<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Z greckich podań
Pochodzenie Stare obrazki
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1888
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Z GRECKICH PODAŃ.
Wiele zim i wiosen, mnóztwo dni i nocy upłynęło, odkąd statek, uwożący świętości Troi i garść ocalałych jéj synów, po morzach szerokich wiódł nieskończoną wędrówkę, a krótkie spoczynki znajdował w bezludnych przystaniach. Ale nigdy jeszcze Eneasz i wierni towarzysze jego nie zaznali trwogi tak wielkiéj, jak gdy, po morzu Egejskiém żeglując, ujrzeli wybuchającą Etnę.

Wieść niosła, że tą górą gniew bogów przytłoczył zbuntowanego przeciw nim Tytana, i że, przez to brzemię nawet nieskruszony, Encelades łonem ziemi wstrząsał i na jéj powierzchnią rzucał ogniste oddechy. Inni utrzymywali, że w otchłani wulkanu mieści się kuźnia Hefaistosa, w któréj ten kowal bogów, z pomocą Cyklopów, kuje gromy dla Zeusa i zbroje dla bohaterów. Ale na wątłéj łupinie, przez bałwany morskie to pod same obłoki wznoszonéj, to pogrążonéj w wodne przepaście w pomroku nocy, w chmurach dymu i popiołu, w huku skał, których odłamy, jak rozgorzałe pociski, o same gwiazdy zdawały się uderzać, Trojanie, po tysiąc razy coraz inne oblicze śmierci spostrzegając, wielkiemi głosy zapytywali bogów: czemu, gdy Troja runęła w gruzy, im jednym, im nieszczęsnym żyć jeszcze wypadło? Blade téż były ich czoła i członki drżące od śmiertelnego znużenia i strachu, kiedy jutrzenka, różowe palce podniosłszy nad światem, zmroki rozpędzać i morze uciszać zaczęła. Z powracającym na świat spokojem im spokój nie wrócił. Cóż, że jedne ominęli groźby, skoro czeka ich mnóztwo innych? Cóż, że do przyrzeczonéj Hesperyi część drogi przebyli, skoro ona jeszcze daleka, niepewna? Więc, jak człowiek, który na łożu boleści pamięcią wraca do piérwszéj — przyczyny swych cierpień, — pamięcią, gniewem, żalem, nienawiścią, wrócili oni ku źródłu swych nieszczęść. Od szczytu masztu, na którym majtek zniechęconemi dłońmi spajał porwane wiązadła, do dna okrętu, gdzie robotnicy toporem i piłą naprawiali poniesione szkody; od czterech rzędów silnych wioślarzy, w których dłoniach dziś drżały wiosła, do niewiast i dzieci, spłakanym szeregiem obsiadujących krawędzie statku, wzbił się krzyk jeden:
— Przekleństwo Grekom! Przekleństwo tym, przez których, jak wyrzucone z gniazda pisklęta, bez macierzystéj piersi jesteśmy! Przekleństwo tym, którzy, jak wicher w głębiny puszczy, w szczęśliwe mury nasze wnieśli zagładę, a hufce naszych rycerzy zagnali w otchłanie Hadu, jak w szczeliny ziemi stopa przechodnia gna drobne robactwo! Przekleństwo tym, przez których od głodu kurczą się nam wnętrzności, mózg przepalają skwary, dusze w męczarniach tają; przez których od łez zczerniały lica niewiast trojańskich, a mężowie trojańscy poznali — co trwoga! Przekleństwo Grekom!
Tak płakał, wyrzekał, wył okręt z podartym żaglem w tę i owę stronę błądzący po coraz gładszém, cichszem, od świateł jutrzeńki różowém, morzu Egejskiém. Tylko rycerze, stalą okryci, hełmy na oczy spuściwszy, milczeli i stali rzędem bezsilnych w sile swéj posągów. Im nie uchodziły skargi i złorzeczenia głośne, lecz skargą i złorzeczeniem, straszniejszém nad tamte, były zsiniałe ich wargi i dłonie, u rękojeści mieczów skurczone.
Wtém spostrzeżono ląd.
— Cyklady! — zawołał sternik, doświadczony po morzach wędrowiec.
