Tajemnice stolicy świata/Tom II/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor George Füllborn
Tytuł Tajemnice stolicy świata
Podtytuł Grzesznica i pokutnica
Wydawca Księgarnia Jana Breslara
Data wyd. 1871
Druk Drukarnia Jana Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Die Geheimnisse einer Weltstadt oder Sünderin und Büßerin
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIV.
Krzyk szalonéj.

W części parku najbliższéj zamku księcia Waldemara, słyszano co noc narzekające przeciągłe głosy. Zdawało się, że pochodzą z góry, a gdy pośpieszano na miejsce, z którego niby pochodziły, poznawano, że w dalszém jeszcze miejscu biorą początek, i wśród cichéj, ciemnéj nocy, coraz się okropniéj rozlegają.
Robotnicy, którzy około północy lub przed świtem tę część parku przebywać musieli, woleli raczéj iść inną drogą, aby nie słyszeć niepojętych, strasznych narzekań, podsycających ich zabobonność. Wkrótce rozniosły się najdziwniejsze wieści, i powstały znowu dawne gawędy, o których już długo nie przypominano.
Na końcu nieoparkanionego parku księcia, daleko po za zamkiem rozciągającego się, tam mianowicie, gdzie styka się z nim zwierzyniec, znajdowała się sadzawka, wkoło otoczona staremi liściastemi drzewami, ktéréj niezmiernie czarna woda nigdy nie zamarzała i żyły tylko same żaby.
Tuż przy téj sadzawce, oddzielony tylko żelaznemi sztachetami opasującemi park zamkowy, stał stary, w połowie zawalony dom w kształcie wieży, który zarówno w górze jak i w dole miał tylko małe, zakratowane okna i gdzie od lat wielu już nikt nie mieszkał, chociaż dawniéj ogrodnicy chowali tam rozmaite sprzęty.
Ta złowroga, wilgotna, mocno drzewami zacieniona wieża, do któréj nie dochodził żaden inny głos prócz skrzeku żab w lecie, dała powód do odradzającego się teraz na nowo podania, o jakiéjś przed wiekami żywcem tam pogrzebionéj dziewicy, bo powierzchowność budynku i jego otoczenie sprzyjały tego rodzaju twierdzeniom. Teraz utrzymywali ludzie starzy, którzy na drodze przechodząc blizko sadzawki słyszeli te narzekające tony, że przed wielu laty dawały się już raz słyszeć takie wołania o pomoc, tém je zaś objaśniali, że dusza owéj dziewicy, która miała być rodzoną córką jakiegoś księcia, w przystępie szaleństwa przez niego samego użyta, bo była bardzo piękna, nie może znaleźć spokojności i od czasu do czasu chodzi około sadzawki i wieży, wydając okropnie narzekające głosy.
Niektórzy mniéj zabobonni żartowali i śmieli się z tego, lecz gdy dla przekonania się jednéj z najbliższych nocy zbliżyli się także do sadzawki, usłyszeli także przeraźliwe, okropne narzekania, niby z głębi wody wychodzące, a gdy im przytém mimowolnie na głowie włosy wstawały, musieli przyznać, że na świecie dzieją się rzeczy, których wyjaśnić trudno.
Zkąd pochodziły narzekające, przeciągłe wołania, rozlegające się wśród leśnéj nocy, brzmiąc nadnaturalnie i groźnie?
To jedna z tajemnic, które tak wielka stolica w swojém łonie ukrywa!
Było to w nocy po owém zbiegowisku ludu, którego ofiarą byłby padł bardzo łatwo szlachetny i pobożny baron von Schlewe, gdyby nie wdanie się Eberharda. Zamiast podziękować mu za jego pojawienie się, baron skorzystał z téj sposobności, i wieczorem przybywszy z księciem na zamek królewski, złożył królowi tak haniebny, oszczerczy raport o wpływie księcia de Monte-Vero, że ten oburzył się w sposób łatwy do pojęcia i postanowił przy pierwszéj lepszéj sposobności z zimną i sarkastyczną surowością dać do zrozumienia, że tacy wolni myśliciele, jak on, znajdą w dziewiczych lasach lepsze i wdzięczniejsze pole dla swoich działań, niż w jego państwie. W ostatnich czasach wszystko się zmówiło, aby podkopać tę wielką przychylność, jaką dawniéj król okazywał księciu, i coraz też bardziéj skłaniał się do słuchania poszeptów pewnéj części swojego otoczenia, która obwiniała księcia o wpływ szkodliwy.
Szambelana von Schlewe mocno cieszyło to jego powodzenie; pośpieszył więc oświadczyć ksieni, że wkrótce nastąpi upadek Eberharda.
Książę Waldemar, w ostatnich czasach niezmiernie cichy i w sobie zamknięty, późno w nocy wracając z zamku ze swoim szambelanem, przejeżdżał około zwierzyńca. Schlewe od dawna zauważył to uderzające usposobienie księcia, a powód jego znał aż nadto dobrze! Wszystkie dawniéj wyświadczane Waldemarowi usługi barona, teraz już nie były przyjmowane — coś go dręczyło, coś mu ciążyło, na co nie pomagały żadne rozrywki, żadne przyjemności. Ostatnią damą, któréj udało się przykuć go do siebie na pewny czas, bo go niepokonanie nęciła swojemi powabami, była Leona — po niéj książę Waldemar wstrzymał się od wszelkich związków.
