Tajemnice stolicy świata/Tom II/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor George Füllborn
Tytuł Tajemnice stolicy świata
Podtytuł Grzesznica i pokutnica
Wydawca Księgarnia Jana Breslauera
Data wyd. 1871
Druk Drukarnia Jana Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Die Geheimnisse einer Weltstadt oder Sünderin und Büßerin
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.
W piwnicy złoczyńców.

Mgliste wyziewy wiosennéj nocy grubo i smutno zaległy na ulicach i placach rozległéj, ogromnéj stolicy latarnie rzucały światło na mały tylko czerwonawy okrąg, bruk był wilgotny i brudny.
Po ulicach pędziły liczne powozy z teatrów, w których dopiero co skończyły się widowiska, wioząc swoich właścicieli do sklepów z łakociami i do winiarń. W ożywionych częściach stolicy wielu przechodniów pośpieszało jeden za drugim.
Na długiéj, prawie całe miasto przerzynającéj ulicy Fryderyka, otwarte były jeszcze okazałe sklepy, ofiarujące przechodniom w pośród oślepiającego światła do kupna wszystko co tylko wymyślić można, a młodzi i starzy, ubodzy i przyzwoicie odziani, w różnorodnym natłoku zaludniali obie strony ulicy. Tu chychocząc się i strzelając oczami przeszły dwie bardzo zalotnie ubrane i wysznurowane dameczki obok jakiegoś pana — tam daléj jakaś pięknego wzrostu, mocno zawelonowana kobieta rozmawiała z oficerem, pytając go o położenie ulic, czy też o najbliższy plac doróżkarski — indziéj znowu stary, zgarbiony jegomość, którego głowa już się prawie chwiała ze słabości czy też pod ciężarem lat, dosyć jeszcze gorliwie pośpieszał za małą, zgrabną dziewczynką, — tam jeszcze matka pyszniła się ładnym, ufryzowanym synkiem, który miał tak długie i obfite blond loki, że można go było wziąć za dziewczynkę, i gdybyśmy mieli czas iść za tą szczególną parą, ujrzelibyśmy, że wkrótce przystąpił do matki jakiś pan w paltocie, rozmawiał z nią po cichu, a potém pogłaskał po twarzy ładnego bladego chłopczyka — i pieścił dziecko, które po raz pierwszy widział.
Ale bieg opowiadania zwraca uwagę naszą na inną parę, śpieszącą przez ulicę Fryderyka.
Małgorzata i Walter, przecisnąwszy się przez ten tłum ludzi, skręcili w jedną z licznych ulic poprzecznych.
— Teraz jesteśmy u celu, poszepnął Walter, wskazując na dosyć umiarkowanie oświetlone okna piwnicy narożnego domu, które jedne wychodziły na ożywioną ulicę Fryderyka, a drugie podobnie jak wejście umieszczone były od strony poprzecznéj ulicy.
— I hrabina żebraczka ma tu przebywać? spytała zdziwiona Małgorzata, gdy tę część miasta, w pobliżu krôlewskiéj bramy położoną, zamieszkiwali tylko bogacze i zamożni.
I na prawdę słusznie się dziwiła. Złoczyńcy i włóczęgi, i lękający się światła, zwykle na swoje orgie i schadzki wybierają odleglejsze i bardziéj skryte strony miasta, a gospodarze, których gośćmi są te złe żywioły, wolą zwykle zakładać swoje kryjówki, w których noc w dzień się przemienia, na ulicach mniéj ożywionych. Ale Albinos Vollrab, człowiek o białych włosach, czerwonych oczach i kobiecych rysach, który się przez długi czas za pieniądze pokazywał, lecz niewiele na tém zarabiał, znał świat tak dobrze, i tak dobrze był kuty, że zapragnął inaczéj pokierować interesa, bo na przedmieściu nieustannie czuwało nad nim oko policyi. Więc w pośród wielkiego świata, w pośród bardzo ożywionéj części stolicy, gdzie nie miano w podejrzeniu żadnego pierwszego lokalu, a chociażby i piwnicy, wynajął sutereny, i urządził w nich tak w języku łotrowskim zwaną Kawiarnianą Klapkę, gdzie wkrótce zaczęło bywać tylu znajomych i tak wielkie panowało życie, że drogie komorne obficie mu się wynagradzało. Wyraz kawiarniana klapka najlepiéj się tłumaczy wyrazem: piwnica złoczyńców, a nazywano ją także sztubą, bo ta nazwa mniéj była uderzająca, gdyż w stolicy, w któréj się dzieje powieść nasza, większa część szynków dla rzemieślników, stangretów i wszelkiego rodzaju robotników, mieściła się w piwnicach.
