W sprawie tłumaczenia klasyków polskich na język francuski


W sprawie tłumaczenia klasyków polskich na język francuski • Stefan Żeromski
W sprawie tłumaczenia klasyków polskich na język francuski
Stefan Żeromski

Odpowiedź na ankietę

Wielce Szanowny Panie!

W odpowiedzi na łaskawe Jego pismo z dn. 29 października rb. spieszą — wraz z uprzejmym podziękowaniem za pamięć o mnie — z następującym wyjaśnieniem.

Nie jestem dobrze poinformowany o przebiegu dyskusji w prasie naszej na temat projektu ogłoszenia w przekładach francuskich utworów klasyków polskich oraz nie mam osobistego doświadczenia w kwestii sposobów najodpowiedniejszego wydania zamierzonych przekładów na gruncie francuskim — mój tedy głos może być tylko sądem jednostki stojącej zupełnie na uboczu.

Poczytywałem od dawna za wielki błąd społeczny naszą opieszałość w sprawie wydania w przekładach na języki obce dzieł dużej dla nas wagi, nie stojących w świetle zachodniej kultury dlatego, że wyłożone są w języku mało dostępnym. Toteż za wielką to poczytywałem zasługę Wielce Szanownemu Panu, że usiłowania jego zmierzały tak wytrwale w tym kierunku. Najwłaściwszą byłoby rzeczą, ażeby klasyczne rzeczy polskie, to znaczy pisma świadczące o dawności i dość wysokim poziomie europejskiej kultury w Polsce, sami cudzoziemcy — jak w tym wypadku: Francuzi — kulturze swej przyswajali.

Ale ten proces, jak to z bibliograficznych spisów wynika, jest w stanie zaniku. Naród nasz, pogrążony w mroku zapomnienia i głębokiej niedoli, nie może poprzestać na tym poczuciu abnegącji, którą tak bezlitośnie potępia poeta:

Skoroście młotem być przestali,
To dziś, głęboko w ziemię wsiadłem,
Jesteście li — kowadłem —
W które, kto chce, od ucha wali...

Jeżeli nie weźmiemy we własne ręce sprawy wybitnych dzieł piśmiennictwa polskiego, godnych przełożenia na język francuski, to tego nikt za nas nie uczyni. Nie idzie tu bynajmniej o to, ażeby sobą świecić po niechętnych nam rynkach, lecz o to, żeby do skarbca powszechnoludzkiej kultury wnieść to, co w naszym skarbcu leży od dawna w ukryciu.

W pewnym piśmie, zaprzątniętym sprawą reformy raperswilskiego Muzeum, wyraziłem był myśl, że tego rodzaju instytucja już od dawna istniejąca, jak Raperswil właśnie — a jak dodam obecnie: przede wszystkim Biblioteka Polska w Paryżu — powinna by udzielić protektoratu, zasiłku i pomocy dla prac, o których tu mowa. Jeżeli zaś te instytucje ze względów natury materialnej, technicznej czy ustawowej nie mogłyby wziąć na siebie całego brzemienia wyboru, dokonania i wydania przekładów rzeczy polskich, to sądzę, że i w tym wypadku nie należałoby podjętej inicjatywy zaniechać.

Nasuwają się tu oczywiście dwa najważniejsze zagadnienia: zagadnienie kosztów i sprawa wyboru dzieł przeznaczonych do tłumaczenia.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pieniądz polski, który by włożony został w przedsięwzięcie przekładów, jest jakby wyrzucony na zewnątrz, gdy tyle potrzeb czeka nas w kraju. Lecz dziś coraz częściej i coraz szerzej otwiera się sakiewka osobista na zaspokojenie potrzeb publicznych. Skoro zaś ujawniona zostanie potrzeba wydania przekładów i skoro stanie przed społeczeństwem, znajdzie na pewno mecenasów, którzy umożliwią jej zrealizowanie.

Druga sprawa — to wybór dzieł. I ta jest nierównie trudniejsza. Nie możemy bowiem odsłonić światu Montaigne'a ani Pascala, a nie należałoby odsłaniać naszych ran, potrząsać dzisiejszymi łachmanami, ukazywać łez ani puszyć się dawnym przepychem. Wydaje mi się również, że nie polityczne nasze położenie winno być prezentowane, gdyż to zawsze będzie prośbą o współczucie, wyrachowaniem na jakiś datek lub zabiegiem o pociechę. Należałoby raczej ukazać w przekładach to tylko, co stanowi nasz kręgosłup, rdzeń naszej siły.

Jeżeli wolno mi tutaj wyrazić myśl — raczej marzenie — to należałoby wydać: Kochanowskiego, Skargę, Modrzewskiego, Staszica, Trentowskiego, Libelta, Lelewela, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, arcydzieło nowożytnej literatury polskiej: Adolfa Dygasińskiego Gody życia i arcydzieło krytyki polskiej: studium o Matejce Stanisława Witkiewicza. Zresztą sprawa wyboru — to rzecz nie moja, lecz tych pierwszorzędnych umysłów w Polsce, które ją stokroć lepiej skonstruują.

Racz przyjąć, Wielce Szanowny Panie, wyrazy najszczerszego szacunku, z jakim pozostaję, sługa powolny

Ś. Żeromski.

Paryż, dn. 4 XI 1911