Leona wstąpiła do klasztoru Heiligstein — należało więc mniemać, że dolega mu wspomnienie o niéj. Ksieni tak była o tém mniemaniu przekonana, że tryumfując zamierzała wpływ swój za pośrednictwem Waldemara coraz bardziej wywierać.
Ale Schlewe innego był zdania.
Książę przejeżdżając przez zwierzyniec był ciągle jednosyllabowy. Wsunął się w róg powozu, i mocno okrył swoim wojskowym płaszczem, baron zaś z uderzającą troskliwością zapuścił sztory u okien, aby przeciąg powietrza nie szkodził księciu.
Już było po północy, gdy powóz zbliżał się ku zamkowi, którego arkadowe okna po większéj części były oświetlone.
Wtém nagle doszedł do powozu, wprawdzie przytłumiony, ale jednak niezmiernie bolesny głos, wołający o pomoc, który tak często słychać było od strony sadzawki, a który dotąd zawsze szambelan von Schlewe umiał przed księciem ukrywać. Gdyby w powozie było jaśniéj, można byłoby zauważyć niespokojność Schlewego i zmianę jego bladych rysów.
— Co to takiego? — wołają! — szybko powiedział książę powstając i słuchając.
— Ja nic nie słyszałem( królewska wysokości!
— Jakto! — pan nic nie słyszysz? — Właśnie powtarza się to pełne trwogi wołanie o pomoc. Otwórz pan okno!
— Chłodne nocne powietrze, mój książę — coś tam musiało zajść w parku — pospólstwo lubi w tym pięknym zakładzie dopuszczać się rozmaitych zdrożności!
— Otwórz pan — krótko i stanowczo rozkazał książę.
Baron spełnił żądanie, nacisnął sprężynę i otworzyły się powozowe drzwiczki razem z oknem. W téj chwili ekwipaż zwrócił pod ganek zamku i znowu z daleka dało się słyszeć narzekające, pełne boleści wołanie.
— Czy pan teraz słyszałeś? Muszę wiedzieć co znaczy ten okropny krzyk!
— Królewska wysokość nie powinnaś tego dochodzić! — poszepnął von Schlewe, kłaniając się i pomagając księciu wysiąść z powozu — A to dla czego? Pan mówisz zagadkowo!
— Zagadkowe też są te krzyki, od czasu do czasu, już od wielu lat dające się słyszeć, cicho mówił von Schlewe — pochodzą one od strony sadzawki, leżącéj tam przy sztachetach.
— Więc coś duchowego? Ej, baronie! ja myślę, że jesteś nadzwyczaj pobożnym człowiekiem, a ty wierzysz w podobne gawędy, w śmieszne bajki mamek?
— Stara wieża przy sadzawce...
— Pan myślisz, że trzeba jéj unikać? — a ja poczytuję sobie za obowiązek przekonać pana o bezzasadności pogłoski, że tam coś straszy! Wołania o pomoc, z tamtéj strony pochodzące, są zapewne rzeczą bardzo naturalną, i obaczymy, czy nie trafimy na ich ślad.
Te słowa Waldemara na chwilę zbiły Schlewego z tonu — wkrótce jednak znowu podniósł głowę, i znowu uśmiechał się zimno i chytrze.
— Królewska wysokość rozkazujesz — ja słucham, i sprowadzę tu kilku ludzi z pochodniami.
— Nie ma potrzeby, baronie! — Floryan, chodź za nami z lampą murgrabiego! rozkazał książę jednemu z kamerdynerów stojących w sieni.
Zawołany w kilka chwil przystąpił z wielką lampą do Waldemara i jego szambelana.
— Idź naprzód do staréj wieży przy sadzawce! rozkazał książę.
Floryan przeląkł się — słudzy nieco opodal leżącego zamku zwykle są tchórze, ręka, którą trzymał lampę, drżała mu.
— Czyliż otaczają mnie sami zające i duchowidze? zawołał niezadowolony książę i porywczo odebrał kamerdynerowi lampę. Pójdź za nami, ja sam sobie poświecę!
— Może mnie królewska wysokość raczysz pozwolić?
— Nie, nie, panie baronie, i w twoich ręku lampa mogłaby się pokryć magiczną ciemnością — proszę tylko, abyś pozostał przy mnie. Ponieważ nie chcę wyrządzać panu przykrości, więc sam wejdę na wieżę, pan zaś weźmiesz Floryana i przez ten czas będziesz łaskaw zrewidować brzegi sadzawki, tudzież okoliczne drogi. Coż to! i pana jakiś dreszcz przejmuje?
— To już przeszło, królewska wysokości — zawsze jednak nie powinienem puszczać waszéj wysokości, saméj pozostawiać w wieży!
— Czy masz pan klucz przy sobie?
— Mam, królewska wysokości — bo wyznać muszę — iż nad wieczorem miałem zamiar sam raz przekonać się o tém wołaniu.
— Rzecz szczególna — śpieszmy się.
Książę za każdym krokiem stukając pałaszem po posadzce, szedł niosąc lampę, przez korytarz zamku do wysokich drzwi, prowadzących do parku. Szambelan szedł tuż za nim, a nakoniec Floryan, lękliwy sługa.
