<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Testament dziwaka
Rozdział Dzwony w Oakswoods
Wydawca Jan Fiszer
Data wyd. 1902
Druk Towarzystwo akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michalina Daniszewska
Tytuł orygin. Le Testament d’un excentrique
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Dzwony w Oakswoods

Wiadomość o ostatnim rezultacie gry sprawiła w całym kraju wrażenie uderzenia piorunu. A więc ten człowiek z maską, ten partner ostatniej chwili, ten intruz między grającymi, jednem słowem ten X. K. Z. wygrywał partyę i zagarniał całych 60 milionów dolarów! Zarówno wśród bogatych jak biednych rodzin tem tylko się zajmowano, o tem mówiono.
Co prawda, wyjątkowe szczęście towarzyszyło tajemniczej osobistości od samego początku gry, bo gdy każdego ze współzawodników spotykały różne przeciwności jak: przejście po Moście, kosztowny pobyt w Hotelu, osadzenie w Więzieniu, pogrążenie w Studni, wreszcie liczne opłaty kar, on jeden tylko odbył wszystkie podróże, nie straciwszy na opłatę ani jednego dolara, nie utrudziwszy się nawet jazdą na krótkich dystansach w obrębie sąsiednich sobie Stanów.
Lecz choć tak szczególnem cieszył się powodzeniem, bardzo niewielu miał przyjaznych sobie i niewielu też stawiło na niego większe czy mniejsze sumy. To też w miarę doznanych zawodów rozbudziła się na nowo uśpiona nieco ciekawość.
— Teraz już przecie musi dać się poznać, teraz nie wolno mu już ukrywać się dłużej w niezrozumiałej dla nikogo tajemnieczości. Ma prawo wymagać tego cała Ameryka, jak cała zainteresowaną była wielką grą, od samego początku — wołano ze wszystkich stron.
A jeżeli ogólnie stawiano głośno to żądanie, o ile jeszcze słuszniejsze były w tym względzie pretensye współpartnerów, którzy biegli bez wytchnienia po olbrzymiej arenie Stanów Zjednoczonych po to tylko, by wrócić do domu utrudzeni i z pustemi kieszeniami.
Teraz gdy wszystko dla nich przepadło, opuszcza każdy wyznaczone sobie stanowisko i śpieszy w zacisze własnego domu, lecz w jakże różnych humorach!
Rèal, którego rana tak znacznie już się podgoiła, że doktór pozwolił mu na ten przejazd, wszedł do mieszkania swej matki wsparty na ramieniu Tomiego, choć blady jeszcze ze śladami przebytego cierpienia, ale widocznie szczęśliwy.
Zacna kobieta dowiedziawszy się teraz dopiero, że wsławionym obrońcą piątej partnerki był jej syn ukochany, przeraziła się widocznie. Wprędce jednak uspokoił ją Maks, co do stanu swego zdrowia i zapewniał po wiele razy, że niczem były mu cierpienia poniesione dla tej, która, jak ma nadzieję, zapewni mu większe szczęście w życiu, aniżeli największa fortuna.
Ponieważ Helena z Jowitą wraz z rannym przyjechały do Chicago, uznały za odpowiednie zaraz nazajutrz złożyć wizytę pani Rèal, która przyjęła ją z tą szczerą uprzejmością, jaką sobie wszystkich zniewalała. Odtąd obie sieroty były codziennymi u niej gośćmi i wkrótce przekonały się, że znalazły w niej nietylko życzliwą sobie istotę, lecz drugą kochającą i ukochaną mateczkę.
A skoro młodzi narzeczeni uklękli przed nią przy zamianie pierścionków, z prośbą o błogosławieństwo, ona sama uczuła się tak szczęśliwą, jak wyobrażała sobie, że będzie, gdy jej jedynak wygra partyę Hypperbona. Bo teraz już i ona przekonaną była, że choć go owe upragnione miliony ominęły, wygrał natomiast wielki los na loteryi życia, dostając na żonę taką kobietę, jak ta szlachetna Polka.
W jakim usposobieniu opuścił Milner ze swym olbrzymim Crabbem Więzienie, łatwo sobie wyobrazić; perspektywa konieczności urządzania nadal występów bokserskich, nie była zbyt ponętną.
Nie uchylimy też całkowicie zasłony z mieszkania Titburów, którym te mroczne kąty po wspaniałościach w hotelu Exelsior, wydały się dopiero teraz wstrętne, a więcej niż skromne potrawy, ladajak przyprawione przez brudną kucharkę — nie do jedzenia. Milcząc, siedzieli ze złością w sercu, lub czynili sobie wzajemne wymówki za należenie do tej gry, w której wszystko było oszustwem obliczonem na zrujnowanie takich, jak oni biedaków.
Pretensyi tych nie miał Kymbale i choć nie przeczył, że byłby chętnie został właścicielem milionów, lecz gdy go te ominęły, zyskał zawsze odbywszy tak dalekie, interesujące podróże, które dotychczas były dlań tylko niemożliwem do ziszczenia pragnieniem.