— Tenos! — zawtórzył stary Anchizes.
— Z wysp cyklopowych najdziksza, od gęstych puszcz ciemna, czołami skał zjeżona! Oprócz niedźwiedzi i dzikich bawołów, Polifema, z Cyklopów najokrutniejszego, i niezliczonych jego owiec, nie przebywa tu nikt z żyjących.
Jakto nikt? A otóż dochodzi od niéj dźwięk ludzkiego głosu i do człowieka podobna istota ukazuje się na jéj brzegu.
— Ratujcie! — wola — zabierzcie mię z sobą, kimkolwiek jesteście, ludźmi będąc ulitujcie się nad człowiekiem!
Był-że to człowiek? Zczerniałéj skóry jego ukryć nie mogły cierniami głogów spojone, łachmany, a z kości nędza mu uczyniła wypukłą i ostrą rzeźbę. Włosy zjeżone, z liśćmi dzikich bluszczów i badylami uschłych ziół zmieszane, do zwierzęcia o dziko wzrastającéj grzywie czyniły go podobnym; zwierzęcemi téż wydawały się jego gibkie i wystraszone skoki, gdy, to jak spragniony jeleń ku źródłu, ku liżącym ląd falom przybiegał, to na okręt, ku któremu przecież błagalne wyciągał ramiona, bacznie spojrzawszy, cofał się z trwogą, i do skały, jakby w czeluściach jéj zniknąć pragnął, obnażonemi plecy przypadał, to znowu, nieprzepartą mocą popychany, na przód biegł i wołał:
— Biada mi! kim jesteście — poznaję! Czerwienią krwawą świecą mi wasze frygijskie czapki! Wyście Trojanie, lecz wyście i ludzie, a ludźmi będąc, ulitujcie się nad człowiekiem!
Na statku znowu się podniósł krzyk, w którym jedno tylko słychać było imię:
— Grek! Grek! to Grek!
Lecz on już płynął ku okrętowi, na którym wschodzące słońce rozpłomieniało czerwoność czapek frygijskich, — płynął, do krawędzi jego rękoma uczepiony, dźwignął się w górę, ukląkł, ramiona chude, nagie, zczerniałe, nad pochyloną głową swą wyciągnął, i wśród na-poły obnażonych mieczy, wśród twarzy gniewem i groźbą ziejących, przemawiać zaczął:
— Grekiem jestem, o Trojanie, i przeciw wam walcząc, do Hadesu strąciłem niejednego z obrońców Pergamu. Daremnie-bym to zatajał, bo ród mój z mowy méj poznajecie, a gdy tchórzowstwo do nienawiści waszéj dołączyło-by pogardę, odwaga może zjednać mi szacunek i nienawiść zmniejszy. Lecz, o wrogowie! to wam także powiedziéć muszę, żem nie był z tych, którzy rządzą światem i mordy narodów dyktują. Achameides mi na imię, a plemię moje, od najdawniejszych czasów, orało ziemię i pasało trzody w Ulissesowém Królestwie. Wśród żyznych pól Itaki stała nasza chata, u któréj progu ojciec mój, Hyles, każdego ranka glinianym larom składał ofiary z garści żyta i grudki białego miodu. Ocieniał ją gaj dębowy, w którym moja matka żołędzie dla trzody zbierała, a po zielonéj łące wił się zdrój przejrzysty, do którego me siostry po wodę chodziły, w powrocie jedną ręką dzbany na głowach niosąc, a drugą u piersi trzymając pęki zerwanych narcyzów. O nizkie ciemne, na-pół spróchniałe ściany mojéj chaty! o, siwa głowo ojca! łagodne oblicze matki! dziewicze sióstr mych postacie! O, gaju, w którego głębiach tak miękkie rosły murawy! strumieniu srebrny, nad którym w miesięczne noce zielone Dryady splatały taneczne