Właśnie była godzina duchów, gdy von Schlewe otworzył drzwi, a książę wydobywszy pałasz, wszedł na ciemne, zimowe ścieżki parku.
Złowroga ciemność w koło zalegająca, pomnożyła ponurość okolicy; pomiędzy drzewami i w krzakach, w części jeszcze śniegiem pokrytych, panowała głęboka cisza; tylko skrzyp gałęzi, otrząsającéj z siebie chmurę śniegowych płatków, przerywał nocną spokojność. Wszedł księżyc, w towarzystwie srebrzystych chmurek, a w miejscach więcéj otwartych śnieg błyszczał jak brylantowe gwiazdki.
Wtém, gdy trzy wspomnione osoby przechodziły pomiędzy klombami, zbliżając się do daleko rozciągającéj się gęstwiny, ciszéj, ale bardzo żałośnie znowu rozległo się z dala tajemnicze wołanie, przerażająco brzmiące, jakby przytłumiony krzyk szalonego.
Nawet księciem Waldemarem mimowolnie wstrząsnął teraz dreszcz.
— Powiadasz pan, że te wołania już nieraz słyszano? spytał szambelana.
— Już od dosyć dawnego czasu, w różnych przerwach.
— I nigdy mi o tém nie doniesiono?
— Wołano nie zatrudniać waszéj krôlewskiéj wysokości okolicznością, ktôréj przyczyny nie można sobie było wyjaśnić, odpowiedział von Schlewe, trzęsąc się niby z zimna.
— Dotychczas ani w moich pokojach, ani wracając do domu, nie słyszałem tego głosu — powód jego musi być naturalny, i dla tego bardzo się cieszę, że ten powód dzisiejszéj nocy zbadać mogę.
Wiatr wiał wyjąć, ale wnet znowu nąstała głęboka cisza, gdy książę niosąc migającą się lampę w lewéj, a błyszczący pałasz w prawéj ręce, pośpieszał drogą, prowadzącą pomiędzy gęstemi, ciemnemi drzewami, do staréj, zbutwiałéj wieży. Im się daléj ze swoim orszakiem posuwał, tém okolica stawała się bardziéj niezamieszkaną. Droga była wązka, a badawcze spojrzenia księcia po pokrywającym ją śniegu, przekonały go, że nigdzie nie widać było śladu niczyich stąpań.
Rozsuwając gałęzie zarośli, zbliżono się nakoniec do czarnéj kraty, przy któréj stał dawniéj czerwony, teraz ciemnawy, drzewami gęsto otoczony budynek, którego wązkie, zakratowane okna czyniły go podobnym do więzienia. Za nim rozciągała się czarna sadzawka.
Gdy się zbliżono do wązkich i nizkich drzwi, chciał von Schlewe wziąć od księcia lampę i następnie otworzyć te drzwi.
Ale Waldemar zamierzał właśnie zniżyć lampę ku ziemi, i przejrzeć w koło wieżę, któréj dotąd nigdy nie zwiedzał.
Gdy patrząc w dół przekonał się, że po téj stronie czworokątnéj budowli nie można było dostrzedz niczyich kroków, lampa zgasła.
Czy ją zagasił przeciąg wiatru? Niewątpliwie, bo nie można było przypuszczać, że stojący obok księcia szambelan zadmuchnął ją wówczas, gdy się książę nachylił. Wreszcie jakiżby miał w tém cel?
Markotny książę tupnął nogą i niepotrzebną już lampę oddał stojącemu nieco daléj słudze.
— Obejdziemy się bez niéj, rzekł niczém w swoim zamiarze niezachwiany: księżyc świeci jasniéj, przy jego więc świetle, które nie tak łatwo zgaśnie, daléj odbywać będziemy poszukiwanie.
— Gdyby go tylko chmury nie zaćmiły! powiedział von Schlewe, odzyskawszy znowu całą przytomność.
Wołania, niedawno rozlegające się po nocy, teraz ucichły — nic nie wskazywało, że pochodziły z téj części parku.
Czy to było rzeczywiście niewyjaśnione złudzenie zmysłów, wywołane innym jakimś do ludzkiego podobnym głosem — czy też te krzyki, niby przez szalonego wydawane, ucichły z przeczucia, że się do niego zbliża straszna mu osoba?
Baron z widoczną trudnością otworzył stare, zardzewiałe drzwi, których, jak się zdawało, od wielu już lat nikt nie otwierał.
— Cała ta sprawa wydaje mi się coraz bardziéj zagadkową, mówił książę: na starą wieżę ludzie od dawna nie wpływali, bo śnieg i drzwi w przeciwnym razie byłyby ten stosunek wydały, cóż pan na to baronie?
— Powtórzyć muszę, królewska wysokości, że téj, całéj sprawy od dawna nie pojmuję.
Książę rozkazał służącemu, aby pozostał na dole przy drzwiach i dokładnie uważał na wszystko co nastąpi, a mianowicie aby nikomu ani wejść, ani wyjść nie dozwalał; potém ze Schlewem wszedł wewnątrz głuchéj, bardzo niepewnie małemi, okratowanemi okienkami rozwidnionéj przestrzeni złowrogiego budynku.
