Tajemnica grobowca (de Montépin, 1931)/Tom II/XXXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Tajemnica grobowca
Podtytuł Powieść z życia francuskiego
Wydawca Redakcja Kuriera Śląskiego
Data wyd. 1931
Druk Drukarnia Kuriera Śląskiego
Miejsce wyd. Katowice
Tytuł orygin. Simone et Marie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXV.

Zaprzężona kareta stała już przed bramą.
Punktualnie o pierwszej przyszedł Maurycy.
— Zdumiewająco jest pan punktualny! Dziękuję panu! — zawołała Walentyna. — A i my także już jesteśmy gotowe.
Maurycy zamienił kilka ogólnikowych frazesów z budowniczym, potem podał ramię Walentynie i poprowadził ją do karety.
Matką i córka usiadły na tylnej ławeczce, młodzieniec naprzeciw nich i stangretowi polecono jechać do lasku Vincennes.
W drodze Maurycy był niezwykle miłym.
Wiemy, że nie brakło mu sprytu i że umiał poprowadzić rozmowę.
Wszyscy rozmawiali w najlepsze, kiedy kareta wjechała w aleję, prowadzącą wzdłuż stawu.
Maurycy wskazał stangretowi miejsce, gdzie ma stanąć, ażeby go można było następnie z łatwością odnaleźć.
Walentyna, Marja i towarzysz ich przeszli przez łączkę, przykrytą śniegiem, do miejsca, — gdzie ze dwudziestu łyżwiarzy popisywało się zręcznością wobec małej gromadki ciekawych widzów.
Troje naszych nowych przybyszów zaraz też włożyło łyżwy na nogi i poszło na ślizgawkę.
W chwili, kiedy się kareta zatrzymała, Maurycy, pomagając wysiąść matce i córce, nie zauważył dwóch starych jegomościów, którzy się przechadzali w długich paltotach futrzanych.
Spostrzegłszy młodzieńca, poczciwi staruszkowie zwolnili kroku i szeptem powiedzieli sobie kilka słów....
Czytelnicy domyślają się zapewne, że był to Lartigues i Veraier, którzy przyszli przyjrzeć się, jak będzie wykonany plan młodego ich wspólnika, zbliżywszy się na brzeg stawu, przyłączyli się do ciekawych widzów.
Obie łyżwiarki nasze i łyżwiarz cudów dokazywali.
Marja, z początku nieśmiała, odzyskała wnet pewność siebie i lekko ślizgała się obok matki i Maurycego, obojga dość zręcznych.
Młodzieniec skierował się w stronę kaskady. Oczy jego zdała szukały już miejsca, gdzie lód podpiłowany, powinien był się zwalić.
Ta część niewielkiego stawu, jak Maurycy przewidział zeszłej nocy, była zupełnie pusta.
Szatański uśmiech wykrzywił wargi Maurycemu pod delikatnemi, jedwabistemi wąsami — lecz, pomyślawszy, że trzeba jeszcze trochę poczekać wrócił na środek stawu, między ślizgających się łyżwiarzy.
Walentyna i Marja biegły za nim w jednej linji bardzo prędko.
Tymczasem w końcu stawu dwóch łyżwiarzy biegło na ich spotkanie.
Byli to młodzi ludzie, a zręczność ich znamionowała nawyknienie do ślizgania się i siłę.
Marja patrzyła na nich machinalnie.
Nagle zwolniła bieg i serce zabiło jej niezwykle silnie.
Wydało jej się, że poznaje jednego z młodzieńców, lecz bała się, czy się nie myli.
— Cóż to, Marjo? — spytała ją matka, widząc, że pozostaję w tyle. — Dogoń nas!
Marja była posłuszną, ale machinalnie.
Dwaj łyżwiarze zbliżali się z szybkością błyskawiczną.
Przelecieli obok Maurycego i Walentyny, nie spojrzawszy na nich.
Marja nie mogła się powstrzymać, ażeby nie zawołać radośnie:
— Pan Albert!...
Syn sędziego śledczego — bo to on był rzeczywiście — poznał młode dziewczę, skierował się ku niej i podbiegł.
— Co za szczęśliwe spotkanie! — rzekł.
Marja przystanęła.
— Bardzo szczęśliwe — szepnęła — i niespodziewane!
— Skądże Pani tutaj?
— Ja z matką tu jestem i z panem Maurycym Vasseur. Oto i oni.