koła! i wy, ubogie krosna mojéj matki, i wy, białe gołębie sióstr moich, i ty, Mopsusie, wierny stróżu chaty! jakżem dziś od was daleki! Na wojnę Ulisses młodzież Itacką wołał. On, wódz, król, ciał, trzód i woli naszéj pan! Podwójne ofiary ojciec złożył larom, matka łzami oblała mi głowę, siostry na rozpuszczone włosy załamane dłonie zarzuciły, Mopsus szedł za mną długo, daleko, aż miłośnie językiem ręki méj dotknąwszy, z pyskiem zwieszonym do chaty powrócił... Dziesięć lat pod murami Troi spędziłem, a po wojnie, pomyślnie dla Greków skończonéj, Ulisses, płynąc tędy, wypadkiem mnie samego na dzikiéj téj wyspie zostawił. Spragniony strumienia, czy stawu szukając, odszedłem daleko, a kiedym do brzegu wrócił, już tylko ich żagle, jak w oddaleniu znikające szczęście, na skraju niebios bielały. Bogowie! czy ludzkim ustom daliście słowa, któremi opowiedziéć mógłbym rozpacz moję ówczesną i męki późniejsze, i to wszystko, co mię dziś, o, Trojanie! w moc waszę oddaje? Nie wiem już, ile razy wóz słońca obiegł sklepienie nieba i opadały mię zmroki nocy, odkąd tu jestem; wiem tylko, że trwa to długo, o Trojanie, jakże długo! Jaskinia, w skale przez morze wykuta, jest mojém mieszkaniem, a pożywieniem korzenie ziół i dzikie jagody. Ludzkiego głosu spragniony, słyszę we dnie i w nocy ryk niedźwiedzi, krakanie kruków, pisk jastrzębi i tentent bawolich kopyt. Do ognia, jak zziębłe dziecię do ciepłéj piersi matki, tęskniący, widzę go tylko w gromach, któremi Zeus te wody bez granic i te skały, chmur sięgające, uderza. Tak wielką jednak mocą bogowie śmiertelnika z życiem połączyli, żem nie pogrążył się w te wody, ani głowy pod gromy te nie wystawił. Żyć chcę, chcę jeszcze z ziemi ssać jéj słodkie soki; chcę do Itaki powrócić i pójść tą ścieżką, która wśród zbóż i mirtów do naszéj chaty prowadzi. O, ludzie, żem Grek, zapomnijcie! Myślcie, żem dziecię, któremu przeznaczenie usta od ojczystéj ziemi oderwało. Z tego miejsca katuszy uwieźcie mię ku zaludnionym brzegom, a do stóp wam padłszy, błogosławić będę wspomnienie Troi, która wielkich zrodziła synów!...
Rzekł i, wzroku nie odrywając od ziemi, z ramiony wyciągniętemi nad głową, czekał, czy na nią ostrza mieczów spadną, czy spłyną słowa litości.
Gwar powstał wielki, lecz słów litości słychać w nim nie było. Wioślarze wiosła, niewiasty ręce, a rycerze miecze podnieśli.
— Zapomniéć! żeś Grek zapomniéć! — wołał mężny Lelex; — tak dziwnéj prośby żaden z bogów nawet nie słyszał! Gdyby te sępy, które wnętrzności Prometeusza szarpały, dzioby swe wbiły mi w czaszkę, jeszcze-by z niéj wygryźć nie mogły pamięci o tém, com winien Grekom.
Pelagon ponury, ten, którego usta, od piérwszéj minuty tułactwa, uśmiechem nie okrasiły się ani razu, teraz śmiał się na całe gardło.
— Ojczysta ziemia! słuchajcie! słuchajcie! on, przed synami Troi, żale swe za ojczystą ziemią wywodzi! A gdzież jest, Greku, nasza ojczyzna? Kiedy tym mieczem gardło ci rozporę, z krwią mi wypluniesz odpowiedź: gdzie Trojan ojczyzna?
