pan sam mówisz na co się przydało upierać w obec faktów rzeczywistych!?... Cóż więc robić!... Tak więc jest panie, przyznaję... widziałem twarz człowieka, który mnie chciał zamordować nocy dzisiejszej... i sądzę stanowczo, że człowiekiem tym jest Piotr Landry...
Podmajstrzy padł na kolana: Boże wielki panie — wykrzyknął głosem błagalnym podnosząc do nieba złożono dłonie, zwracając je następnie do Maugirona — daruj mi moje winy, jak ja przebaczam kłamstwo temu który mnie zabija!...
Lucyna schwyciła za rękę Jakóba Lamberta, i zbliżywszy usta swoje do jego ucha, szeptała:
— Mój ojcze!... mój ojcze!... czy słyszałeś?!... — oddech jej gorący parzył byłego kapitana Atalanty.
— Milcz!... — odparł stanowczo Jakób Lambert. — Milcz!...
— Mój ojcze... — mówiła młoda dziewczyna — ty wiesz dobrze, ty wiesz, że on jest niewinny i wiesz kto jest przestępcą!... Czy pozwolisz oskarżyć go tak okrutnie!?...
— Nieszczęśliwe dziecko, cóż ja mogę zrobić?...
— Jeżeli go nie obronisz zginie nieszczęśliwy!...
— On zginie!... ale w ten sposób ja zostanę ocalony!
— To galery! powiedziałeś mi! to może nawet śmierć haniebna!...
— Galery lub śmierć czekają jego!... a jeśli nie jego, to mnie... teraz wybieraj!... jestem twoim ojcem!...
— O! ależ to niegodne!... to niegodne!... to potworne!...
— Straszna konieczność mnie zmusza!... pamiętaj żeś mi na pamięć twojej matki przysięgła tej nocy wieczne milczenie!...
Lucyna jęknęła głucho i Jakób Lambert był zmuszony objąć ją w pół gdyż chwiała się na nogach i byłaby upadła. Zdawała się tracić przytomność.
— Panie komisarzu — rzekł żywo kapitan — moja córka jest bardzo cierpiąca... zbyt gwałtowne wzruszenia tej smutnej sceny złamały ją... proszę pozwól mi pan na chwilę odejść aby ją odprowadzić do jej pokoju.
— Idź pan, panie Verdier, idź pan prędko!... — odpowiedział urzędnik — spodziewam się, że niedyspozycya panny Verdier będzie tylko chwilową... Bardzo by mi było boleśnie gdyby moja konieczna zresztą interwencya miała być przyczyną...
Jakób Lambert skłonił się i odszedł z Lucyną, ścieżką prowadzącą do głównego gmachu mieszkalnego...
Maugiron zbliżył się do niego w chwili, gdy się oddalał, i szepnął mu cicho te słowa:
— Wracaj pan za pięć minut... czekam na pana tu... muszę się z panem rozmówić!...
— Przyjdę — odparł również cicho, Jakób Lambert...
Komisarz policyi zwrócił się do Maugirona.
— Dziękuję panu za zeznanie, jakkolwiek późne, które oświeciło wykonawców sprawiedliwości... Będzie pan wezwany niezadługo, do sędziego śledczego, prowadzącego tę ważną sprawę.
— Sąd znajdzie mnie zawsze gotowym na swe rozkazy... Oddam hołd prawdzie... — odpowiedział młody człowiek.
Komisarz dał znak ajentom, jeden z nich położył rękę na ramieniu Piotra Landry.
Podmajstrzy klęczał. Podniósł się jakby pod uderzeniom iskry elektrycznej.
— Moi przyjaciele, moi drodzy koledzy — zawołał postępując ku robotnikom, którzy zdawali się być pogrążeni w bolesnem osłupieniu — widzicie, że nieszczęście mnie ściga!... dajcie mi siłę do życia... dajcie mi jedyną pociechę, któraby była w stanie podtrzymać mnie w mojem nieszczęściu... Powiedzcie mi, wy przynajmniej, że uważacie mnie za niewinnego...
Głuche milczenie było odpowiedzią na te słowa. Milczenie to, było dla nieszczęśliwego Piotra Landry, strasznym ciosem, w samo serce zadanym.
— I oni mnie mają za zbrodniarza — mówił z niewysłowioną rozpaczą — usuwają się wszyscy odemnie!... I ona także, z pewnością, patrzy na mnie jak na rozbójnika!... Wszystko skończone!... nic mi już nie pozostaje tylko śmierć!...
— No, a teraz!... dalej w drogę!... — zawołał jeden z agentów, wsuwając rękę pod lewe ramię Piotra Landry, drugi policyant wziął go tak samo pod prawe ramię.
Podmajstrzy był posłuszny, zatrzymał się tylko na jedną chwilę przed Maugironem.
— Panie — rzekł głosem złamanym — przebaczam ci jeszcze raz, ale z głębi serca żałuję pana!... Jesteś oskarżycielem, ja jestem oskarżonym... ale nie pomieniałbym się z panem na stanowisko...
Pomimo zuchwalstwa swego zwykłego, pomimo niezrównanej bezczelności, Maugiron a raczej ex-chłopiec okrętowy Strączek, spuścił oczy i nie odpowiedział ani słowa.
Agenci odprowadzili więźnia.
Robotnicy rozpierzchli się po zakładzie, mówiąc jeden do drugiego:
— A to zawzięta sztuka ten Piotr Landry! Wczoraj się dopiero zaklinał, że się zemści na tym furfancie, i ot!... już!... Zbyt prędko dotrzymał słowa!... nigdybym tego nie pomyślał o nim!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.