Owiało ich grobowe powietrze — można było zaraź poznać, że od lat wielu nikt do téj wieży nie wstępował, że tam od dawna ani powietrze, ani światło nie dochodziło. W dolnych, niewielkich przestrzeniach, panowało lodowate zimno, a przytém stęchła woń, a przy wilgotnych, obmarzłych ścianach, leżały w nieporządku stare, nieużyteczne sprzęty ogrodnicze, połamane ławki, potłuczone wazony kwiatowe i t. p.
Ztamtąd w jednym rogu szerokie kamienne schody prowadziły do wyższéj części wieży. Były gładkie, a przy blasku przeciskającego się do nich światła księżycowego, widne tam były zamarzłe krople wody.
Książę przekonawszy się szybko, że na dole nikt się ukrywać nie mógł, wszedł na schody prowadzące na górę, Schlewe udał się za nim z całą pewnością, jaką zawsze uzbrajać się umiała jego blada i pomarszczona twarz, ciągle się ironicznie uśmiechająca. Na schodach wyraźniéj jeszcze kulał niż na rôwnéj drodze.
Po upływie kilku sekund książę dostał się do górnéj przestrzeni wieży, widocznie mniejszéj niż przestrzeń dolna, lecz ta okoliczność nie uderzyła go przy panującéj tam ciemności. Chodził po podłodze, spojrzał w górę — sufit był tak wysoko, że go zbadać nie można było, a potém obszedł około ścian pustéj przestrzeni, stukając tu i owdzie pałaszem po kątach, aż znowu prawie do samych schodów powrócił.
Nagle stanął przy jednéj ścianie i słuchał — zdawało mu się, że ztamtąd dochodzi go jakiś szmer, cichy jęk, głębokie westchnienia.
Schlewe uważał go doskonale.
— Co się za tą ścianą znajduje? nagle szybko zapytał Waldemar.
— Za tym murem wieży znajduje się na dole sadzawka, mości książę! odpowiedział szambelan.
— Dziwna rzecz! Zdawało mi się w téj chwili, że słyszę głosy za tą ścianą.
Schlewe wzruszył ramionami.
— Ja dopiero pierwszy raz dzisiaj w towarzystwie Waszej krôlewskiéj wysokości jestem w tych ścianach.
Teraz książę rękojeścią pałasza bardzo mocno zapukał w mur.
— Czy jest tam kto? Czy się tu gdzie ukrywa jaka ludzka istota? zawołał.
Duszna zamknięta przestrzeń zobojętniła odbicie się jego głosu, a przytém w tejże chwili zawył gwałtownie nocny wiatr w około wieży.
Nikt nie odpowiedział.
— Są rzeczy, książę panie, których zawisłości oko ludzkie nie pojmuje, z pobożną miną powiedział von Schlewe; my tylko możemy błagać Pana zastępów o łaskę, czystém sercem czuć się wolnymi od wszelkiéj winy i tylko modlić się!
Zamyślony Waldemar milczał przez chwil kilka.
— A więcéj takich przestrzeni, czy ta wieża nie zawiera w sobie? spytał krótko.
— Wyżéj już nie prowadzą żadne schody — a piwnica wcale tu nie istnieje, królewska wysokości.
— Niestety! teraz już i wołania umilkły, tak, że nie ma żadnego śladu ani punktu oparcia — głosy zapewne pochodzą z innego miejsca! Czy jest tu jeszcze w téj odległéj części parku jaka przestrzeń, mało używana i zwiedzana?
— Nie, mości książę!
— Zatém, nic nie zrobiwszy musimy wracać do domu! rzekł Waldemar, poprowadziwszy jeszcze raz wzrokiem po wysokiéj i ciemnéj przestrzeni wieży, i wreszcie zszedł ze Schlewem ze schodów.
— Teraz już jestem spokojny, bo wasza królewska wysokość znasz ciężką tajemnicę, i przekonałeś się, że jéj zmysłami zbadać nie możemy, z uspokojeniem odpowiedział Schlewe.
Książę milczał — z poważną miną wyszedł z wieży do parku.
— Czy widziałeś co albo słyszałeś Floryanie? zapytał.
— Nie, królewska wysokości!
Baron znowu zamknął drzwi i pośpieszył za księciem, który zamknięty w sobie wracał do zamku.
Kiedy weszli na korytarzową posadzkę, a książę powiedział szambelanowi „dobranoc“ nieco zwięzłéj niż zawsze, przybliżył się do barona jego stary, zaufany sługa.
— Co nowego? zapytał go Schlewe, idąc po marmurowych schodach do swojego mieszkania, a stary z lichtarzem w ręku szedł za nim.
— Czcigodna ksieni czeka w salonie! po cichu odpowiedział sługa.
— Ksieni — o téj godzinie?
— Pobożna dama przybyła pierwéj do zamku niż wasza ekcellencya, i żądała rozmowy z waszą ekcellencyą — pocieszałem ją jak mogłem.
— O, jakaż to z mojéj strony niegrzeczność, tak długo dać na siebie czekać pobożnéj kobiecie! żałując rzekł szambelan, i dostawszy się na wysokość schodów, wszedł do jasnego i mile ogrzanego salonu, którego drzwi otworzył mu służący i oddalił się.
Przy kominku, na którym żarzyły się jeszcze węgle, siedziała w fotelu opatka klasztoru Heiligstein. Zdjęła welon i kaptur, i czytała jedną z książek, które obok niéj na rzeźbionym stole leżały. Świecznik rozwidniał salon, którego podłoga przykryta była miękkim ciemnym kobiercem, tak, że von Schlewe mógł rozpoznać każdy rys twarzy Leony, każdą fałdę jéj ciemnéj, szerokiéj szaty.