Grube, białe rolety zasłaniały okna przed spojrzeniami ciekawych, którzy w innych oknach i na ludnéj ulicy mieli tak dużo do widzenia, że nawet nie zważali na nizkie, zaledwie stopę nad ziemię wystające okna piwniczne.
A jednak przesiadywali u Albinosa ludzie, na których policya zważała albo poszukiwała, jako po części najniebezpieczniejszych wrogów społeczeństwa. Nikt jednak nie domyślał się, ani sami nawet urzędnicy nie wiedzieli, że poszukiwanych mają bliżéj niż myślą.
Walter zatrzymał się na chwilę, gdy przybył z Małgorzatą przed jasno oświetlone drzwi, których schody obmalowane były po obu stronach ścian niewinnemi szyldami szklanek i butelek.
— Wołałbym, abyś pozostała tu na zewnątrz! rzekł cicho, jakby się obawiał wprowadzić z sobą dziewczynę do dusznéj izby, gdzie się rozgościły dzikość i grubiaństwo.
— Pozwól mi iść z tobą, Walterze, o mnie nie masz się czego obawiać! odpowiedziała Małgorzata.
Ciężko było na sercu uczciwemu robotnikowi, gdy wszedł tam z Małgorzatą — otworzył drzwi, które trąciły o dzwonek, i znaleźli się w przodowéj izbie, w któréj na stole, albo dla lepszych na chwilę tylko wchodzących gości ustawione były filiżanki i szklanki, buttersznity i krzesła. Za tym stołem umieszczona była w pierwszym rzędzie otwarta szafa, a w niéj butelki i kufle. Lampa dawała jasne światło.
Na lewo były na pół uchylone drzwi, z których wychodził odstręczający wyziew tytuniu i wódki, tudzież rozmaite głosy! Albinos Vollrab, który dawniéj, gdy się jeszcze wspólnie z jakimś Herkulesem, wężem grzechotnikiem i Kafrem w prowincyonalnych miastach pokazywał, miał inne dziwnie brzmiące nazwisko, od godziny już siedział sam z jednym gościem w zadymionéj izbie.
Gościem tym był barczysty, brodaty, znany nam Dolmann.
— Zdaje się wam, Albinosie, że to rzecz nie do uwierzenia, a jednak mówię prawdę. Oho, trzeba wam znać Furscha, mówił Dolmann, gestykulując jedną ręką, a drugą oparł się wygodnie na stole ceratą obciągniętym, stającym przed ławą, na któréj siedział. Fursch jest to mistrz w swoim rodzaju, a Czarna Estera w swoim.
— O téj to już raz słyszałem, powiedział Albinos, stojący na środku izby pod lampą u sufitu zawieszoną. Chociaż nie liczył wiele więcéj nad lat trzydzieści, jednak miał włosy zupełnie białe, a oczy czerwone jak u królika. Cała jego niezarosła twarz — bo kilku białych włosków nad ustami i na brodzie bez kłamstwa nie można było zaszczycić nazwą brody — sprawiała odstręczające wrażenie, a jednak miała rysy albo minę naprowadzającą na myśl, że ten Albinos musiał być człowiekiem pożądliwym, — policzki miał blade i zapadłe, czerwone oczy głęboko wklęsłe, usta także blade i wywrócone. Wygląda ona, dodał, na przystojną i lubieżną kobietę.
— Nie tak jak myślicie — z waszemi dochodami nic u niéj nie wskóralibyście, wy zakochany biały łbie!
— Ona jest obrazem kobiety, Dolmannie — a wskórać można u nich wszystkich!
— No, jeżeliście tacy szczęśliwi, to lepiéj poszukajcie sobie innéj!
— Hm, rzecz się ma inaczéj — tylko trzeba ją zrozumieć, tu nie chodzi o twarz!
— I ja tak myślę, bo one zapewne lubią w was coś innego niż waszą figurę — dajcie-no mi nową szklankę!
W téj chwili dała się słyszeć w szynkownéj izbie dzika wrzawa pochodząca z izby przylegléj téj, w ktôréj siedział Dolmann; za tém i drzwiami, przymkniętemi jakby tam było mieszkanie gospodarza, za tą gościnną izbą, byli inni goście, — czy ta nagła wrzawa, była wybuchem radości czy wściekłości? Niektórzy ludzie w pierwszéj chwili nie dają tego poznać.
Otworzyły się dotąd zamknięte drzwi i ukazał się w nich młody, opięty, prawie elegancko ubrany człowiek z gładko nastrzępionym, wysmarowanym wąsem, z pieczątkowym pierścieniem na palcu i grubym łańcuszkiem od zegarka, który błyszczał jakby złoty; zawołał on na Albinosa: Dawaj tu piwa! i poznano teraz po głosach, że te okrzyki zadowolenia wyszły z tylnéj izby mającéj osobne wyjście na podwórze, a z tego znowu do wyboru dwa inne wyjścia na ulicę. To stanowiło wielce uwzględnioną przez Albinosa korzyść narożnego domu.