A czyż potrzeba jeszcze wspomnieć w jakiem usposobieniu była teraz piąta partnerka? Ona, która nigdy naprawdę niespodziewała się wygranej, nie doznała też zawodu, zresztą zbudzone serdeczne uczucie dla Rèala opromieniało każdą chwilę obecnego jej życia. Natomiast Jowita była niepocieszoną. Jakto, więc jej Hela nie została milionerką, i nic, nic zgoła niema jej zostać ze świetnych marzeń, planów i tych ofiar dobroczynnych, które ona tak pewna jej szczęścia za nią układała! Naraz twarzyczka jej, trochę chmurna, rozpogodziła się nieco.
— Helu, Helu! — zawołała — przecież ty jednak wygrywasz ładną sumkę!...
— A to jakim spósobem?.. Chyba tylko w dalszym ciągu twych marzeń.
— Nie, nie... naprawdę! Czy zapomniałaś, że kapitał zebrany z opłat kar w ciągu całej gry, przeznaczył Hypperbone temu, kto najbliżej będzie 63-ej przedziałki przy zakończeniu partyi. A więc bezsprzecznie należą się one tobie! Nie będą to już wprawdzie tamte miliony, ale zawsze ładna sumka...
— Masz słuszność, nie pomyślałam sama o tem, a cieszę się, że tak jest rzeczywiście nie tyle już dla siebie, bo moją przyszłość widzę zapewnioną, ile dla ciebie moja droga — rzekła Helena, patrząc z czułością na przyjaciółkę.
— No, no, proszę o mnie się nie troskać — zawołała wesoło Jowita — już ja sobie dam radę! Przecież miejsce u panów Marschal i Field mam zapewnione. Tobie właśnie potrzeba teraz na wyprawę, na pierwsze urządzenie domu. A czy też wiesz ile Tornbrock zebrał do tej kasy? Nie... Eh, bo ty tylko marzeniami teraz żyjesz, ale ja liczę za ciebie. Otóż proszę sobie zapamiętać, że dostaniesz do rączki 17 tysięcy, z których przedewszystkiem trzeba będzie oddać panu Weldon, owe trzy tysiące tak łaskawie nam pożyczone w krytycznej chwili.
— Zgadzam się najzupełniej z tobą, miły mój rachmistrzu — odpowiedziała Helena — przedewszystkiem spłacenie długu...
Na zakończenie tego kolejnego przedstawienia partnerów po skończonej grze, nie należy nam pominąć komodora, który ostatnim rzutem wysłany do Newady, zdołał przebyć zaledwie połowę tysiąca dwustu mil, które dzielą tę ziemię od Stanu Wisconsin.
— Co, co!.. — krzyknął, gdy posłyszał o zakończeniu gry. — To kłamstwo, to być nie może!.. Biegnij Turk do zarządu pocztowego, i niech ci tam powiedzą prawdę...
Turk spełnił śpiesznie wydany rozkaz. Niestety, komodor przegrał, przegrał nieodwołalnie... Na nie wszystkie poniesione trudy, wszystkie nie szczędzone koszta i niechże Bóg chroni każdy okręt, by znalazł się na morzu w podobną burzę, jaka teraz szalała w jego piersi, Całą powrotną drogę wymyślał wszystkim dokoła i bez żadnych względów obwiniał głośno Tornbrocka o stronność, nieuczciwość, ba, o złodziejstwo nawet.
Tymczasem w świecie sportu zakładów, po wielkiem zamieszaniu pierwszej chwili, zaległa cisza. W zawieszeniu pozostały obrachunki wypłaty, każdy ociągał się jeszcze, aż dwuznaczna osobistość pana X. K. Z. sprawdzoną zostanie, aż się jawnie przedstawi on światu pod swem prawdziwem nazwiskiem.
Minął już wszakże jeden tydzień, mijał drugi, a tajemnica pozostała tajemnicą. Nareszcie wyczerpała się cierpliwość wszystkich, podniosły się głosy oburzenia, biednego rejenta obsypano wymówkami, czyniąc go odpowiedzialnym za wszystko. W końcu znaleźli się tacy, a na ich czele stanęli: Urrican, Titbury i Milner, jako pełnomocnik Crabba, którzy grozili, że wystąpią sądownie przeciw nadużyciom w wykonaniu testamentu zmarłego Hypperbona i żądali, aby, jeżeli X. K. Z. nie przedstawi się niezwłocznie, Tornbrock prowadził grę dalej z pominięciem go, jako osoby fikcyjnej, nieistniejącej wcale.
Aż naraz 15-go lipca, w trzy tygodnie po ostatnim rzucie kości, zaszedł wypadek wielkiej wagi. Oto dnia tego o 7-ej rano, obiegła miasto wieść wstrząsająca, że na cmentarzu w Oakswoods, z wieżyczki mauzoleum zmarłego członka Klubu Dziwaków, rozlega się głośne bicie w dzwony.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.