<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Testament dziwaka
Rozdział Ogólne położenie
Wydawca Jan Fiszer
Data wyd. 1902
Druk Towarzystwo akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michalina Daniszewska
Tytuł orygin. Le Testament d’un excentrique
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Ogólne położenie

Wiemy już, że osobistość X. K. Z. która z woli testatora używać miała tych samych praw, jakie przysługiwały „sześciu“ wybranym przez los, pozostała wbrew powszechnej ciekawości nieznaną. Kim był ten „człowiek z maską“, czy wskazał go jak tamtych los kapryśny, czy też osobisty wybór zmarłego Dziwaka, nikt zbadać nie mógł.
Ale mimo, że nawet wielu wątpiło w jego istnienie, rejent Tornbrock jak to już nam również wiadomo, nie zaniedbał dnia 13-go maja o ósmej rano, rzucenia kości na jego rachunek; a los był mu przyjazny gdyż otrzymanych punktów dziewięć: z trzech i sześciu, posuwało go znacznie w grze i dwugodzinny zaledwie przejazd do Milwaukee, mógł go również zadowolnić, mianowicie jeżeli nie był jak Kymbale spragnionym dalekich podróży.
Przez kilka dni następnych po ciągnieniu, najciekawsi z mieszkańców Chicago, a było ich bardzo dużo, podążali na centralny dworzec ilokrotnie odchodził pociąg do stolicy Stanu Wisconsin, zawsze w nadziei, że tajemniczy siódmy partner gry Hypperbona zdradzi się czemśkolwiek wśród innych podróżnych. Zawiedli się jednak najzupełniej.
Wprawdzie raz, w chwili odjazdu pociągu, jakiś jegomość z dość oryginalną powierzchownością zwrócił ich uwagę, ale szczere jego zdumienie na wyprawioną sobie owacyę było niezawodnym dowodem pomyłki.
Oczywiście rejent Tornbrock niepokojony też był nieustannie pytaniami.
— Jeżeli kto na świecie, to pan przedewszystkiem musisz coś wiedzieć o nim — badał ktoś z mniej ustępnych.
— Mylisz się pan, nic nie wiem...
— Jakto! Nie widziałeś go pan, nie znasz go zupełnie?
— Nie znam. A gdybym nawet znał, prawdopodobnie nie miałbym prawa zdradzenia jego incognita.
— Jednak nie obce musi być panu miejsce jego zamieszkania, skoro mogłeś go zawiadomić o rezultacie gry.
— O niczem go nie zawiadamiałem i nie wiem, czy dowiedział się o tem z pism i ogłoszeń na ulicach, czy też sam był obecny w sali Auditoryum.
— W każdym razie będziesz pan zmuszonym wysłać do niego telegram z następnym dla niego wyrokiem losu, 27-go tego miesiąca.
— Oczywiście...
— A więc gdzie?
— Tam gdzie będzie, czyli gdzie być powinien... do Milwaukee.
— Pod jakim adresem?
— Poste-restante pod literami X. K. Z.
— A jeśli tam nie będzie i nie odbierze depeszy?
— Gdyby się nie stawił, ulegnie ogólnej karze, czyli pozbawiony zostanie przysługujących mu teraz praw — zakończył rejent i pożegnał natrętnego badacza.
Stanowczo, ten człowiek z maską to oryginał, który jeżeli da się wyprzedzić innym partnerom pozostanie na zawsze w mgle tajemniczości, jaką się otoczył, albo stanie się znanym i sławnym na świat cały, jeżeli będzie tak szczęśliwym, że zagarnie miliony Hypperbona.
Powoli, zbytnio zrazu podniecone w tym kierunku zajęcie stygnąć zaczęło, i ostatecznie nie więcej zajmowano się imci panem X. K. Z. jak każdym innym partnerem gry, dla której znowu zainteresowanie wzmagało się ciągle, bo jeśli Amerykanie przepadają w ogóle za niezwykłością to sport zakładowy i połączony z nim hazard pociąga ich przedewszystkiem.
Więc też coraz to liczniejsze powstawały biura, przyjmujące wpisy od najdrobniejszych do najwyższych sum, a wysyłani z nich agenci werbowali mniej chętnych. I to nietylko Chicago, nietylko większe miasta, ale i małe miasteczka Stanów Zjednoczonych stały się widownią owych zapasów z fortuną. Mało tego, cała Ameryka wzięła niebawem w nich udział, a w końcu chorobliwa ta gorączka przewędrowała nawet za morza: do Europy, Azyi, Afryki i Australii.