W téj izbie siedziało przy stole czterech mniéj więcéj elegancko ubranych panów i młody człowiek w okularach, który z gorączkową uwagą patrzał w trzy karty, które jeden z panów jak wirtuoz zakryte rzucał na stół, pokazawszy je pierwéj blademu młodzieńcowi. Jeżeli ten zgadł, który z trzech kart na stół rzuconych był As Pik, to wygrywał frydrysdora, którego stawiał za każdym razem, jeżeli zaś nie zgadł, to przegrywał go — i właśnie pan robiący karty, teraz wygrał tak pomimo, że blady młodzieniec w okularach, który tu przysłane mu przez ojca na szkolną opłatę pieniądze po raz trzeci w karty przegrał, utrzymywał z największą pewnością że wiedział gdzie leży As Pik!
Zgrany student z wymuszonym, rozpaczliwym śmiechem zawołał: To czarnoksięztwo — to nieczysta sprawa! Odpowiedziano mu rżącym śmiechem i wrzawą.
Młody, blady człowiek pozbył się ostatniego frydrychsdora z przysłanych mu przez ojca z groźnemi upomnieniami — i czekało go w następstwie albo wyparcie się ze strony ojca, albo samobójstwo.
Wtém Albinos przyniósł zamówione piwo i odebrał od panów pieniądze. Oszuści przepili do studenta, a widząc głęboko sięgającym wzrokiem jego rozpacz, że przy swojém ukształceniu i dobrze brzmiącém nazwisku, może się im przydać, zaprojektowali mu, aby się do nich przyłączył.
Powiedzmy zaraz, że ten młody student, z uczciwéj, dobréj rodziny pochodzący, w kilka miesięcy późnióéj należał do graczów z professyi i oszustów, którzy przez oszukaństwo w kartach pozbawiali biedne ofiary wszelkiego mienia — był on wabikiem, to jest członkiem bandy, który niedomyślne ofiary, z większemi lub mniejszemi summami przybywające do stolicy, do siebie przywabiał i do fałszywych graczów doprowadzał.
Gdy się to działo w tylnéj izbie, dzwonek zabrzmiał u drzwi wchodowych — oszuści znowu zamknęli drzwi, gdy Albinos przyniósł im piwa, a przed Dolmannem postawił wódkę.
Do izby szynkownéj weszli dwaj nowi goście, widocznie aby coś zjeść lub wypić, a może z powodu człowieka, który zawsze miał pragnienie, gdy mała, skurczona kobieta, w staréj chustce w kraty, w słomianym kapeluszu z dwoma ogromnemi skrzydłami, z wielkim czerwonym parasolem w ręku, z towarzyszem swoim wstąpiła tam jedynie dla tego, aby mu przypodobać się.
Tę parę stanowili Pająk i Kasztelan.
Dolmann zezem na nich spojrzał, i nie mógł powstrzymać się od cichego uśmiechu.
— Przynieś kimlu i kiełbasy! zawołał na Albinosa Kasztelan, widocznie jak dobry znajomy, a dla pani Robert filiżankę herbaty!
— Nie, nie, mój kochany, trwożliwie zawołał Pająk: ja nic nie piję, co najwięcéj zjem kawałek twojéj kiełbasy!
— Ona chce oszczędzać i głodzić się, poczciwa kobieta, rzekł Dolmann kiwając głową Kasztelanowi, ale wszystko zachowuje dla nowego małżonka! — Kiedyż było wesele, nic o niém wcale nie wiedzieliśmy?
— Pilnuj waspan swoich interesów, swoim chrypliwym głosem zawołał Pająk, i położył parasol i pompadour na stole, przy którym usiedli: myślałam, że miałeś dosyć do czynienia! Jakże tam z twoją należytością pod Białym Niedźwiedziem, hę? I gdzie się został doktor, hę? Ciekawam!
Chuda, złowroga twarz Pająka przy tych złośliwych słowach uśmiechnęła się, otworzyła zapadłe usta, a nos prawie dotknął brody.
— Nie próbuj abym ci dał odpowiedź na twoim garbatym grzbiecie, ty stara, przeklęta czarownico! groźnie zawołał Dolmann.
— Cicho! cicho, dzieci! rzekł Kasztelan, grubą, niekształtną ręką wywinąwszy w powietrzu: oboje nie macie sobie nic do zarzucenia!
Kasztelan miał na sobie bardzo przyzwoity surdut i kapelusz — zapewne to wszystko pochodziło z zastawnego zakładu pani Robertowéj, która dziwnie upodobała sobie Kasztelana. Otworzyła mu swoje drzwi i żywiła go, za co dopomagał jéj we wszystkiém, załatwiał rozmaite interesa, słowem sprawował wcale nie do pogardzenia obowiązki małżonka, chociaż ksiądz ich nie błogosławił... Pająkowi żal było na to pieniędzy.
