<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł W płomieniach
Wydawca Jerzy Bandrowski
Data wyd. 1917
Miejsce wyd. Kijów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PANIKA.

Pewnego dnia (we czwartek 28 sierpnia) popołudniu postanowiliśmy z ojcem udać się na boisko konnego Sokoła-Macierzy, aby się tam przyglądnąć ćwiczeniom formującej się Legji Wschodniej. Pojechaliśmy tedy na Łyczaków tramwajem.
Tramwaj był przepełniony. Staliśmy na platformie, przyglądając się aeroplanowi, który wśród przepięknego, błękitnego nieba szybował w południowo-wschodnim kierunku. Dzień był bardzo pogodny, słoneczny, wesoły. Po drodze spotkaliśmy wiele wozów z rannymi był to pierwszy, większy transport, jaki widziałem. Widzieliśmy też wozy chłopskie i żydowskie, głównie żydowskie, pełne pierzyn, gratów, dzieci i kobiet. Wśród jasnego dnia, na ruchliwych ulicach miasta nie robiło to ani zatrważającego ani wielkiego wrażenia. Wojna trwała już od paru tygodni, było tedy rzeczą zupełnie naturalną, iż z zagrożonych bitwami powiatów ludność uciekała.
Kiedyśmy się z ojcem znaleźli na boisku Sokoła-Macierzy, zapomnieliśmy natychmiast o wozach i rannych. Boisko to szerokie, pięknie wśród wzgórz położone, może pomieścić bez trudu do ośmiu tysięcy ludzi; z jednej strony prowadzi nad niem gościniec, poza którym widać nierówny rząd podmiejskich kamienic.
Ma boisku stało około trzech tysięcy ludzi, w jednej trzeciej tylko uzbrojonych, w dwuch trzecich rozmaicie umundurowanych, przeważnie młodzieży i to nawet bardzo zielonej. Młodzież wykonywała przeróżne ewolucje pod komendą jakiegoś przeniesionego z linji do legji austrjackiego kapitaną polskiej narodowości. Łatwo sobie wyobrazić, że mustrze tej przyglądaliśmy się z wielkiem zainteresowaniem, zauważyliśmy jednak ze smutkiem, iż wszystko dzieje się według bezdusznego, nudnego austrjackiego szablonu.
Pamiętam, w czasie jakiejś przerwy legjoniści śpiewali którąś ze starych polskich piosenek wojskowych. Wówczas na drodze, wiodącej nad boiskiem, pokazał się oddział żołnierzy austrjackich, którzy również zaczęli śpiewać jakiegoś krakowiaka. Po obu stronach rozległy się oklaski. Zamknąwszy oczy mogło się mieć wrażenie, iż to pozdrawiają się niby dwa oddziały polskiego wojska. Jednakże zamknąć oczy to znaczyło nie chcieć widzieć rzeczywistości, bo to byli przecie tylko austrjaccy żołnierze. Niestety, nie wszyscy chcieli to zrozumieć i zadużo patrzyło przez spuszczone powieki.
Niezbyt wesołe były refleksje, któreśmy wraz z ojcem czynili, siedząc na schodkach i patrząc na musztrujących się przed nami żołnierzy. Z dziwnem upodobaniem śpiewali oni najchętniej piosenkę „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie“. Pamiętani, że na ten temat dużo mówiłem, protestując przeciw cierpiętniczo-męczeńskiej intonacji piosenki i twierdząc, że żołnierz nie powinien nawet przypuszczać możliwości, iż zginie on a nie nieprzyjaciel.
Siedzieliśmy tak długo, rozmawiając i paląc papierosy. Chwilami zdawało się nam, iż słyszymy bardzo oddalony huk armat, raczej lekkie wstrząśnienia w powietrzu. Wreszcie, kiedy już słońce skłaniało się dobrze ku zachodowi, machnąwszy ręką na nudne austrjackie „piłowanie“, wyszliśmy z boiska.
Kiedyśmy stanęli przed bramą, podszedł ku nam jakiś żebrak, którego ofuknąłem. Szliśmy zwolna dalej.
— Patrz-no, patrz! Dokąd ci policjanci tak gonią! — usłyszałem głos ojca.
Zirytowany bardzo bladem wrażeniem, jakie na mnie legjon zrobił i natręctwem żebraka a równocześnie przekonany, iż ojciec z właściwą starszym ludziom ciekawością we wszystkiem wietrzy sensację, nie oglądnąłem się nawet lecz odpowiedziałem niechętnie;
— Pewnie tego dziada chcą aresztować!
— Gdzieżby znowu na dziada z bagnetami! — odparł ojciec.
