Tajemnica grobowca (de Montépin, 1931)/Tom III/XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Tajemnica grobowca
Podtytuł Powieść z życia francuskiego
Wydawca Redakcja Kuriera Śląskiego
Data wyd. 1931
Druk Drukarnia Kuriera Śląskiego
Miejsce wyd. Katowice
Tytuł orygin. Simone et Marie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVI.

Dwaj porządnie ubrani mężczyźni w charakterze urzędników zapowiedzieli wizytę u pani Dubief, która wciąż jeszcze przyglądała się uczennicom.
— Czego chcesz Justyno?
— Chcą się z panią widzieć.
— Panie?
— Nie, dwaj jacyś panowie.
— To zaprowadź ich do mego gabinetu. Zaraz przyjdę.
W kilka minut później goście wprowadzeni byli do gabinetu przełożonej pensji.
— Niech nam pani wybaczy, że panią niepokoimy — odezwał się jeden z wesołym uśmiechem — odwołujemy się do pobłażliwości pani, bo ministerjum nasze zmusza nas do natręctwa.
— O cóż chodzi panom?
— Rzecz bardzo prosta. W chwili, kiedy mówię, w rozmaitych dzielnicach Paryża odbywa się rewizja okien i drzwi.
— Po ukończeniu tych oględzin dopełniony będzie nowy podział podatku, który podniesiony będzie dla właścicieli domów i dla lokatorów o jedną piątą.
— Ależ to projekt doskonały! — zawołała pani Dubief.
— Niezaprzeczenie. Przyszliśmy więc z prośbą do pani, ażeby nam pani pozwoliła wykonać zlecenie i kazała nas zaprowadzić do każdego pokoju w tej kamienicy.
— Sama panów oprowadzę!
— O, pani zanadto uprzejma, zanadto!
Obaj otworzyli teki, wyjęli papier, kałamarzyk kieszonkowy poczem ten, który już mówił dodał, kłaniając się:
— Zaczniemy po porządku. Zaczniemy od tego pokoju, w którym się znajdujemy teraz.
— Ten pokój, pierwszy na parterze, jest moim gabinetem — rzekła pani Dubief.
— Kochany Billiot, — odezwał się urzędnik do swego towarzysza, który jeszcze ust nie otwierał — bądź łaskaw policzyć drzwi, mów, a ja będę pisał.
Billiot jak go nazwał kolega, rzekł chrapliwym głosem:
— Parter, gabinet, okno na ogród, drzwi... dokąd prowadzą?
— Do przedpokoju — odpowiedziała przełożona pensji.
Urzędnik napisał na papierze poliniowanym w rubryki, co mu Billiot podyktował. Z gabinetu przeszli do przedpokoju, stąd z pokoju do pokoju na całym parterze. Następnie p. Dubieuf zaprowadziła urzędników na pierwsze piętro. Zapisując drzwi i okna, jak mu Billiot dyktował, urzędnik wypytywał przełożoną pensji o przeznaczenie każdego pokoju. Ponieważ czynił to z uniżoną grzecznością, pani Dubieuf więc chociaż myślała, że trochę jest za ciekawy, odpowiadała mu dobrodusznie.
Z pierwszego piętra gdzie znajdowało się mieszkanie przełożonej, pokoje dam klasowych i różne inne, udano się na drugie piętro, — zajęte ono było prawie w całości na sypialnie. Symeona i robotnice pod jej kierownictwem były przy swem zatrudnieniu sobotniem, kładły na każde łóżko czystą bieliznę i ubranie, które uczennice włożyć miały na siebie przy niedzieli.
— A! Symeono! — rzekła pani Dubief do dziewczęcia, obok przechodzącego — zapomniałam ci powiedzieć, panna Perier odjeżdża.
— Dobrze, proszę pani. Wszystko będzie gotowe.
Usłyszawszy imię Symeony, obaj urzędnicy pozostali obojętni z pozoru, ale nozdrza rozszerzyły się im w tej chwili, a z pod rzęs wypadła przelotna błyskawica. Uważnie spojrzeli na młodą dozorczynię szwaczek, z którą rozmawiała pani Dubief, a potem popatrzyli na siebie.
Spis prowadzony był dalej. Drugie piętro składało się z dodatkowych sypialni, składów bielizny, garderoby i z kilkunastu niewielkich pokoików, które były przeznaczone dla szwaczek i służących.