Albinos przyniósł kiełbaski i wódkę, i znowu z zadowoleniem usłyszał odgłos dzwonka przy drzwiach.
Gdy pani Robertowa w kapeluszu i chustce zasiadła obok Kasztalana, który popisywał się z niepospolitym apetytem, weszli dwaj mężczyźni, z których jednemu z oczu można było wyczytać, że jest złoczyńcą, drugi zaś niewątpliwie był podupadłym artystą teatralnym. Takich ludzi łatwo poznać pomiędzy setkami, a szczególniéj byłych figurantów lub chórzystów. Przybyły do piwnicy złoczyńców ze złowrogim swoim towarzyszem, miał właśnie na sobie wszelkie cechy dające go poznać. Nie był wysoki, ale osiadły, pełnéj, okrągłéj, gładko wygolonéj twarzy, która w swoich niższych częściach niebieskawo świeciła. Oczy miał ciemne, ruchliwe, gębę nieco śpiczastą, włosy długie i z tyłu nieco na kark spadające. Chociaż surdut jego, który przezornie zapiął, już mianowicie na łokciach bieleje, a niegdyś jasno brunatny kalabryjski kapelusz przybrał nieoznaczoną mocno ciemną barwę i na brzegach miał czarne plamy, jednak ten chórzysta bez służby, który zupełnie głos utracił, porusza się dosyć zgrabnie i elastycznie, a natomiast jego towarzysz, który widocznie chórzystę dla swoich celów pozyskać pragnie, wchodzi bezwstydnie, rzuca czapkę na stół, a z pod gęstych powiek spojrzeniem ponuro ogląda innych gości. Ma ręce nieco poczernione, zkąd Dolmann domyśla się w nim bronzownika albo grawera, bo jeszcze go nie zna.
Nowy gość krótko półgłosem żąda dwóch szklanek ponczu i płaci za nie talarem, który przezorny Albinos starannie ogląda, nim zda resztę.
— Co się tak przypatrujecie? czy nie znacie takich pieniędzy? groźnie pyta nieznajomy, mierząc niemile z pod krzaczastych brwi błyszczącemi oczami Albinosa, który uderza talarem o stół, próbując jego dźwięku: tylko bez tego wszystkiego, inaczéj sami sobie swój poncz wypijecie!
— Jesteście widzę grubianin, ale mniejsza o to! W ostatnich tygodniach dostał mi się dwa razy fałszywy talar, którego nikt odemnie nie przyjmie!
— Fałszywy — fałszywy? wołał podejrzany bursz, wstając i chwytając za talar, który Albinos jeszcze w ręce trzymał: to mi go oddajcie — tu macie inne pieniądze! ale za to jestem dzisiaj ostatni raz w waszej przeklętéj sztubie!
— To komiczne, wtrącił były aktor nieco wzgardliwie poruszając głową, gdy jego kolega usiadł znowu; trzeba widzę strzedz się wydawać talary! Przytém łyknął chciwie ciemnego, musującego waru.
— Robić talary to najlepsze zatrudnienie! śmiał się Kasztelan, a Pająk także gwiżdżącym śmiechem kiwnął głową i zapiał:
— I ja byłabym za tém!
— Wierzę — ale widzicie, że tacy ludzie, co na wszytkiém zarabiają, nawet prawdziwego talara brać nie chcą! Co to jest fałszywy? mówił bursz siedzący obok aktora ze srogim wyrazem i gestem: czy to gra jaką rolę, że parę tysięcy obiega takich, które nie są w mennicy robione!
— To nie gra żadnéj roli! powtórzył aktor potwierdzająco i nie puścił więcéj szklanki z ręki.
— Jeżeli je tylko każdy bierze — to czy lepsze czy gorsze srebro, na jedno wychodzi!
— Na jedno, rozumie się samo z siebie! skończył aktor, i wygodnie cmoknął językiem, jakby coś znakomitego chciał powiedzieć. Weźmy-no tylko papierowe pieniądze — cóż za rzeczywistą wartość ma w ręce ten, który przyjmuje malowaną kartkę? Imaginacya — wszystko imaginacya — chciał pokazać obecnym, że posiadał szczególniéj odznaczające się ukształcenie.
Pająk kiwnął na to głową, nadaremnie szukając na talerzu Kasztelana swojego lwiego udziału w kiełbasie — dzielny kochanek czy niegrzeczny małżonek staréj siedmdziesięcioletniéj łotrzycy, nic nie zostawił.
— Miałażbyś rzeczywiście apetyt, kochana Robertowa? spytał Kasztelan, zauważywszy to spojrzenie. Albinosie, przynieś-no nam tu jeszcze...