I okazało się, że jeżeli zmarły Hypperbone wiódł żywot nazbyt może cichy i nieznany, to ruchem, wrzawą i zamieszaniem jakie obudził nadługo po swej śmierci, zasłużył stanowczo na wdzięczność i uznanie swoich kolegów z „Klubu Dziwaków“.
Któryż wszakże z siedmiu mógł być uważanym dotąd za najszczęśliwszego w owym wyścigu nowego rodzaju, jakim była gra ta niezwykła.
Zdanie w tym względzie było różne.
Wprawdzie Kymbale umiał najwięcej zająć publiczność, przypominając się jej ciągle swemi artykułami, nadsyłanemi do „Trybuny“ ale dotychczas nie przodował innym, tak samo jak Maks Rèal, który nadto, w przeciwieństwie do pierwszego, o ile mógł unikał rozgłosu. Z konieczności mniej zajmowano się Titburym, odkąd zginął wszystkim z oczu, podróżując pod fałszywem nazwiskiem. Natomiast zawsze skromną Heleną Nałęcz, zaczęto więcej wyróżniać i uważnie grę jej śledzić.
Poprzedzany wszędzie reklamą Milnera, Tom Crabbe, stał się bardzo popularnym i zyskiwał coraz więcej zakładów, lecz komodor, który zaćmił swych współzawodników początkiem gry, teraz zszedł na ostatni plan. Pokładane w nim nadzieje rozwiały się doszczętnie, odkąd rozeszła się wieść o fatalnym rozbiciu się dwumasztowca i nieszczęsnym wypadku jakiemu sam uległ. Byli nawet tacy, dla których umarł już podwójnie: jako człowiek i jako partner.
Najmniej ustalonem było zdanie o X. K. Z., bo gdy jedni trwali w upewnieniu, że jest on tylko zmyśloną, fantastyczną istotą, drudzy zaś z niejakiem zastrzeżeniem słuchali i mówili o nim, to byli też i tacy, którzy nietylko przyjmowali jego rzeczywistość, lecz tak uwierzyli w jego szczęście, że jedynie jemu prorokowali wygraną.
Tymczasem Jowita Foley przejęta ważnością gry, pilnowała przedewszystkiem, by jej przyjaciółka jak najskrupulatniej dopełniła wszystkich warunków. Aby więc nie narazić się na spotkanie w Milwaukee z tajemniczym X. K. Z. obie te panie opuściły miasto jeszcze tegoż dnia, po otrzymaniu depeszy.
Teraz z kolei rzut kości w 27-m maja wykazanemi punktami dziesięć, posuwał siódmego partnera do trzydziestej szóstej przedziałki, gdzie w grze Hypperbona umieszczony był Stan Illinois. Że jednak równocześnie przysługiwał szczęśliwemu graczowi przywilej podwojenia ilości punktów, przeto korzystając z niego miał się udać wprost do okręgu Kolumbii, czyli do przedziałki czterdziestej szóstej.
— Prawdziwie, ten ma szczęście — powtarzano w całem Chicago — idzie naprzód szybkim krokiem, bez żadnego utrudzenia. Toż to znów spacer tylko, nie podróż.
— I jakże tu z nim porównać tamtych, którzy setki i tysiące mil mają do przebycia!
— Nietylko „człowiekiem z maską“ ale dzieckiem szczęścia nazwaćby go należało! Bo pomyśleć tylko, w kilkanaście godzin przejedzie sobie wygodnie w wagonie kolejowym: Indyanę, Ohio i Wirginię, aby zatrzymać się w samej stolicy Unii, w pięknem Washingtonie.
— Naturalnie, że mógłby być zadowolony, i ja sam stawiłbym na niego bez wahania sumę poważną, tylko gdzież pewność, że on istnieje prawdziwie, że nie jest dziwaczną fantazyą zmarłego oryginała? — zauważył jeden ze wspólników poważnej firmy kolejowej.
Mimo wszakże tej wątpliwości, a może właśnie dla niej, on sam, a wraz z nim wiele innych osób udało się bezpośrednio z sali Auditoryum na kolej, aby zdążyć do Milwaukee na chwilę nadejścia i odbioru depeszy.