Gdy sługa zamykał drzwi, ona powstała.
Baron przybliżył się z ukłonem, i ujął za małą, ale pulchność jéj postaci zdradzającą rękę, którą podniósł do swoich wyschłych ust.
— Przebaczenia, moja łaskawa! wyrzekł.
— Nic nie — szkodzi, panie baronie — nie traciłam czasu na darmo, czytałam znakomite dzieło Tomasza à Kempis, które tu na stole leżało obok innych pobożnych książek, i czas mi zbiegł przy tém bardzo prędko!
— Wcale nie widziałem powozu pani, najłaskawsza hrabino.
— Wierzę — bo czeka na mnie w cieniu bocznéj alei. Czy nas nikt nie podsłuchuje?
— Mów pani bez obawy, ręczę za bezpieczeństwo.
— Ostatniemi czasy widywano tu często w pobliżu Eberharda de Monte-Vero, — miałżeby trafić na jaki ślad?
— Niepodobieństwo, łaskawa pani!
— Mimo to radziłabym przenieść dziewczynę na inne miejsce, bo jak mi opowiadał pański powiernik, książę zwrócił uwagę na wołania szalonéj.
— Nie radziłbym zmiany, najłaskawsza hrabino, bo miejsce to doprowadziło do zupełnego rozstrojenia umysłu dziewczyny. Zmieniła się do niepoznania — czy chcesz się pani o tém przekonać?
Leona przez chwilę patrzała na żarzące się węgle.
— Tak, panie baronie! Byłaby nastąpiła bardzo dziwna scena, gdyby książę Waldemar znalazł dziewczynę, którą pan tak wybornie ukryć umiałeś!
— Za łaskawą pani pomocą — nie bądź pani hrabina tak skromną!
— Książę zaledwie byłby poznał przedmiot swojéj niegdyś chimery, która tak szybko przeminęła.
— Kto wie, moja najłaskawsza — mimo mojego zapewnienia, że to: szalona królewska wysokości! może spojrzenia księcia na dziewczynę byłyby przybrały większą ostrość — i mógłbym to był przypłacić moją szyją, racz pani to ocenić w jéj usłużnym sprzymierzeńcu, którego swoją pięknością, wspaniałością swojéj majestatycznéj postaci, całkiem narzędziem swojém zrobiłaś.
Leona niby tych słów nie słyszała.
— Większą ostrość? powtórzyła, co to ma znaczyć, baronie?
— Nowe spostrzeżenie, moja łaskawa! Serce księcia jest dziwne, prawdziwa to piłka — już zdaje się zupełnie zapomniał o pięknéj Leonie!
Ksieni słysząc te bezwstydne, z ironicznym, gryzącym uśmiechem wymówione słowa swojego chytrego wspólnika, wstała — wzrok jéj chciał zniszczyć na pół pochylonego przed nią węża, który śmiał tak do niéj przemawiać; lecz szybko przypomniała sobie, że potrzebuje tego nędznika i że z nim zawarła przymierze — zmusiła się zatém do dumnego, pogardliwego uśmiechu.
— Serce księcia to piłka, pomruknęła; bardzo to wierne określenie, mój kochany!
Rzekła to w sposób tak z góry uderzający, jakby mu chciała dać uczuć, że on tylko był jéj narzędziem.
— Bardzo wierne, a nadewszystko prawdziwe, pani hrabino. Książę smutny, a wiesz pani dla czego? Nie sądzę, abyś to pani odgadła!
Leona wstrzymała się z wyjawieniem zdania.
— Wprowadzasz mnie pan w ciekawość — objaw mi pan swoje najnowsze spostrzeżenie! powiedziała.
— Książę tęskni do ładnéj Małgorzaty, robi sobie wyrzuty — i kochają dzisiaj bardziéj niż wówczas, gdy mi się udało oderwać go od niéj i umieścić pod stopami pani!
— Przypuszczam, że żartujesz, baronie! Książę miałby...
— Królewska wysokość zdaje się należeć do rzędu tych ludzi, którzy to lubią i tego sobie życzą, czém pani pogardziłaś, moja najłaskawsza. Nie dowierzasz pani moim słowom?
— Jeżeli mam panu wyznać: tak jest.
— Mógłbym złożyć pani dowód! Chcesz pani widzieć dziewczynę — mniemam, że bez przeszkody przy téj sposobności możemy podsłuchać księcia, który nim się na spoczynek udaje, lubi marzyć, jak ten, któremu wyrzuty sumienia spać nie dają.
— Rzecz bardzo dziwna! Znam ja jedno miejsce za obiciem ściany, która ulubiony pokój księcia dzieli od zamkowéj galeryi obrazów. Możemy przejść tamtędy, udając się do małych bocznych drzwi, prowadzących do parku, może to panią zajmie, jeżeli przez chwilę zechcesz być świadkiem rozmowy samego z sobą, dla każdego innego nieważnéj i niezrozumiałéj!
— Spieszmy — chcę przed rankiem być w stolicy! porywczo powiedziała ksieni. Słowa Schlewego uważała ona za mistyfikacyę, i była przekonana, że książę jéj tylko pożąda, i wspomina, że do o niéj należy opanować go.