— Nie, z obawą przerwał Pająk, ja bynajmniéj nie jestem głodna!
— Znowu tak kaszlałaś, pamiętaj o twojéj astmie, kochana Robertowa — nie żałuj sobie! rzekł kasztelan z troskliwością, która rozśmieszyła brodatą twarz Dolmanna.
— Szelma! pomyślał sobie; ten obciąga babę należycie, a któregokolwiek dnia pokłóci się z nią i zadławi ją. Jemu się jeszcze chce drugiéj porcyi!
Pająk, który zauważył, że Dolmann śmiał się z niego i z Kasztelana, tak nienawistnie spojrzał swojemi małemi, przeszywającemi, siwemi oczami, że dał poznać całe swoje oburzenie.
I na wpół zwrócony to do Dolmanna to do Albinosa, rzekł piejącym głosem:
— Istotnie, gdybym miała chęć po temu, mogłabym zapłacić dziesięć par kiełbasek. Ale inni muszą obchodzić się bez takiego apetytu, bo nie mają nawet tyle, aby zapłacić mogli za nocleg i wódkę!
— Tu, Albinos, masz swoją należność, zawołał Dolmann w odpowiedzi na to; nie jestem taki człowiek, abym komu pozostał winien!
Teraz Pająk roześmiał się tak wymuszenie i głośno, że aktor, który rozmawiał bardzo cicho z podejrzanym burszem, obejrzał się przerażony.
— Prócz Doktora! szepnęła nie mogąc się powstrzymać.
Dolmann skoczył tak gwałtownie, że aż z wielkim hałasem odsunął stół i szklanka spadła.
— Strzeż się, żebym ci kości nie połamał, przeklęty Pająku! wrzasnął machając zaciśniętą pięścią i okazując całą długość i szerokość ciała. Przemów jeszcze raz o Doktorze, to cię djabli porwą, chociaż opatrzyłaś się w Kasztelana! On wie, że ja nie żartuję!
— Cóż tobie znowu? czy cię to obraża,, kiedy kto wymówi słowo Doktor? zapytał napuchły towarzysz Pająka, a tymczasem stara zaufana w nim śmiała się i kaszlała.
Dolmann chciał przez stoły i ławy dostać się do nich, ale Albinos wdał się i odparł go w tył.
— Czy nie słyszycie, że dzwonią? Nie róbcie hałasu!
Rzeczywiście ktoś nadchodził.
Dolmann siadając, spojrzał ku drzwiom — ukazała się w nich żebraczka hrabina. Chociaż właściwie miała na sobie tylko łachmany, któremi prawie fantastycznie owinęła swoje przewiędłe kształty, jednak policyanci jéj nie tykali. Z początku, gdy ta włóczęga wpadła im w ręce podczas jednéj razzii, zaprowadzili ją do aresztu policyjnego, gdzie stawiona była przed sędziego dla usprawiedliwienia się.
Tam też bez namysłu zeznała, że jest hrabiną Ponińską, i wyjaśniło się, że rzeczywiście należała do téj zubożałéj rodziny; więc jako dotąd zatrzymaną tylko za włóczęgowstwo, nie zaś za przestępstwo, bezkarnie wypuszczono ją na wolność, bo nie wiedziano co z nią zrobić. Powoli poznali ją wszyscy policyanci, lecz dali jéj pokój, bo wszelkie uwięzienie nie miało żadnego celu.
Gdy weszła do szynkowni Albinosa, miała starą, brudną czapkę na głowie, z pod któréj wyglądały siwe włosy, bardzo poszarpaną i krótką suknię i na nią teatralnie narzuconą nędzną chustkę, okrywającą nagość wyższych części jéj ciała.
Ukłoniła się gościom i śmiało siadła w głębi za stołem — potém poufnie skinęła na Albinosa.
— Przynieś-no szklankę, ale wielką, rzekła grubym głosem, a brudną i od powietrza ogorzałą twarz jéj, napiętnowaną pospolitością, wyjaśnił uśmiech zadowolenia.
— Chętnie pani hrabino! odpowiedział Albinos, ale pierwéj.. i nadstawił rękę.
— Cóż ty sobie myślisz, mój synu? rzekła stara, chętnie wszystkich tykająca: jest, posłuchaj jak brzęczy! i uderzyła po kieszeni swojéj sukni.
— A zatém wielką...
— Jeżeli chcesz oszczędzić sobie trudu, mój synu, to przynieś od razu dwie duże, bo mam pragnienie! O, jakże dawno nie przeciekła przez moje usta ani jedna kropla nektaru, który nam obecność łatwiéj znosić pomaga! ciężko wzdychając powiedziała stara.
— Cożeście to robili dzisiaj przededniem, tam u konnego sztukmistrza Lopins, z tym pakietem? zapytał Albinos, napełniwszy wódką szklanki:
Stara przez chwilę była w kłopocie — nie spodziewała się, aby ją ktokolwiek widział.