Wówczas oglądnąłem się i ujrzałem dwóch policjantów z karabinami, biegnących za płotem na wzgórza, na których znajduje się park Łyczakowski. Na karabinach mieli bagnety.
— Zdaje się, gonią kogoś... Dziś w każdym człowieku widzi się szpiega. Chodźmy.
Ojciec z żałością spojrzał za policjantami, niewątpliwie ciekawy rozwiązania zagadki, ale nie protestując, poszedł za mną. Małą przeczniczką, prowadzącą z ulicy Łyczakowskiej ku boisku i skręcającą w tem miejscu za opłotki miejskie, szło szybko bardzo wiele ludzi. Nie zwróciłem na to uwagi. Naraz ujrzałem między nimi znajomego, starszego już pana, którego przerażona i wzburzona twarz zdziwiła mnie. Mówił coś.
— Co się panu stało? — spytałem go.
Mówił w dalszym ciągu, ale nie rozumiałem. Słyszałem tylko: — Kozacy, uspokójcie tych ludzi, dzieci podepczą...
W tej chwili dopiero spostrzegłem, że ludzie idący przeczniczką, uciekają przerażeni, zadyszani. Czyżby istotnie kozacy wpadli do miasta?
W głowie mi się to pomieścić nie mogło. Dokoła miasta forty, wojska wszędzie mnóstwo, jeden człowiek przemknąć się bez przepustki nie może, a tu uciekają przed kozakami! I ani strzału armatniego?! Ostatecznie — wszystko jest na wojnie możliwe. — Jak uciekać, to uciekać! Ponieważ jednak przy mojej niemałej wówczas tuszy nie było to ani łatwe ani przyjemne, nie chciałem bez przyczyny ryzykować. Złapałem tedy jakiegoś młodego człowieka.
— Stój! Co się dzieje?
Młody człowiek stanął jak wryty i spojrzał na m nie nieprzytomnemu oczami. Na jego twarzy białej ze strachu zaznaczyły się szkarłatne rumieńce zmęczenia. Widać biegł już dłużej. Trzęsącemi się wargami wyjąkał:
— Kozacy! kozacy!
— Co? Gdzie? Jacy kozacy?
— Na Łyczakowie... na rogatce...
I popędził dalej.
Łydki podemną drgnęły ale przecie nie chciało mi się wierzyć. Bezradny patrzyłem na tłum pędzący uliczką i wzniecający chmury kurzawy. Jakaś baba, dysząc ciężko, czerwona i spocona, pomknęła koło mnie wlokąc za rączkę po ziemi dziecko, które jej nadążyć nie mogło. Ludzie piszczeli, sapali i gnali przed siebie.
— Panika! Niema co! Panika! — powtarzał mój ojciec.
Tak jest, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Rzecz tylko w tem czy panika była bezpodstawna czy nie, bo jeśli kozaków nie było, to dlaczego mielibyśmy uciekać i nogi zrywać?
Przypuśćmy, że kozacy dotarli aż do rogatki — myślałem. — Co mogą zrobić? Nie rozproszą się przecie po bocznych uliczkach nieznanego sobie miasta. O taką lekkomyślność ich posądzać nie można. Więc: albo przelecą przez ulicę Łyczakowską, podpalą jeden drugi dom i uciekną, albo też ustawią karabin maszynowy i sypną salwę w ulicę. Z tego wynikało, że na wszelki wypadek można było ulicą Łyczakowską nie iść. Ale — chyba tylko armja idjotów pozwoliłaby na to, aby w biały dzień, wśród mnóstwa wojska, stojącego na fortach, jakiś oddziałek kawalerji wdarł się aż do miasta, bez strzału nie tylko armatniego, lecz nawet karabinowego!
Wahałem się jeszcze, kiedy naraz w uliczce pojawił się pędzący cwałem nadporucznik obrony krajowej. Goniąc, co koń wyskoczy, wołał:
— Uciekajcie! Kozacy! Kozacy!
A więc — prawda! Oficer chyba wie, co mówi!
— Idjoci! — przemknęło mi przez myśl. — Wobec tego wszystko jest możliwe!
I wziąwszy ojca pod ramię, dałem znać nogom.
Cała ta scena, od wyjścia z boiska, trwała najwyżej minutę.