Tutaj krótko przed dwunastą, przez tłumy otaczające główny zarząd telegrafów, przecisnął się człowiek w podróżnem ubraniu, z kufereczkiem w ręku, słusznego wzrostu, z siwiejącym już zarostem i ciemnemi binoklami na oczach.
— Czy jest depesza dla X. K. Z.? — zapytał głównego urzędnika biura, podając jakiś bilecik.
— Jest — odpowiedział zagadnięty, a rzuciwszy okiem na przedstawioną legitymacyę, doręczył podróżnemu leżący przed nim przygotowany już papier.
Siódmy partner, teraz już nikt nie wątpił, że on nim był rzeczywiście, rozerwał powoli i ze spokojem zaklejoną kopertę i nie zdradziwszy najmniejszym ruchem, czy odebrana wiadomość zadowolniła go czy nie, złożył papier po przeczytaniu do kieszeni paltota i opuścił biuro z powagą, pośród oniemiałej z silnego wrażenia publiczności.
A więc to nie mistyfikacya! Ten X. K. Z. istnieje prawdziwie, jest człowiekiem z krwi i kości, i chociaż trudno pojąć dla czego otoczył się tak dziwaczną tajemniczością, cóż to przeszkadza ufać w jego dalsze szczęście, co przeszkadza zakładać się o niego i być pewnym wygranej? Tym więcej nawet przedstawia rękojmi, że o ile z pozorów sądzić można, jest to człowiek poważny, dbający o dokładne spełnienie warunków gry, i jak się stawił po depeszę w Milwaukee, tak też będzie punktualnym w Washingtonie i dalej, gdzie go losy wyślą.
Zdobyta pewność i wyprowadzone z niej wnioski, podniosły znów znacznie ruch zakładowy, i Milwaukee zawrzało nowem życiem dnia tego.
Gdy więc teraz pierwsza partya gry Hypperbona rozegraną została, przejrzyjmy kolejno położenie każdego z partnerów.
Maks Rèal opuścił 15-go maja Fort-Riley, w Stanie Kanzas, aby się udać do dwudziestej ósmej przedziałki, Stan Wyoming.
Tom Crabbe — podążył z Austen, stolicy Teksasu; do trzydziestej piątej przedziałki, Stan Ohio.
Herman Titbury — po dopełnieniu warunków kary jakiej uległ w mieście Calais, w Stanie Maine, miał przed sobą 19-go maja podróż do Stanu Utah, przedziałka czterdziesta.
Harris T. Kymbale — jechał 21-go maja prawie bez odpoczynku z Santa-Fé (Nowego Meksyku), do Południowej Karoliny.
Helena Nałęcz z Milwaukee do czterdziestej szóstej przedziałki.
Komodor Urrican — jeżeli jeszcze żyje i wróci do zdrowia, ma wedle otrzymanej depeszy 25-go maja udać się do pięćdziesiątej ósmej przedziałki, czyli do Stanu Kalifornii, skąd zaraz nawrócić musi z powrotem do Chicago, aby rozpocząć grę na nowo.
Wreszcie X. K. Z. otrzymał czterdziestą szóstą przedziałkę, obwód Kolumbia.
Niechże więc w dalszym ciągu świat cały wyczekuje co któremu z parterów los przeznaczy w rzutach kości, które rejent Tornbrock zawsze z tą samą akuratnością co drugi dzień dopełniać będzie.
Aby wszakże ułatwić śledzenie poruszeń każdego z partnerów, pomysłowa „Trybuna“” przedstawiła projekt, który nietylko w Ameryce ale i na lądach starego świata z zadowoleniem przyjęty został.
Bo i dla czegóżby nie miano zastosować w tym wyścigu, tego co się od dawna praktykuje między żokiejami na zwykłych wyścigowych torach; czemu, gdy partnerów było siedmiu, nie nadać każdemu barwy odmiennej, odpowiadającej siedmiu zasadniczym kolorom tęczy?...
Tak więc: Maks Rèal otrzymał kolor fioletowy, Tom Crabbe indygo, Herman Titbury niebieski, Harris T. Kymbale zielony, Helena Nałęcz żółty, Hodge Urrican pomarańczowy, a X. K. Z. czerwony. Odtąd małe chorągiewki przytwierdzone do szpilek, zatykano na mapach Hypperbona i niby piony na szachownicy, przesuwano odpowiednio do jakiej przedziałki miał podążyć każdy partner szlachetnej gry po Zjednoczonych Stanach Ameryki.


Koniec części pierwszej


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.