— Czekam rozkazów, moja najłaskawsza! powiedział Schlewe, zbliżając się do drzwi prowadzących na zamkowe korytarze.
Leona mocno kaptur nasunęła, zasłoniła welonem swoją pełną oczekiwania twarz i wyszła z baronem na korytarz.
Służba pogasiła kandelabry i ścienne lichtarze, które tak długo rozwidniały wnętrze zamku, i teraz panowała tam głęboka ciemność.
Szambelan znający dobrze schody i każdy wyskok galeryi, cicho prosił ksieni o rękę i przeprowadził ją po kobiercach tłumiących wszelki szmer dwojga przechodniów. Baron zdawał sic być pewien, że nikt już teraz nie przeszkodzi jemu i mniszce, ani też ich powstrzyma, inaczéj byłby się nie podjął tego przewodnictwa.
Gdy przebyli schody idąc do góry i na dół, dostali się do skrzydła księcia. Kamerdynerowie jego już się udali na spoczynek — nawet w pokoju adjutantów było ciemno i cicho.
— Teraz skręćmy do galeryi obrazów, poszepnął von Schlewe, bardzo poufale zbliżając się do pięknej ksieni; jeszcze kilka sekund, a nie będziesz pani niedowierzać moim słowom!
I w tém przejściu panowała głęboka ciemność. Leona była całkiem w ręku swojego wspólnika — ale i ona także każdéj chwili miała go w swojéj mocy!
Gdy stanęli przed jednym z zawieszonych na ścianie obrazów, von Schlewe nagle i bardzo znacząco ścisnął rękę ksieni — dał się słyszeć głos osoby całkiem do tego obrazu zbliżającéj się — Leona głos ten poznała — był to głos księcia, który siedział oparty przy stole w swoim pokoju i rozmawiał sam z sobą, gdy świece w stojącym przed nim świeczniku, mimo jego wiedzy dopalały się — trudno było zrozumieć wszystkie słowa, lecz z tego co hrabina Ponińska słyszała, łatwo mogła sobie ułożyć cały sens.
— Ty biedna, piękna istoto — brzmiało narzekającym tonem. Tyś zabłysła i znikła. Boże przebacz mi grzech, którego się względem ciebie dopuściłem! Kiedy dzisiejszéj nocy usłyszałem biadające wołania, kiedy mnie doszedł głos boleści, trwoga niepojęta przejęła duszę moją. Twój to obraz stanął mi przed oczyma, tak mi go odmalowały sługi z willi. Ty to przedstawiłaś mi się z rozpuszczonemi włosami uciekająca przez pola, opuszczona przezemnie, który wierzyłem cudzym poszeptom! Ty jedna kochałaś mnie, Małgorzato; wszystko inne było nędzném wyrachowaniem i fałszywym blaskiem. Ty jedna, biedna, piękna, zgubiona dziewico, kochałaś mnie czystą, niewinną duszą.
Leona przyłożyła ucho tuż do obrazu. Schlewe słyszał tyle, ile mu potrzeba było dla przekonania się, że hrabina słyszała wszystko, co słyszeć była powinna. Nie mogła teraz dłużéj lekceważyć wpływu swojego sprzymierzeńca, bo się przekonała, że jéj wpływ zupełnie tu zginął.
Ciągle jeszcze słychać było słowa księcia — ale Leona pochwyciła rękę Schlewego.
— Chodź pan! wyzionęła straszliwa, pełna podziwienia godnéj zazdrości — chodź baronie, muszę widzieć tę kochankę księcia!
Nie była to zazdrość miłości, któréj usprawiedliwienia nie odmawiamy, która w pewnéj mierze nieodłączna jest od miłości — ale raczéj hrabinę Ponińską odrzuconą z powodu Małgorzaty przejmowała zazdrość nikczemna, dziksza. Miłości ona nie znała, lecz gnębiła ją chęć panowania, despotyzmu, a to dla przeprowadzenia wszystkich swoich szatańskich celów.
Baron przeprowadził Leonę z galeryi obrazów na dół do małych drzwi, których prawie nigdy nie otwierano — ztamtąd dostali się do parku, ale nie do téj części, którą niedawno przechodził książę i gdzie znalazł śnieg nietknięty, lecz do nieco odleglejszéj. Schlewe otworzył ją prędko i skoczył z towarzyszką w cień śniegiem pokrytych drzew.
Chociaż powietrze nocne było lodowato zimne, Leona nic tego nie czuła — myślała tylko o jak najrychlejszém przekonaniu się na własne oczy, że córkę Eberharda na zawsze nieszkodliwą uczyniono.
Rzeczywiście narzekania Małgorzaty rozlegały się po nocy, z zapadłej, staréj wieży nad sadzawką. — Jéj to bolesne wołania brano za przeraźliwy głos duchowego zjawiska. Siedziała prawie dwa lata w tém okrutném więzieniu, w które szambelan księcia wtrącił ją jako waryatkę!
Młoda matka oddawszy dziecko swoje do domu podrzutków, wróciła do chatki Waltera — nie przeczuwała wcale tego co zaszło podczas jéj nieobecności — zastała chatkę pustą — Waltera nie było. Sądziła jednak, że jest zajęty w zwierzyńcu i że wkrótce powróci. Czekała do wieczoru — Walter nie przychodził. Z rana zawołano go do zarządu parku, i tam poddano długiemu badaniu z powodu jego rodzaju życia, tudzież złego pełnienia obowiązków, i w skutek tego odjęto mu stanowisko dozorcy parku.