Nie pędziliśmy, raz dlatego, że droga odrazu skręcała w opłotki, między które kozakom nie chciałoby się zapuszczać, jako, że wogóle nie łatwo było Lwowianinowi między nie trafić, powtóre, ponieważ ja mam niezwalczoną awersję do szybkiego chodzenia. Nie przeczę, że może na widok jakiego, pełnego zapału wojennego brata Kubańca, z nadzwyczajnym wdziękiem przesadziłbym któryś z płotów, nawet kolczastym drutem obwiedziony, ponieważ jednak „wzwyż wzmiankowanego“ Kubańca nie widziałem, a strzałów żadnych za sobą nie słyszałem, wolałem w gorliwości nie przesadzać i nie męczyć się, zanim tego koniecznie będzie potrzeba. Niem niej, dla towarzystwa i bezpieczeństwa, nawoływałem ludzi do spokoju, tłómacząc zbyteczność uciekania i przezywajęc ich wzgardliwie tchórzami. Wyznaję dziś, iż robiłem to raz dlatego, że nie mogłem uciekać tak prędko, jak oni, powtóre, ponieważ zdawało mi się, iż jeślibyśmy z ojcem sami na ulicy zostali, a kozak jaki zapędziłby się aż tu, nie mając wyboru mógł strzelać do nas. Ale to apelowanie do ambicji ludzkiej nic nie pomagało. Bractwo zmykało, aż się kurzyło, nie patrząc na nikogo, nie słuchając żadnych wezwań. Baby wypadały z domków, patrzyły chwilę na uciekających, zalewały się łzami, zaczynały się trząść, piszczeć i naraz — trzask! brama zamknięta i słychać gwałtowne zabijanie ryglów. W krótkim czasie uliczka opustoszała i tylko ojciec i ja szliśmy względnie powoli wśród parkanów, między któremi unosiły się kłęby kurzawy. Wyznaję otwarcie, że pierwszy raz wówczas widziałem człowieka w tej przerażonej postaci, z wykrzywioną strachem twarzą, pędzącego na oślep przed siebie; jestto widok nadzwyczaj przykry i odrażający.
Wyszliśmy wreszcie na jakiś szeroki, niezabudowany plac niedaleko ulicy Św. Piotra i Pawła; widać było jakichś żołnierzy. Za nami nie rozlegało się ani żadne „gikanie“ ani strzały. Kozaków wciąż nie było. Trudnoż przypuścić, żeby, stanąwszy przy rogatce, płacili strażnikom miejskim myto za konie! Zwolniliśmy tedy kroku jeszcze bardziej i szliśmy już powoli ku miastu. Naprzeciw nas szedł kupą oddział żołmerzy z karabinami w rękach; było ich ze stu. Prowadził ich młody oficer wysoki, smukły, z różową, młodocianą twarzą i niebieskiemu oczami. Ubrany był w czapkę połową, w gumowy, niezapięty płaszcz piaskowego koloru i wysokie buty z cholewami. W rękach trzymał karabinek i szedł tak żwawo przed swymi ludźmi, rzucając wzrokiem dokoła, wesoły i rozbawiony, jak gdyby był na polowaniu na kaczki. Żołnierze biegli za nim śmiało, wygrażając niewidzialnemu przeciwnikowi. Nigdy tego oficera nie zapomnę.
Wiedząc, iż za sobą mamy już tych zbrojnych, siłę aż nadto wystarczającą do powstrzymania i odparcia jakiegoś niewielkiego podjazdu konnego — a tylko taki podjazd ostatecznie mógł się przedrzeć pod miasto — postanowiliśmy z ojcem zobaczyć, co właściwie dzieje się na ulicy Łyczakowskiej, skąd dochodził nieustanny turkot. Skręciliśmy w przecznicę, ale tu spotkaliśmy znowu jakiegoś nadporucznika obrony krajowej, który, złapawszy nas za rękawy, zawołał:
— Warjaci, gdzie idziecie! Tam kozacy!
I czemprędzej dał nurka w bramę pobliskiego domu.
Spłoszeni drugi już raz przez oficera, zawróciliśmy, ale ciekawość przecie zwyciężyła i najbliższą przecznicą dotarliśmy wreszcie do ulicy Łyczakowskiej.
To, cośmy tam zobaczyli, przechodziło wszelkie wyobrażenie.