— Ja — przededniem? Musiałeś być zaspany, mój synu!
— Właśnie gdy wyprawiłem moich ostatnich gości, zamykałem na kilka godzin piwnicę, gdy postrzegłem was tam przechodzących ulicą Fryderyka.
— Marzyłeś, byłam w parku, mój synu, a tak rano nie zwykłam wstawać, to mi z dawnych czasów pozostało.
— Prawda, prawda, znakomici ludzie sypiają długo.
Hrabina żebraczka zaśmiała się grubym głosem jak mężczyzna, i gdy Albinos podał jéj dwie wielkie szklanki, do których się bez zwłoki zabrała, wyciągnęła z kieszeni kilka większych i mniejszych pieniędzy i zapłaciła niemi za ulubiony trunek.
Przybycie dawniejszéj kochanki cesarza, która teraz siedziała w stołecznéj piwnicy złoczyńców przed porcya wódki, zdolną upoić silnego mężczyznę, przerwało gwałtowną rozmowę Dolmanna z Pająkiem i Kasztelanem; Dolmann jednak wyglądał tak rozgniewany, że nie mógł poskromić usposobienia, podczas którego nie można było z nim żartować. Powstał i przystąpił do stołu, przy którym siedziała szczególna para.
— Abyście wiedzieli co się stało z Doktorem, rzekł, i abyście strzegli się zemną zaczynać, zaraz wam opowiem, co go spotkało.
— Ktoś mu tam w topolowéj alei nakręcił karku, wiemy o tém bez ciebie! powiedział Kasztelan.
— Milcz i czekaj, aż powiem! Spił się pod Białym Niedźwiedziem na zabój i nie miał czém za to zapłacić. Miałem kilka groszy w kieszeni, a on to widział, i szedłem z nim wśród ciemnéj nocy, aż do téj części drogi, gdzie na lewo leży rozległe pole w końcu pochyłe. Na raz chwyta mnie ten zbój, chcąc zmierzyć się zemną na siły i obedrzeć mnie. Przytém nadwerężył sobie karku, oto cała sprawa, i biada temu, który sobie pozwoli mówić co innego!
— Już późno, chodźmy! rzekł Pająk do Kasztelana, jakby nie słyszał i nie zważał na Dolmanna.
— Jeżeli tak być musi kochana Robertowa. Wiesz, że lubię wygodę i słaby jestem w nogach!
— Mnie się tutaj nie podoba, jadłeś i piłeś, a więc masz dosyć. Panie Vollrab, weź moje pieniądze, są dobre i prawdziwe!
Pająk wstał, otworzył swój pompadour, i po długiém szukaniu wyjął z niego nieco monety, którą wyliczył z wielką powagą Albinosowi na stole i dobrze pomacał i obliczył, tak mu trudno było rozstawać się z pieniędzmi. Palce jego teraz jeszcze bardziéj wychudły i wyschły, ręce jeszcze bardziéj z ciała opadły.
W chwili gdy także i Kasztelan podnosił się, a Pająk zbrojny w swą sakwę i parasol zbliżał się do na pół otwartych drzwi, znowu brzęknął dzwonek, i tym razem weszli do piwnicy Małgorzata i Walter, szukający téj co porwała dziecko.
Szczególniejsze to było spotkanie, nastąpiła dziwna scena.
U drzwi spotkała Małgorzata Pająka, tak blizko, że obie nieruchome spojrzały sobie twarz w twarz, z okrzykiem największego zdziwienia.
Strwożona Małgorzata byłaby wyszła z piwnicy, gdyby nie chodziło o jéj dziecię — zbladła, ale jednak została.
— Co to? spytał Kasztelan, dziwiąc się temu niememu spotkaniu i kiedy już raz był na nogach chcąc wyjść czémprędzéj z piwnicy.
— Ej, ej, rzekł Pająk odzyskując mowę — ej, patrz — no, Małgorzata, musimy się jeszcze raz wrócić! Kochane, śliczne serduszko! I znowu z nowym kochankiem, moje dziecko, to nie uchodzi! od księcia do robotnika...
Małgorzata chciała z niemą pogardą przejść obok staréj kuplerki, bo Walter szepnął jéj, że żebraczka siedzi w gościnnéj izbie — ale Pająk znając wartość dziewczyny i myśląc już o wynagrodzeniu za jéj znalezienie, nie chciał puścić Małgorzaty i trąciwszy Kasztelana, jeszcze raz wrócił, gdy zdziwiony Dolmann przypatrywał się scenie, a Albinos zachwycającéj dziewczynie, która weszła do jego sztuby.