Pokoje te zwiedzano kolejno. Jeden z nich umeblowany był skromnie, lecz prawie zalotnie.
— Miły kącik — zagadnął Billiot chrapliwym głosem — gospodyni tego pokoju zasługuje na nagrodę za porządek i schludność.
— To prawda — odpowiedziała pani Dubieuf.
— Tu mieszka moja dozorczyni nad szwaczkami, mająca bardzo wiele zalet.
— Jako stara panna naturalnie — rzekł urzędnik z uśmiechem.
— Przeciwnie, moja dozorczyni młoda i bardzo przystojna. Tylko co widzieliście ją panowie. To Symeona, z którą rozmawiałam w wielkiej sypialni....
Podczas gdy urzędnik rozmawiał z przełożoną pensji, Billiot patrzył na prawo i na lewo, jak gdyby miał sporządzać spis inwentarza.
Nagle drgnął, spostrzegłszy na komodzie list rozłożony... Podszedł czem prędzej; list zawierał kilka wierszy. Jednem spojrzniem szybkiem przeczytał jego osnowę, poczem obrócił się prędko i oparł się o komodę w tył ręce założywszy.
— Cóż tutaj jest? — zapytał pisarz.
— Tylko jedno okno i jedyne drzwi.
— Przejdźmy do następnego pokoju.
Poszli, pisarz pierwszy, a za nim pani Dubieuf, i Billiot.
Na komodzie już nie było listu. Przełożona przymknęła drzwi za sobą.
— Nie wyjęła pani klucza ze drzwi? — zapytał Billiot.
— O, u mnie służą ludzie nieposzlakowanej uczciwości.
Spis skończył się bardzo prędko. Urzędnicy dziękowali pani Dubieuf tak uprzejmie, że ich odprowadziła aż do przedpokoju. Zamiast jednak wyjść do następnego domu dla załatwienia czynności, które tak gorliwie spełnili na pensji, udali się na ulicę Varennes i zatrzymali się przed furtką małego pałacyku, gdzie mieszkał rzekomy kapitan Van Broke. Billiot wyjął z kieszeni klucz — otworzyli drwi i wraz ze swym towarzyszem znikł we wnętrzu. Czytelnicy domyślają się już, co to byli za ludzie, którzy podali się za urzędników, delegowanych do spisu drzwi i okien. Lartigues i Verdier, doskonale przebrani i ucharakteryzowani wybornie, wykonywując ściśle plan przez Maurycego ułożony, zwiedzili pensję od piwnicy do strychu i obejrzeli pokój Symeony.
— I cóż powiesz — rzekł Verdier — dobrze odegraliśmy nasze role?
— Tak, — odpowiedział Lartigues — i lepiej nawet, niż myślisz.
Wyjął z kieszeni jakiś papier.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Wiemy teraz, gdzie się znajduje Symeona, i mamy dowód, że hrabia Iwan jest w Paryżu.
— Jakto?
— Przeczytaj ten list!
Lartigues oddał wspólnikowi list, skradziony w pokoju Symeony List ten znany jest naszym czytelnikom. Prosił w nim hrabia Iwan Symeonę, ażeby przyszła do Gabrjela Servais w niedziele koło południa.
— Ho, ho! — rzekł Verdier — to mi się wydaje dziwnem! mowa tu o Albercie de Gibray i Marji Bressoles, a Symeona wmieszana jest w to wszystko, co się koło nas dzieje. Gdzie się ukrywa hrabia Iwan, o którym myśleliśmy, że daleko od Paryża przebywa? Te tajemnice wyjaśnić należy. Od tego zawisło nasze położenie.
— Pojmowałem to i dla tego zabrałem list.
— Co to za jeden ten Servais?
— Malarz, u którego Symeona była za modelkę i przyjaciel Alberta de Gibray.
— Czy czasem nie ocalał Albert, chociaż doktorzy na śmierć go skazali? może co knują przeciw Maurycemu?
— Nic nie wiem, ale wydaje mi się to możebem, prawie prawdopodobnem. Trzeba się koniecznie z Maurycym zobaczyć. Trzeba z nim koniecznie pomówić, trzeba raz postanowić, kiedy zaczniemy działać przeciw Symeonie.
— Im prędzej, tem lepiej.
— Naturalnie, ale musimy się ułożyć z Maurycym. Napiszę Kilka słów i poślę przez posłańca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.