Ulicą z hukiem i łoskotem rwał gwałtownym, niewstrzymanym prądem strumień wozów i koni. Nie dbano o porządek. Wozy szły rzędami po pięć, po sześć, całą szerokością ulicy. Były tam podwody chłopskie i ciężkie, wysokie furgony wojskowe, samochody i powozy z oficerami, kuchnie polowe, wozy z amunicją, przodkary, kawalerzyści bez broni, piechurzy, artylerzyści na koniach, za któremi wlokły się odcięte rzemienie, oficerowie konni, ordynansi oficerscy. To wszystko parło przed siebie ostrym kłusem lub cwałem, zbitą masą, bez różnicy rang, bez wszelkiego porządku, nie dbając na nic, z oczami wbitemi przed siebie, bacząc tylko na to, jakby ominąć ewentualną przeszkodę, aby się nie dać wstrzymać w drodze. To była panika, to był popłoch, ucieczka, która nie dba już o wstyd ani o honor. Na każdym wozie pełno było żołnierzy trzymających karabiny z najeżonymi bagnetami, jak gdyby w obawie niespodziewanego natarcia. Na innych wozach widziałem siedzących i leżących rannych, których pokrwawione głowy podskakiwały i trzęsły się na poręczach wozów. Widzieliśmy żołnierza, który w jednym tylko trzewiku, z drugą nogą bosą, zakrwawionym bandażem niedbale obwiązaną, biegł, kulejąc i podpierając się karabinem. Przeleciał koło mnie, klnąc tchórzostwo swych ludzi, podoficer, który, wywijając wściekle karabinkiem, głosem nabrzmiałym łzami oburzenia, zaklinał jakiegoś oficera, aby powstrzymał uciekających.
Obraz był niesłychanie ponury. Wieczór już zapadał, niebo nad miastem było barwy płomiennego, rozżarzonego granatu. Służba miejska, przerażona i osłupiała na widok tego popłochu, nie zapaliła lamp, tak, iż w ulicy panował gęsty zmrok. W tym zmroku nie widać było już ani ludzi, ani koni, a tylko lecącą jak lawina zbitą masę, osłoniętą grubą, czarną chmurą pyłu i kurzawy, w której połyskiwały bagnety. Tłumy ludzi, przeważnie służby, stały na rogach ulic w osłupiałem milczeniu. To były te zwycięstwa, któremi ich codzień karmiono, tak wyglądało męstwo tej armji!
W ulicy Łyczakowskiej znajduje się mnóstwo szpitali, w owym czasie pełnych już tak chorych, jak i rannych, zwiezionych z pola bitwy. Między chorymi była ogromna ilość żydów, przeznaczonych do dokładniejszego zbadania. Wieczorną porą tak chorzy jak i lżej ranni wychodzili do ogrodu i tłumami stawali przy sztachetach, rozmawiając z publicznością i pytając o nowiny. Można sobie wyobrazić, jak piorunujące wrażenie na tych biednych ludz!ach zrobiła wieść o pojawieniu się kozaków przy rogatce, potwierdzona widokiem panicznej ucieczki. Naopowiadano im tyle o niesłychanem okrucieństwie Rosjan! A otóż ci kozacy już są przy rogatce, już pewnie palą i mordują, a oni tu w szpitalu, chorzy, ranni, bezbronni!
— Żeby te łajdaki, co siedzą na wozach, zlazły z tych wozów i biły się, toby tu kozaków nie było! — płaczliwym głosem wołał jakiś żyd, wysunąwszy głowę z za sztachet.
Strumień uciekających leciał z hukiem nadół.
A kiedy tak uciekały ciury obozowe, zbrojne w dalekośne karabinki, i żołnierze, trzymający w rękach karabiny, najeżone bagnetami, i oficerowie, którzy przecież, jako wojskowi, mogli przynajmniej coś niecoś wiedzieć i rozumieć, zaskoczone w mieście wieścią o panice kobiety, mieszkające na Łyczakowie, mieszczanki lwowskie, nie; mające pojęcia, co to wojna i wyobrażające sobie ją według opisów Sienkiewicza, słabe i bezbronne istoty, zaniepokojone o los swych mężów i dzieci, o los dom u, z trwogą w sercu olbrzymiejącą na widok zmykających zbrojnych tysięcy, szły na Łyczaków, ku owej rogatce, gdzie już mieli być kozacy, szły same, nie wiedząc, czy lada chwila kula ich nie trafi lub „szaszka“ Czerkiesa, szły przeciskając się popod ścianami domów, narażone na niebezpieczeństwo rozdeptania przez tłum uciekających.
Przed gmachem komendy korpuśnej stało, jak zwykle w owych czasach, mnóstwo publiczności, oczekującej na transport jeńców. Jakież było przerażenie tych ludzi, kiedy zamiast oczekiwanego tryumfalnego pochodu, reżyserowanego przez austryackie władze wojskowe według wzoru z „Aidy“, na plac wpadły pierwsze fale zmykających wozów!
Nie byłem tam w owej chwili, nie widziałem, więc nie wiem, powtórzę tylko opowiadanie jednego z moich znajomych:
— Na placu pod gmachem komendy korpuśnej stałem ze znajomą panienką, przyglądając się „trainowi“ tyrolskiemu, wielkim, mocnym wozom, pilnowanym przez żołnierzy z piórkami przy czapkach i szarotkami na kołnierzach. Tyrolczycy ci mieli bardzo marsowe miny; podziwiano ich jako znakomitych żołnierzy.