Hrabina żebraczka ze swojéj strony tak usilnie rozmawiała ze stojącym przed nią nektarem, że o bożym świecie zapomniała i mało ją obchodzili przybywający — spuściwszy oczy marzyła o przeszłości, w któréj była znakomitą, bogatą hrabiną.
— Pójdź, dziecię! mówił Pająk chcąc ująć rękę Małgorzaty, siadaj przy mnie, ja pragnę twojego dobra!
— Proszę mnie puścić, pani Robert! mówiła przelękła, a Walter ciągnął ją ku sobie.
— Ależ dziecię, to ci nie zaszkodzi, że pójdziesz zemną! szepnął Pająk, którego siwe włosy błyszczały, a kościste ręce coraz mocniéj dziewczynę trzymały.
— Słuchaj-no pani i puszczaj Małgorzatę! zawołał Walter stając pomiędzy nią a Pająkiem, albo...
— Oho, tylko ręce przy sobie! odezwał się Kasztelan chcąc odtrącić Waltera.
— Kto wasan jesteś? czego się wtrącasz w nieswoje rzeczy?
— To wasana nie obchodzi, chciałem mu właśnie zadać to samo pytanie, przerwał Walterowi obrońca Pająka, gdy tenże Małgorzatę mocno trzymał za rękę i ciągnął do stołu, przy którym dawniéj siedział.
— Ja tu nie jestem mądry! Małgorzato, czy znasz ty panią Robertową i jéj obrońcę?
— O, kochany Walterze, pomóż mi tylko!
— Nie żartuj dziecię, lecz powiedz mi lepiéj, zkąd się tu wzięłaś? Wezmę cię z sobą, bo bardzo, bardzo bogaty pan... poszepnął Pająk.
— Najświętsza Panno, zlituj się nademną! jękła dziewczyna.
— Ustąp mi z drogi człowiecze! zawołał gwałtownie Walter, odpychając Kasztelana, który ze strasznym hałasem padł między stoły i krzesła.
— Wyjdźcie z mojego lokalu, jeżeli się tu kłócić macie! wrzasnął Albinos, przeciskając się do Waltera, a Kasztelan również zerwał się i z podniesioną pięścią zbliżył do obrońcy Małgorzaty, którą Pająk coraz mocniéj ściskał.
— Z daleka odemnie, albo źle będzie! zawołał Walter, usiłując oprzeć się tyłem o ścianę.
— Dziewczyna może tu pozostać, ale ten łajdak krzykacz niech wyjdzie precz z mojego lokalu! krzyczał Albinos.
Napuchły Kasztelan uzbroiwszy się wielkim kluczem, wpadł na Waltera, który się bronił przeciw Albinosowi.
Dolmann widział, że obrońca dziewczyny, która w największéj trwodze płakała i usiłowała uwolnić się z rąk Pająka, uledz musi potężnym natarciom obu tych ludzi; postanowił nie dopuścić tego.
— Precz, Albinosie! zawołał głośno, rozbiję ci czaszkę Kasztelanie! Wy podłe szelmy, dwaj na jednego napadacie. Precz, mówię!
— Dajcie pokój, ja się z nim sprawię! powiedział Walter, który w walce rozwinął wcale niepospolitą siłę i zatrzymał rękę Kasztelana, którą ten chciał go zranić.
— Ja tu nie chcę żadnego skandalu! zawołał Albinos, zwracając się od Waltera do Dolmanna, który go w tył odciągnął: mamże na siebie i na was naprowadzić policyę?
— Więc wyrzućcie za drzwi to stare zwierzę Pająka, patrzcie-no tylko, jak ona trzyma tę biedną dziewczynę!
— Tak, tak, masz słuszność, dziewczyna ładna, nie powinniśmy jéj opuszczać! powiedział Albinosi przystąpił do stołu, przy którym Pająk tuż obok Małgorzaty siedział.
— Nie bądźże głupia moje dziecko, moje serce! szepnęła pani Robertowa, widząca już przed sobą ogromne summy, które jéj hrabia Eberhard zapłaci powróciwszy z podróży za znalezione dziecko.
— Puśćcie-no tę dziewczynę, pani Robert! rzekł Albinos, stając tuż obok Małgorzaty i niby broniąc jéj, zuchwale i bezwstydnie objął ją ramieniem, jakby chciał do siebie przyciągnąć.
Z chwili, w któréj Walter Kasztelana jak dzieciaka wyrzucił za drzwi, skorzystała Małgorzata i odskoczyła — jéj oczy zaświeciły wysoką i piękną odwagą, blade oblicze gwałtownie się zarumieniło oburzone niegodziwością dwóch trzymających ją i dotykających osób — jéj drobna ręka przebiegła po powietrzu — i z głośnym łoskotem padła na twarz Albinosa.
— Oho! zawołał zakrywając ręką uderzone i zaczerwienione miejsce twarzy: mały wąż kąsa!