Silny Eupalamon już się był rzucił ku nędznemu gościowi statku, lecz krok i ramię powstrzymał, chcąc wprzód z nim poigrać. Więc z kornemi ukłony zapytywać go zaczął: jaka zmienność przeznaczenia, jaka niełaska bogów sprawiła, że syn zwycięzkiéj Itaki, potężnego Ulissesa żołnierz, o gościnę i wybawienie błaga nędznych, wzgardzonych tułaczy? A gdy Eupalamon tak żartował, piękny Amintor, o płowych włosach i dziecięcéj twarzy, od przedwczesnéj nienawiści gorejąc cały, do ziemi przysiadał, palce wyciągał, psiemi imiony Greka ku sobie przyzywał, a potém krzyknął, że siedmiu braci pies ten mu pożarł i, blade lica w dłonie ukrywszy, takim zawył płaczém, od którego serca śmiertelnych pękają. Co słysząc Panopeusz, z tkliwéj przyjaźni dla Amintora znany, błyskawicę z miecza nad klęczącym skrzesał i piérwszy zawołał:
— Śmierć Grekowi!
— Śmierć mu! — powtórzyli Testias, Arkas i Hipokoon; — wilka tego, który w nasze dostał się ręce, w ofierze cieniom Hektora zarżnijmy!
Ale inni, zawziętsi, może srożéj cierpiący, wykonanie wyroku zwlekali, bo, roztrącając miecze, towarzyszy, dla greckiego przybłędy żądali śmierci także, lecz nierychłéj, powolnéj, srogiéj. Nawet Eneasz, o wzniosłém sercu, tych, których był wodzem, nie powściągał, i słyszały fale morskie, skały Cyklad i Etnę owijające dymy, kiedy potężnym głosem swym zawołał:
— Śmierć Grekowi!
Wtem za oszalałymi ozwał się głos:
— Stójcie! Na bogów, dłonie i miecze wstrzymajcie! Anchizes mówi!
Był to głos drżący, słaby, głos, którego siłę pochłonęły trudy i lata; jednak, usłyszeli go wszyscy i, z podniesionemi rękami, wiosłami, mieczami, stanęli wszyscy rzędem milczącym i sfornym. Gdy tak stawali, odsłonili ołtarz, który na okręcie lśnił nikłym płomykiem ofiarnym, a u ołtarza stojącego starca, którego biała chlamida mniéj była białą od długich, falistych włosów.
Jak w ciszy, następującéj po burzy, szemrzą liście, przez lekkie wiatry kołysane, tak na okręcie, po wrzawie rozgłośnéj, zaszemrzał szept:
— Anchizes mówi!
I Eneasz, który starca tego z pożogi i rzezi na własnych wyniósł ramionach, okiem wodza po towarzyszach powiódł, na znak milczenia i czci powtarzając:
— Anchizes mówi!
Ale Anchizes jeszcze nie mówił; w milczeniu na przód postąpił, głowy przybysza palcami dotknął i, wzrokiem za sobą iść mu rozkazawszy, ku ołtarzowi go powiódł. Tu, gdy ramiona gościa, na znak błagania, objęły stopy domowych bóztw trojańskich, dłoń nad nim wyciągnął i wyrzekł:
— Trojańskim bogom w opiekę oddaję tego wroga Troi!
Ojcu Eneasza, ostatniéj odrośli Pryamowego rodu, ulubieńcowi bozkiéj Afrodyty, nikt tu sprzeciwić się nie śmiał; lecz zdziwienie bez granic otwarło wszystkie usta, a do wnętrzy wepchnięta wściekłość płonęła w oczach i szumiała w głośnych oddechach.