Przypadkiem podszedłem blisko do jednego wozu. W tej chwili zbliżył się do mnie Tyrolczyk i rozkazał:
— Sofort gehn Sie weg!
Pomyślałem sobie:
— Cham bo cham, ale żołnierz służbisty.
Naraz zrobił się gwałt, krzyk, rwetes i na plac wpadła pierwsza fala uciekających wozów. Wśród ludzi powstało zamięszanie, ktoś mi strącił kapelusz z głowy, ktoś mnie szarpnął. Schyliłem się po kapelusz, chciałem coś powiedzieć do mojej panny — patrzę, panny niema, ba, ale i Tyrolczyków niema! Jak wymiótł! Przy wozach — ani żywej duszy!
— Nie widziałeś panny Józi? — pytam znajomego, z którym przed chwilą rozmawiałem.
— Widziałem, jak uciekła do kościoła Bernardyńskiego.
Poszedłem do kościoła. Brama zamknięta.
— Niech pan tam nie chodzi! Strzelać będą!
— Co się stało? Kto m a strzelać?
Pokazało się — mężni Tyrolczycy zemknęli pierwsi z placu i zamknęli się w kościele, grożąc kulą każdemu, kto się zbliży.
Drugi znajomy, lekarz-dentysta, opowiadał mi:
— Podczas tej słynnej paniki na podwórze mojej kamienicy wpadły galopem dwa wozy austrjackiego „train’u “. Mówię panu — wjechali galopem tak, że dopiero o ścianę się oparli. Żołnierze po zlatywali z wozów i nieprzytomni ze strachu natychmiast zamknęli bramę, grożąc strzelaniem każdemu, ktoby się zbliżył. Dobre pół godziny minęło, zanim się opamiętali. Mój technik mi i koniom łby obwiązywać, bo z takim impetem wpadli na ścianę, iż mało szkapom głów nie porozbijali.
A oto jeszcze jeden epizodzik:
Kobiecina jakaś, dziadówka z pod kościoła, zobaczywszy umykające treny i słysząc wieść o nagłym napadzie kozaków, pomyślała sobie w swej poczciwości, iż należałoby przecie przestrzedz i stojące pod namiestnictwem treny, które przypuszczalnie o niczem nie wiedzą. Poczłapała tedy pod gmach namiestnictwa, skąd dokładnie widać było zmykające w popłochu wozy i zawołała:
— Uciekajcie! Uciekajcie! Moskale idą!
Nie poznano się jednak na jej dobrych intencjach. Oficer jakiś dobył rewolwera i przyłożywszy go starowinie do piersi, krzyknął:
— Schweigen Sie, sonst schiess ich Sie todt!
I kiedy starowina cofnęła się przerażona, rzucił za nią:
— Unverschämte Kerle!
Wogóle wojskowość traktowała sprawę tak, jak gdyby popłoch wybuchł nie wśród wojska lecz wśród publiczności. Kiedy zgromadzone pod gmachem komendy korpuśnej tłumy osłupiały na widok paniki, jenerał Koloszvary wyszedł przed bramę i rzeki do stojących najbliżej:
— Beruhigen Sie die Leute! Es ist eine Dumheit!
Żołnierzy trzeba było uspokoić, nie publiczność. Publiczność nie uciekała...
A inny znowu znajomy opowiadał mi, że na ulicy Batorego widział zmykającą całą baterję polowej artyierji...
Czy konnica rosyjska była wtedy pod Lwowem? Nie wiem.

Kolega Cz., który mieszkał na Pohulance, za miastem, przybiegł wtedy do redakcji, twierdząc, iż na Pohulance strzelano z karabinu maszynowego. Już po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Lwowa pewien porucznik huzarów rosyjskich, Grochowalski, Polak, zapewnia, iż onto był wtedy pod miastem z 50 huzarami. Są tacy którzy twierdza, iż na trzy dni przed wkroczeniem wojsk rosyjskich do Lwowa, oficerowie rosyjscy przechadzali się w nocy po parku Kilińskiego.
Za to absolutnie pewną rzeczą jest, że kiedy przeciw domniemanemu wrogowi pośpieszyli z placu ćwiczeń zbrojni w karabiny legjoniści, huzarzy węgierscy i Tyrolczycy wzięli ich dla ich okrągłych czapek za Rosjan i zaczęli ostrzeliwać. Legjoniści również odpowiedzieli strzałami. Dwuch legjonistów odniosło rany.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.