— Rzeczywiście, jak robak, którego nadeptać chcieliście! rzekła Małgorzata prostując się.
— To było w porządku! zaśmiał się Dolmann, tym sposobem pochwalając czyn młodéj dziewczyny: należałoby się także coś i Pająkowi!
Walter tak dzielnie wyrzucił Kasztelana, który w swojéj obrzmiałości i krępém ciele nie miał żadnéj siły, i tak nim mocno uderzył o schody, że ten na chwilę stracił przytomność i ciężko stękał.
— Zbójca — morderca! krzyczał Pająk, i okazując Małgorzacie prawie gwiżdżącą wściekłość, baba przeszła koło niéj i Albinosa, z szybkością na jaką zezwoliły jéj wyschłe nogi — podniosła swój czerwony parasol, aby Kasztelan mógł się nim podpierać.
— Śpieszcie się i prędko wynoście z piwnicy! zawołał Walter rozgniewany do leżącego i do nacierającéj na niego, bo inaczéj poznacie się z mojemi pięściami, wy łajdaki!
— Pójdź, biedny, kochany Kasztelanie, dzisiaj skończmy na tém, ale ja znam to zwierzę, ono nam nie ujdzie, ty wiesz, że ja dokażę czego zechcę!
— Przeklęty łotr! stęknął napuchły z trudnością siadając na schodach: wszystkie mi żebra połamał.
— Chodźmy!
— I to prędko, bo was sam na dwór powynoszę! groźnie zawołał Walter, wracając do gościnnéj izby, w któréj tymczasem Albinos jeszcze raz próbował zaatakować Małgorzatę, ale mu w tém przeszkodziło wdanie się Dolmanna.
— Dajże pokój dziewczynie, Albinosie! zawołał czarno-brody, barczysty mężczyzna, biorąc białowłosego za gardło i odsuwając go: twoje stare palce drgają! Czyż nie możesz patrzeć na żadną dziewczynę, tylko ci zaraz przychodzą twoje przeklęte myśli do głowy!
W téj chwili hałas i rozmaite sceny odbytéj walki przebudziły z ogłuszenia hrabinę żebraczkę, pomimo silnego działania dwóch wielkich szklanek, które wypróżniła aż do ostatniéj kropli. Głowa jéj ociężała i opadła na piersi, szeroka, wielka gęba otworzyła się i odetchnęła tak mocno, że aż wydała jakiś chrypliwy głos.
Aktor zwrócił uwagę swojego towarzysza na obraz staréj żebraczki, który rzeczywiście był niezrównany. Jéj ciężka głowa przy każdém głośniejszém słowie spierających się stron podnosiła się nieco w górę i znowu to na prawe to na lewe ramię opadała, aż nakoniec wzrastająca wrzawa i czyny zupełnie ją przebudziły. Osłupiałym wzrokiem powiodła po izbie i w jaéniejszéj chwili poznała Małgorzatę.
Jéj zaczerwieniona twarz o grubych, brzydkich rysach, po użyciu wódki jeszcze ordynarniéj wyglądała, a teraz nagle przybrała wyraz przestrachu i trwogi — podniosła się po cichu i korzystając z zamieszania, chciała się wynieść.
Obok Dolmanna i Małgorzaty przeszła szczęśliwie — ale gdy się do drzwi dostała, stanęła przed Walterem, który ją bez ceremonii zatrzymał i do gościnnéj izby zaprowadził.
— Gdzieżeście podzieli dziecko, które téj nocy ukradliście? zapytał gwałtownie: przyznajcie się krótko, gdzie je ukryliście?
Teraz Dolmann i Albinos spojrzeli na hrabinę żebraczkę, która stała mocno zmieszana i przelękniona.
— To ona! — Gdzie moje dziecko? w największéj rozpaczy zawołała Małgorzata, podchodząc do żebraczki. Zlitujcie się — mówcie — gdzie moje dziecko?
Albinos zrobił minę jakby się czegoś domyślał.
— Puśćcie mnie! rzekła do groźnie przed nią stojącego Waltera hrabina żebraczka grubym głosem. Dziecko u sztucznego jeźdźca Lopina. Sądziłam, że mi za to podziękujesz, żem je w tak dobre ręce oddała! U Lopina dziecko się wychowa i wykształci na artystkę — u ciebie byłoby żebraczką albo i czémś gorszém jeszcze!
Małgorzata nie słuchała nic więcéj — pozostawiła Albinosa, hrabinę i Dolmanna na miejscu jak stali, a sama wybiegła — musiała dziecko swoje odebrać, swój klejnot, który złodziejka sztucznym jeźdźcom sprzedała.
Wypadła na ulicę, którą pokrywała noc głęboka. Walter pośpieszył za nią.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Füllborn i tłumacza: anonimowy.