Uroda życia/Część I/XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Uroda życia
Tom I
Część I. Cień
Rozdział XXII
Wydawca Spółka Nakładowa „Książka”
Data wyd. 1912/1920
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XXII.

W jaki tydzień później oficer dyżurny zawiadomił chorych, że odbywa się lustracya szpitala i że sam generał-komendant za chwilę wejdzie do sali. W istocie generał Polenow - Czernowratskij wkroczył. Był wyprostowany, srogi i tak sztywny, jakby połknął własną szpadę, którą ku przerażeniu śmiertelnych niósł przy boku. Miał na sobie mundur uroczysty, połyskiwał orderami, lampasami i szarfą. Surowy mars nie schodził z jego czoła, odkąd przestąpił próg pokoju. Piotr doznał wrażenia, że generał nie chce go widzieć, nie przywitał się i nie przywita, — lecz pogodził się z tym losem. Siedział na swem łóżku obwiązany bandażami i czekał na rozwój wypadków. Generał rzucał okrutnem okiem po kątach, zaglądał tu i tam, jak przystało na lustratora, lecz po chwili zwrócił się wprost do Piotra ze swą gniewną i złowieszczą twarzą. Dał znak swej świcie, żeby go opuściła. Gdy lekarze, dozorczynie, felczerzy, oficerowie dyżurni i inni usunęli się z pokoju, generał siadł na krześle i dwakroć groźnie spoglądał na Piotra, — może dla ukrycia braku słowa, od któregoby zacząć. Rzekł wreszcie z należną bezwzględnością i majestatem:
— Czy pan wiesz, że jesteś podsądnym?
— Wiem, panie generale.
— Czy pan wiesz, że za tak ohydną sprawę, jaką tu wszcząłeś i skroiłeś, może cię czekać degradacya?
— Wiem, panie generale.
— Czy... tego... Czy takiego postępku mogła się po panu spodziewać pańska władza niższa i wyższa, ja, jako zwierzchnik bezpośredni, pańscy koledzy, całe społeczeństwo rosyjskie w tym kraju, wreszcie cała armia, sztandar... wreszcie... Co?
— Nie rozumiem, o co chodzi, panie generale.
— Jakto? Nie rozumiesz pan? Radzę, żebyś raczej milczał, kiedy do pana łaskawie przemawia pański naczelnik. Jak? A to co takiego znowu? Milcz pan! Łaskawość moja rozzuchwaliła pana... Ale i wyczerpała się! Sądzisz może, że zatuszuję tę sprawę i dlatego umyśliłeś sobie rozbijać się tutaj, broić, czynić, co ci się spodoba. Liczysz może na bezkarność, — otóż wiedzże pan...
Piotr uśmiechnął się ironicznie.
— Śmiejesz się pan, kiedy generał mówi!
— Nie śmieję się, panie generale.
— Śmiejesz się! Do kroćset!...
— Jestem chory, panie generale.
— Jesteś chory, ale jesteś także podsądny!
— Sąd orzecze o mojej winie.
— Sąd!...
Generał stracił doskonały wątek dotychczasowy i nie wiedział na prawdę, jakimby argumentem zmiażdżyć krnąbrnego pyszałka. W istocie rzeczy powołanie się na sąd przecinało rozmowę. Generał czuł, że uniósł się niepotrzebnie i, co gorsza, niewłaściwie. Długo sapał, poprawiał szpadę i rzucał się na krześle. Wreszcie, pieniąc się wewnętrznie, dorzucił:
— A więc dobrze — sąd! Sąd wojenny, kiedy tak i basta. Nauczą rozumu.
— Czekam ze spokojem na wyrok.
— „Ze spokojem“. Bohater!
— Bohater czy nie bohater, lecz w każdym razie porządny i dobrze wychowany człowiek.
— Głowę przerąbali, z bateryi wyrzucą, zdegradują. „Bohater“!
— Pan generał, gdyby był tam wówczas na mojem miejscu i na mojem niskiem stanowisku, nie mając innego wyjścia, z pewnością postąpiłby był taksamo, jak ja.
— Co znowu? Co takiego? Co pan mówisz?
— Jakto? Czy mogę przypuścić coś innego? Czy pan generał pozwoliłby na to, ażeby w jego obecności w miejscu publicznem zgraja półpijanych oficerów grubijańsko zaczepiała cichych, przyzwoitych, cywilnych ludzi?
— Piękne panny...
— Tak jest, piękne panny, obiadujące w towarzystwie spokojnych ludzi...
— W dodatku polki...
— W dodatku polki... — mówił Piotr dobitnie.
— Właśnie ten szczegół jest ciekawy!
— Właśnie ten szczegół. Więc wolno jest oficerskiej gromadzie postępować tak, jak tamta, dla tego, że to byli polacy i polki?
— Pan się zapominasz, mówiąc do mnie!
— Nie, panie generale. Ja zapytuję o jego pogląd na tę sprawę.
— „Pogląd“! Pan wiesz, jaki jest mój pogląd... Pan wiesz, że ja polaków... tego... Jak pan śmiesz przypisywać mi coś podobnego! Pan dobrze wiesz! Ale pan wówczas ośmieliłeś się rzucić w twarz kolegom oficerom zniewagę nie do zniesienia. Pan wypowiedziałeś wyraz...
— Tensam wyraz powiem na sądzie. Tego wyrazu nie cofnę na sądzie i nigdy i nigdzie! Czy wykonali jakikolwiek akt ekspijacyi za swój postępek względem tych kobiet i mężczyzn? Żadnego! Każdy oficer powinien był postąpić tak, jak ja. Rzucili się na mnie całą gromadą, — porąbali mię. To też ja tego słowa nie cofnę nigdy!