Wskazała na Walentynę i młodzieńca, którzy, nie widząc jej przy sobie, biegli do niej właśnie.
— A pan ma z sobą towarzysza? — spytała Marja.
— Byłem u jednego z mych przyjaciół, oficera artylerii i zaproponowałem mu pójść na ślizgawkę.
— A ojca pańskiego tu niema?
Uśmiechnął się Albert.
— Nie — odpowiedział — a nawet nie mogę sobie wyobrazić ażeby ojciec mógł brać udział w takiej rozrywce.
Walentyna i Maurycy nadbiegli w tej chwili do Marji.
Zobaczywszy Alberta, którego od pierwszego spojrzenia poznali, zmarszczyli brwi.
Albert im się ukłonił.
— Pobiegnijmy zobaczyć kaskadę — rzekł Maurycy — i załóżmy się, kto będzie pierwszy.
— I owszem, trzymam zakład.
I pobiegła prędko, uśmiechnąwszy się do Alberta de Gibray, Albert słyszał, jak Maurycy powiedział: „pobiegnijmy zobaczyć kaskadę“.
— Zobaczę ją jeszcze — szepnął.
Potem, skinąwszy na przyjaciela skierował się ku wspomnianym przez nas skałom, ale z przeciwnej strony tak, ażeby niby przypadkowo spotkać się z ukochaną.
Albert biegł tak szybko, że towarzysz z trudnością mógł go dogonić.
Marja szybko mknęła po lodzie, jakby lotem jaskółki.
Maurycy ledwo ją wyprzedził, lecz dziewczę lada chwila miała go dogonić.
Walentyna pozostała w tyle przynajmniej na jakie dwadzieścia kilka łokci.
Widzowie ciekawi, stojący nad brzegiem stawu, z zajęciem patrzeli się temu wyścigowi i jak na gonitwach konnych, jedni trzymali zakład za młodzieńcem, inni za młodą łyżwiarką. Tych ostatnich było więcej. Z brzegu dolatywały głosy:
— Ona będzie pierwsza!
Zachęcona temi okrzykami pochlebiającemi, Marja jeszcze bardziej przyspieszyła biegu.
Dogoniła i wyprzedziła Maurycego, który widocznie już osłabł, ale niechcąc się uważać za pokonanego, jeszcze biegł tuż po za łyżwiarką.
Wyrachowanie łotra było bardzo proste i Marja Bressoles miała biedz przed nim, ażeby pod nią pierwszą ląd załamał.
Lartigues i Verdier przypatrywali się przez lunety i widzieli jak najdokładniej każdy szczegół tych zapasów.
Marja docierała już do skał, do tego miejsca, gdzie czekała ją śmierć.
Nagle z poza zakrętu skał szybko wybiegi jakiś łyżwiarz i zapuścił się w to samo wąskie miejsce.
Maurycy zadrżał. Czy łyżwiarz prędzej dobiegnie niż Marja wpadnie w przerębel i dziewczę ujrzy niebezpieczeństwo tak, że będzie mogła go uniknąć? A może oboje wpadną pod lód.
W tejże chwili syn Aime Joubert poznał w łyżwiarzu Alberta de Gibray.
— Gdyby oboje razem utonęli — pomyślał — to byłby bal!
Łyżwiarz i łyżwiarka dobiegali do siebie ze stron przeciwnych Maria również poznała Alberta i uśmiechała się doń ustami i oczami. W rozpędzie biegu nareszcie się spotkali.
Nagle rozeszły się dwa krzyki, na które odpowiedziały i krzyki z nad brzegu.
Albert de Gibray wleciał w przerębel, a Marja straciwszy równowagę z przestrachu, upadła tuż przy otworze załamanego lodu.
— Ocalił ją — pomyślał Maurycy. — Nie udało się, trzeba na nowo zacząć.
Rzucił się ku dziewczęciu, nieruchomo leżącemu. Straciła przytomność.
Podbiegła i Walentyna, tłum ciekawych także się już w dali pokazywał na lodzie.
— Co to? — wykrzyknęła Walentyna.
— Co się stało?
— Lód się załamał pod panem de Gibray — odpowiedział Maurycy — i o mało co pani córką nie wpadła do stawu.
Z przestrachu zemdlała. Nachyliła się nad córką, jakby chciała ją podnieść i dodała żywo.
— Krew? z czego krew?