Była już prawie noc, gdy nakoniec jeszcze raz powrócić musiał do chatki, dla zabrania ubogiego swojego mienia. Spodziewał się, że znajdzie Małgorzatę w chatce, a potém pracując, dla niéj będzie mógł łożyć starania.
Ale Małgorzaty wcale nie można było znaleźć. — W ciemności von Schlewe gwałtem porwał ją do powozu i przewiózł do parku księcia. Za pomocą zaufanego sługi, któremu zrozpaczoną dziewczynę przedstawił jako waryatkę, którą trzeba zabezpieczyć, aby nie dopuściła się jakiéjś okropności, zamknął biedną w skry téj izbie staréj wieży.
Nic nie pomogły prośby nieszczęśliwéj dziewczyny, jéj wołania o pomoc, jéj skargi — każdy uciekał od sadzawki i wieży, a stary sługa, który jéj codziennie o zmroku zanosił skąpy posiłek, nie słuchał przelotnych słów, bo wiedział, że jest waryatką!
I czyliż umysł Małgorzaty obok tylu spadłych na nią okropności nie mógł rzeczywiście przedstawiać pozornego widoku szaleństwa? Któż się zdziwi, że ta nieszczęśliwa, dręczona srogiemi mękami, w rozpaczy i niewoli wyglądała jak obłąkana? Cierpienia jéj, dolegliwości moralne, przechodziły siłę ludzką!
Lecz wejdźmy do jéj więzienia, abyśmy na własne oczy przekonali się, do czego doprowadził biedną Małgorzatę grzeszny krok i nadludzkie okrucieństwo jéj prześladowców.
Baron i ksieni zdążali drogą, która skrycie osłoniona aż do ziemi pochylonemi gałęziami pinij, ciągnęła się aż do wieży. Gdyby dawniéj książę udał się był nie bliższą, ale tą łukiem do końca parku prowadzącą drogą, byłby widział ślady kroków na oszczędnie pokrywającym ją śniegu.
Gdy Schlewe i Leona doszli do wieży oświetlonéj bladym promieniem księżyca, nie skierowali się do wejścia od przodu, przed którêm tak nagle zgasła księciu lampa, gdy chciał wieżę ze wszystkich stron, obejrzeć, lecz do kraty, oddzielonej wązkiem przejściem od wieży. Za kratą leżała sadzawka.
Po téj tylnéj stronie wieży znajdowały się małe drzwiczki, prawie zupełnie zakryte gałęziami nizko zwieszających się drzew.
Baron zabrał z sobą z pokoju klucz od tych drzwi, i otworzył je, nie tak jak pierwszy skrzypiący zamek, ostrożnie i bez trudu.
Gdy drzwi ustąpiły, ksieni ujrzała przed sobą ciemne stare schody, stromo pod ścianą prowadzące na górę.
Z izby znajdującéj się po nad niemi słychać było teraz ciche, bolesne jęki.
Schlewe na wszystko zważający, mimo nocnéj godziny, stanął na chwilę, słuchał i śledził — zdało mu się, że z tamtéj strony sadzawki w krzakach coś się porusza, i chociaż nie można było przypuszczać, że ktoś o téj godzinie znajduje się w tak unikaném miejscu, spojrzał jednak uważnie w tę niedaleką stronę.
Ale Leona niecierpliwszą była od swojego przewodnika — chciała się na pewno przekonać, że uwięziona jest już zupełnie nieszkodliwą.
— Chodź pan, czas nagli! poszepnęła ksieni, i szambelan poszedł przodem po sztywnych schodach. Było tam bardzo ciemno, a szambelan zapewne troszczył się o swoją piękną i pożądaną towarzyszkę, bo nagle odwrócił się, stanął w połowie schodów i wziął rękę Leony, — ciemność dozwoliła, że przytém dotknął więcéj cudnych kształtów pulchnéj hrabiny, aniżeli można byłoby w każdém inném położeniu i przy mniéj awantu niczéj sposobności. Chytry łotr korzystał z każdéj zręczności, aby sprawić przyjemność swoim zawsze pożądliwym zmysłom!
— Idź pan, ja zdążam za panem — nie obawiaj się o nic! rozkazująco powiedziała Leona.
Schlewe szedł naprzód, ku izbie słabo oświetlonéj promieniem księżyca, który wpadał przez wązkie, zakratowane okienko. W jego bladym blasku stała młodzieńcza postać Małgorzaty, ona go szukała, chcąc mu swoje skargi powierzyć. Na jéj barki spadały jasne długie włosy, rozpuszczone świecąc przy blasku księżyca — jéj blade, od ciężkiego więziennego powietrza i żalu zmienione oblicze spoglądało w noc zimową na dwo rze rozpostartą — błękitne, niegdyś tak miłe piękne oczy od mnóztwa wylanych łez posmutniały, a strudzone powieki poczerwieniały — na całéj skromnéj postaci leżał gniotący ciężar okrutnego jéj losu, — drobne, od zimna prawie skostniałe ręce wysoko podniosła i załamała.