Generał był niezdecydowany, co powiedzieć. Patrzał srogo, musztrował wąsy i poprawiał niesforną szpadę.
— Piotr Iwanycz, — rzekł z innego tonu, — uspokój się pan. Nie o to chodzi. Rozumiem... Obowiązek honoru — i tam dalej... Chodzi teraz o to, żeby sprawę zatuszować. Pojmujesz, Piotr Iwanycz?
— Nie. Tego nie pojmuję. Wyzdrowieję, — będzie sąd. Umrę z ran, — nie będzie sądu. Oto wszystko.
— Przestań, proszę cię, przestań! Tak się złożyło, że twoja opinia poprawia się. Nawet oficerowie piechoty dzielą się teraz na dwie partye. Jedna partya jest za tobą, — nieliczna, — druga jest przeciwko tobie, — bardzo liczna. O cóż chodzi? O to, żeby ta liczna zmalała, a ta nieliczna wzrosła w siłę. Musisz zrobić jakieś ustępstwo, przeprosić, cofnąć słowo. Wtedy można będzie sprawę postawić na poziomie zatargu honorowego. Rozumiesz, co mówię? Zatargu honorowego...
— Nigdy tamtego słowa nie cofnę, panie generale. Każdemu stanę po kolei na placu. Niech cały ten pułk piechoty!
— No-no, no-no! Bohater!
Piotr schylił głowę i długo milczał. Wreszcie podniósł oczy i rzekł krótko:
— Pan generał rzuca mi raz po raz to słowo „bohater“, jako przezwisko. Otóż, niech będzie, jestem bohaterem.
— Bajronowskim, czy jakim innym?
— Jakimś innym... — rzekł Piotr, patrząc mu głęboko w oczy. Generał wykonał zdecydowany ruch władczą dłonią, jakby miał zamiar wtrącić Piotra na jakieś dno mamertyńskie, lecz się powstrzymał. Widać było, że jeszcze coś ma do powiedzenia. Przeszedł się po pokoju i rzekł z namysłem:
— Jakże te rany?
— Goją się.
— A lekarz mi mówił, że nie tak znowu szybko wstaniesz. Nie tak szybko!
— Skoro trzeba będzie leżeć, cóż robić...
— Właśnie. A czy... tego...
— Słucham, panie generale.
— A czy... tego... nie wolałbyś, Piotr Iwanycz, leżeć u mnie w domu? — pytał generał surowo i niby między innemi lokucyami, choć Piotr domyślił się, że po to został przez Tatjanę przysłany.
— Dziękuję...
— Czegóż masz dziękować... Wiesz chyba, bracie, że... tego...
— Nie wątpię. Wiem dobrze, jak pan generał łaskaw jest na mnie, lecz muszę leżeć tutaj. Gdybym skorzystał z łaskawego zaproszenia, oficerowie całego pułku piechoty mieliby prawo rzucać mi w oczy słusznem urąganiem, że jestem faworyzowany.
— Co mi tam oficerowie pułku piechoty!
— Gdyby przyszło do sądu, podanoby w wątpliwość wyrok. Mogliby ludzie słusznie twierdzić, że wyrok jest złagodzony na moją stronę dzięki poparciu pana generała.
— Cóż to ma jedno do drugiego?
— Proszę mię zostawić tutaj, — prosił Piotr ze szczerością.
— Wiesz dobrze... — rzucał się generał, — jaką przykrość, jaką straszną przykrość wyrządziłeś Tatjanie. Dziecko szlocha po całych dniach, po całych nocach... Mówiła mi mademoiselle Mathilde, że nie je i nie pije, że się tylko słania po sofach i płacze. Wymioty jakieś żółciowe... — ciągnął zupełnie bezradnie.
— Tak, zawiniłem, — rzekł Piotr twardo.
— Nie może nawet odwiedzać cię tutaj, bo do czegóż to podobne? Tam pielęgnowałyby cię z mademoiselle Mathilde i szybko wróciłbyś do zdrowia.
Generał rozkleił się zupełnie. Surowa marsowość wypełzła z niego i zaczaiła się chyba tylko w lampasach zesztywniałych kolan, w wysokości kołnierza i w srogiej szpadzie. Siedział zgarbiony, w postawie niemal petenta, naiwnie uśmiechnięty i bodaj na równi z córką zakochany w Piotrze.
— Toż całe miasto poczęłoby pleść tysiączne anegdoty, gdybym się stąd przeniósł do domu pana generała...
— Właśnie, właśnie... Wszyscy dziś mówią, że jesteś zakochany w tej polce, że dla tego biłeś się za nią. Pomyśl!... Tatjana!... A ot, dałeś się porąbać za tamtą. Gdybyś się teraz przeniósł do mnie, Tania byłaby uszczęśliwiona, bo byłby to dowód, że tamto — było sprawą li tylko honorową, bez żadnej głębszej przymieszki. Szczerze z tobą mówię... Sam wiesz, jak Tania, — sam wiesz, co w Paryżu... Tania — jakaż to złota dziewczyna... Piotr Iwanycz...
W głosie starego oficera brzmiała głęboka, pokorna, niska prośba. Piotr uczuł, że w tej minucie waży się coś w nim, jak na szali. Porwał się w sobie samym i wzmógł na duszy. Rzekł:
— Tania mię zrozumie! Muszę tu zostać.
— Musisz... — westchnął generał.
— Muszę!
Zarazem podniósł na starca oczy pełne wewnętrznego blasku i pieszczotliwie pogładził ręką jego rękę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.