— Głową zapewne uderzyła o skałę — odpowiedział Maurycy.
— Małe skaleczenie.... Nic jej nie będzie... Trzeba posłać po karetę.
— Zawołam karetę, proszę państwa — rzekł jakiś chłopczyna, — Pobiegnij prędko.
— W tej chwili.
Młody oficer, przyjaciel Alberta, nadbiegł do kaskady w tej chwili, gdy przybyli ludzie, nie bez trudności wyciągnęli syna sędziego śledczego z przerębli, w której o mało co nie zginął.
Pierwsze słowa Alberta były:
— Panna Bressoles czy się nie zraniła?
— Małe skaleczenie tylko — odpowiedział Maurycy.
— A ty? — odpowiedział Alberta oficer.
— Ramię bardzo mię boli.
— Drżysz! — mówił dalej młody artylerzysta.
— Nie rozmawiajmy tu, ale czemprędzej udajmy się do mnie; położysz się do łóżka i rozgrzejesz, inaczej dostaniesz zapalenia płuc.
Rada była dobra. Albert, któremu łyżwy zdjęto skłonił się pani Bressoles i rzucił tkliwe spojrzenie na Marję, która się ocuciła i pobiegł ze swym przyjacielem ku Vincennes.
Kareta pokazała się na brzegu jeziora. Marja czuła się jeszcze słabą. Maurycy zaniósł ją na rękach do karety, posadził pomógł Walentynie wsiąść. Potem naprzeciw matki i córki karetka potoczyła się ku Paryżowi.
Oficer pomógł Albertowi się rozebrać i położyć do łóżka, poczem natychmiast posłał do chirurga wojskowego, który wkrótce też nadszedł i orzekł, że ręka wywichnięta została skutkiem silnego uderzenia. Przedsięwziął też niezbędne dla leczenia środki i zalecił jak najzupełniejszy spokój.
Albert zażył lekarstwo i zasnął tak twardo, że się przez całą noc ani razu nie obudził.
Nazajutrz zrana doktor, zaopiniował, iż stan zdrowia Alberta jest pomyślny i pozwolił mu powrócić do Paryża, jednakowoż nadmienił, że chory nie wyzdrowiał jeszcze całkiem i przez kilka dni nie powinien z domu wychodzić.
Kiedy oficer i Albert przyjechali do Paryża Pawła de Gibray nie było w domu.
Albert kazał napalić w piecu w swoim pokoju i położył się do łóżka.
Tymczasem Marja czuła się bardzo dobrze, prócz lekkiego bólu głowy, skutkiem wstrząśnięcia przy upadnięciu na lód stawu.
Maurycy udał się do pałacyku przy ulicy Surennes. Już się tu znajdowali Lartigues i Verdier.
Chociaż rezultat nie odpowiadał powziętym nadziejom, pochwalili młodzieńca za śmiałe usiłowanie.
— Wszystko zdawało się zapewnić ci powodzenie — rzekł mniemany opat Meriss — ale fatalność!
— Gdyby nie Albert de Gibray, byłoby się udało — odrzekł Maurycy z gniewem. — Dziewczyna wpadłaby pod lód i nie wyszła stamtąd żywa. No, do drugiego razu!
— Wymyśl coś jak najprędzej — mówił Verdier — Michał Bremont w Anglji traci cierpliwość.
— Nie łamcie sobie głowy. Mam sposób!
— To powiedz nam co to za sposób?
— Powiem, kiedy cały plan będę miał gotów.
— A gdy będziesz miał plan gotowy, czy zaraz od teorji przejdziesz do praktyki?
— Zaraz na pierwszym wieczorze, jaki dany będzie przez Bressolów, a zatem w końcu tego tygodnia.
— No, ta zwłoka będzie niedługa.
— Zwłoka mnie wcale nie niepokoi co do Marji — odpowiedział Maurycy — tylko co do Symony.
— Zebrałem o Symonie wiadomości, ale dopiero do tego czasu, kiedy pracowała w magazynie przy ulicy św. Marcina, a to już półtora roku temu — rzekł Verdier — ale tu wszelkie ślady ustały.
— Ja wierzę w swą gwiazdę. Wierzę, że jeśli nie dziś, to jutro przypadek jaki wyprowadzi nas z tych trudności. Tylko niechaj wprzód się załatwię z Marją Bressoles. Potem się zajmę Symoną.