Izba, w któréj nieszczęśliwa prawie od dwóch lat mieszkała, była mała i ciasna, nie było w niéj żadnego wyjścia, prócz drzwi u stop schodów, które szambelan i ksieni dopiero przebyli. Przy ścianie graniczącéj z izbą, którą przedtém książę zwiedził i w któréj przez kilka chwil słuchał, stało ubogie łóżeczko uwięzionéj, która nie miała żadnéj pomocy, żadnego ratunku! Z początku prośbą, a pozniéj rozpaczliwą siłą starała się wydostać z więzienia, — biedne małe ręce poraniła stukaniem do drzwi na dole, wołała, błagała i płakała, wstrząsając żelaznemi kratami okienka — aż nakoniec przekonała się o daremności swoich zabiegów, o niemocy wysileń.
Teraz biedna Małgorzata podobna była do upokorzonéj męczennicy, która pełny udręczeń los swój z rezygnacyą znosiła; — tylko w cichych godzinach nocy, gdy wśród okropnéj ciemności łoże jéj otaczającéj, upominające występowały postaci przeszłości — gdy przypominała sobie noc, w któréj przy cmentarzu dzieci swoje pozostawiła — wyrywały się z jéj umęczonego serca już głośniejsze, już cichsze narzekania, przeraźliwie rozlegające się po lesie i niejako stłumione więziennemi ścianami, które ją zamykały.
Nie zbliżał się żaden wybawiciel, — drzwi na dole otwierały się tylko, gdy wchodził twardy, niczém nie — zmiękczony obcy człowiek, który jéj przynosił skąpe pożywienie.
Często stawała przy zakratowaném oknie, w nadziei ujrzenia jakiegokolwiek człowieka, ale widocznie unikano okolic sadzawki.
Teraz gdy znowu, załamując ręce, nie mogąc usnąć, stała przy kracie, jéj przyćmionym spojrzeniom na dole pomiędzy drzewami i zaroślami ukazał się jakiś cień ruchomy — przypatrywała mu się rozpromieniona nadzieją — ale właśnie gdy domyślając się blizkości człowieka, chciała mu dać znak, aby ją ujrzał i nakoniec może pomoc przyniósł, otworzyły się drzwi i poznała swojego szkaradnego prześladowcę i śmiertelnego nieprzyjaciela, kulawego szambelana księcia, przed którym truchlała — za nim w ciemności na schodach panującéj ukazała się mniszka.
Małgorzata cofnęła się, ujrzawszy z nagła oboje ich przed sobą — oboje straszliwych, którzy sprzysięgli się na jéj zgubę.
Trwoga i przerażenie zmieniły jéj rysy, wyciągnęła ręce drżąc i broniąc się od nich.
— Czego chcecie odemnie, okrutnicy? jękła; czy przynosicie nowe tortury i męki?
— Patrz sama, pobożna siostro, rzekł von Schlewe zwrócony ku Leonie i wskazując niewinną: jakie skutki grzechy wywarły na téj biednéj. Wołałem usunąć ją z przed światowych sędziów i z rąk właściwych dozorców chorych, aby jéj dać schronienie w téj skrytéj celi. Wielce ruchliwa, grzeszna przeszłość i wszelkiego rodzaju wyrzuty sumienia duszę jéj obłąkały.
— Dobrze pan uczyniłeś ratując nieszczęśliwą, która inaczéj byłaby zupełnie uległa złemu — oczy jéj są bez życia i osłupiałe — tu wolna jest od pokus i dzikiego otoczenia!
Małgorzata rzeczywiście tak strasznie patrzała, jakby nie rozumiała wcale co mówią ci okrutnicy, tak, iż można było wierzyć, że rozum jéj ucierpiał — drżącą ręką odgarnęła długie, rozpuszczone włosy z bladéj twarzy, jakby lepiéj słyszeć chciała, co o niej oboje mówią.
— Bądź spokojna, pobożna pani, z obłudną miną powiedział wspólnik szatana — tutaj ona nikomu szkodzić nie będzie, tu dobrze ukryta!
Małgorzata zaśmiała się w sposób rozdzierający serce, a potém zaczęła łkać spazmatycznie.
— Odejdźmy ztąd, odpowiedziała mniszka, ona zgubiona! — i dodała po cichu: Wkrótce uradujemy tym widokiem księcia de Monte-Vero! — Skoro go samego obalimy! dopełnił Schlewe. — Rozumiesz mnie pan — za jedném uderzeniem musi on widzieć wszystko w koło siebie tak zniszczone, że gruzami zasypany zostanie — w tym celu doręczę panu niedawno znaleziony dokument, tak ważny, że go zawsze przy sobie noszę. Aby pana o tém uwiadomić, przybyłam tu dzisiejszéj nocy! Podczas téj cichéj rozmowy Leona przebyła drogę do kraty. Gdy Małgorzata, w kurczach, jęcząc, padła zemdlona na łóżko, baron zamknął drzwi. — Domyślam się wprawdzie, moja łaskawa, rzekł teraz, że to zaszczytne i radosne przybycie pani, ma powód szczególny — tém więc ciekawszy jestem treści tego dokumentu. — Słuchajże pan zatém — powiedziała ksieni i znikła z szambelanem w nocą pokrytych przejściach parku. Ten ważny, stary dokument przeczytamy w jednym z następnych rozdziałów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Füllborn i tłumacza: anonimowy.