Trzej wspólnicy rozstali się tutaj, opuszczając pałacyk przy ulicy Verneuille. Maurycy poprzysiągł odszukać córkę i zemścić się na Walentynie.
Powiadają, że rano mędrsze niż wieczór. Sędzia śledczy, przez całą noc nie zamykał oczu. Myślał, w jaki sposób po latach dwudziestu trzech odnaleźć ślady Armanda Dharville, który, dobrowolnie wyjechał z Francji na zawsze. Wydało mu się to istotnie bardzo trudnem zadaniem. Dokąd się udał Armand Dharville, opuściwszy Francję? W jakim kraju, czy w mieście lub miasteczku osiadł? Czy jeszcze żyje?
— Prawie nie można liczyć na dobry rezultat — wyszeptał — jednak spróbuję.
Zresztą nie było to dlań jedyna troska. — Przestraszyła go najbardziej miłość Alberta do córki Walentyny. Jak wyrwać z młodego serca miłość czystą, zakorzenioną już głęboko? Wyrywając ją, czy nie można i serca rozedrzeć?
Paweł de Gibray dobrze znał swego syna, którego wychował w zupełnem poszanowaniu dla obowiązków.
Wiedział, że ma charakter szlachetny, wiedział i o tem jednak, że jest nieugięty. Kochając z zapałem po raz pierwszy w życiu duszą i sercem, uczuciu się temu oddawszy, czyż zapomni o uwielbianem dziewczęciu, któremu on, ojciec, mógł to tylko zarzucić, że jest córką takiej matki...
Podobne przypuszczenie wydawało się niemożebnem.
A jednak Paweł de Gibray pomyśleć ani mógł, ani chciał, ażeby Albert wszedł do rodziny Walentyny Dharville, która była kiedyś niegodną kochanką, występną matką.
Po nocy bezsennej sędzia śledczy wyszedł z domu z podwójnem postanowieniem szukania Armanda Dharvilla i zwalczania wszelkiemi sposoby miłości Alberta ku Marji Bressoles.
Zamknąwszy się w gabinecie sądowym, — wsparł głowę na ręku i zaczął plany obmyślać.
Wiedząc, że ojciec Walentyny pochodził z Chalons, wziął blankiet i napisał do mera tego miasta z zapytaniem, czy nie wie, gdzie przebywa Armand Dharville.
— Po odebraniu odpowiedzi przystąpię do działania.
Później zajął się rzeczami bieżącemi, miał z naczelnikiem policji śledczej dość długą rozmowę o szczegółach śledztwa w sprawie zbrodni z cmentarza Pere Lachaise i ulicy Montorgueil i wrócił do domu około godziny piątej wieczorem.
— Syn jest? — zapytał lokaja.
— Jest.
— W swoim pokoju?
— Tak, pan się już położył do łóżka.
— Do łóżka! — powtórzył sędzia śledczy zaniepokojony.
— Czy chory?
— Nie, chory pan nie jest... mały wypadek... ale nic złego, pan Albert kazał nie zawiadamiać pana.
Sędzia śledczy nie dosłyszał już ostatniego zdania.
Jak tylko lokaj powiedział wypadek, rzucił się natychmiast do pokoju syna.
Zobaczywszy Pawła de Gibray, artylerzysta, siedzący przy łóżku, wstał i ukłonił się.
Albert wyciągnął do ojca wolną rękę. Oczy błyszczące i uśmiech młodzieńca zaraz uspokoiły Gibray‘a, mówiąc mu, że w istocie niema nic niebezpiecznego.
Spytał jednak ze wzruszeniem, od którego głos mu drżał:
— Ale co się z tobą stało, mój drogi?
— Prawie nic — odpowiedział Albert — upadłem na ślizgawce, a raczej wpadłem pod lód; kąpiel troszkę za chłodna, i stłukłem sobie ramię, ale dość lekko.
— To wszystko bardzo niebezpieczne — zawołał Gibray.
— Mogło być niebezpiecznem — odezwał się przyjaciel Alberta.
— Na szczęście przykrych następstw nie będzie, a i owszem, są bardzo szczęśliwe skutki. Uratowało ta życie...
— Komu? — zapytał sędzia śledczy, ściskając porucznika za rękę.
— Pewnej prześlicznej młodej osobie.
— Młodej osobie? — powtórzył Gibray.
— Którą ojciec zna — pośpiesznie dodał Albert i opowiedział, o czem już czytelnicy wiedzą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.