Na ustach zaś Anchizesa spoczywał uśmiech, tylko dzieciństwu i głębokiéj starości właściwy: niewinny, łagodny i cichy. Dziecię uśmiecha się tak, bo nie grzeszyło jeszcze i nie widziało grzechu; starzec, bo winy cierpieniem opłacił i źródła win poznał. Z tym uśmiechem na zwiędłych ustach, Anchizes przemówił:
— Gdym Greka tego na statku naszym ujrzał, i groźby, przez was na niego miotane, usłyszał, wróciła mi do pamięci zagadka, którą raz, kiedym chłopięciem był jeszcze, dziad mój, Laomedon, gości swych zabawiał. Przy uczcie siedzieliśmy wszyscy, a choć huczna wesołość rozpierała zrazu ściany pałacu, po pieśni, którą na żądanie wodza wyśpiewał ślepy lirnik, zamknęły się nam usta i głowy na piersi opadły. Ślepiec był natchniony, a pieśń jego smutna opowiadała o klęskach, znojach, zgonach, któremi bogowie nawiedzili dawno zgasłe pokolenie. Piérwszy Ilos, sławny wódz Dardanów, głowę, którą po stokroć wieńczyły wawrzyny, podniósł i rzekł: „Czegoż się smucimy? Jakaż jest moc, która w pomyślności płakać nam każe nad mękami dawno pomarłych?” A Kitoz, z zapalczywości znany, zawołał: „I nie naszego-to rodu strapienia ślepiec ten opiewał; owszem, wrogów to naszych żałobną opiewał historyą! Więc cieszmy się raczéj, że bogowie pomścili krzywdy, przez nich pradziadom naszym zadane!” Rzekł, ale nie cieszył się wcale, i choć ku czarze rękę posunął, wnet ją opuścił, w ciężką wpadając zadumę. Tu mądry Alkmanen, tym razem przecież sprzeczności własnych i Kilosowych pojąć niemogący, przed Laomedonem czoło pochylił: „Najstarszy laty i najwyższy chwalą z pomiędzy nas, Laomedonie, wytłumacz nam, dlaczego żywych zasmuca smutek pomarłych, obecnych bolą bóle oddalonych i wrogom nawet łzy cieką z oczu na odgłos strasznych przeznaczeń wrogów?” Z Alkmanem wszyscy — wodzowie, rycerze, zaledwie dorosłe chłopięta, — zgodnie powtórzyli: „wytłumacz nam, Laomedonie!” Laomedon dla ucieszenia swych gości powiedział wówczas zagadkę, któréj, Trojanie z ust moich dziś wysłuchajcie.
Tu Anchizes wzrok, dotąd w powietrzne przestrzenie utkwiony, ku obecnym zwrócił, a widząc, że ciekawém i nieruchomém otaczają go kołem, znów mówić zaczął:
— Bogowie, tworząc ten świat, sprawili, że wszystko, co na ziemi i niebie istnieje, śmiertelnych rozdziela i różni. Rozdzielają ich lądy i morza, czasy i przestrzenie, cnoty i winy, bogactwo i nędza, gieniusz i głupota; rozdzielają ich linie postaci i rysy oblicz, zamiary głów, krwi wybuchy i serc pożądania. Różnią ich barwy, z których jednę każdy nad inne wynosi, i nawet bogowie, z których jednemu każdy chętniéj, niż innym, cześć święci; różnią ich zboża, które wszyscy największemi garściami rwać usiłują, kwiaty, po które schylają się wszyscy, zwycięztwa z których każdy największy zysk mieć pragnie i klęski, których brzemiona każdy z siebie chce zwalić na innych; różnią ich: głód i sytość, rozpacz i nadzieja, waga i miara, myśl i mowa. A w tym powszechnym rozdziale śmiertelnych, który ich po przestrzeni i czasie rozsiewa, nakształt piasku o ziarnach poosobno lecących w otchłań; w tém poróżnieniu, które podobnymi ich czyni do ptaków Memnona, rodzących się po to, by w bratobójczéj walce ród swój wytępić, — jest jedno łoże, na którém spoczywają wszyscy, jeden potok, z którego wszyscy piją, jeden kwiat, który wszyscy zrywają, i jedno pieczywo, z którego pożywają we wszystkich czasach i miejscach. Jest to węzeł — mówił Laomedon — który sprawia, że żywych zasmuca smutek pomarłych, obecnych bolą bóle oddalonych, wrogowie nawet łzy przelewają na odgłos strasznych przeznaczeń wrogów. Tak mówił Laomedon, a ode mnie usłyszycie, Trojanie, że ten-to węzeł, tajemniczy a święty, dziś Greka tego przed mieczami waszemi osłania!
Skończył. Na ołtarzu gorejący płomyk ofiarny złotawe blaski kładł mu na brózdy oblicza; u stóp ołtarza klęczący Achameides czekał, czy z mowy starca wypadnie mu zguba, lub łaska. Trojanie milczeli. Nie rozumieli zagadki. Nawet Eneasz o wzniosłém sercu rozwiązać jéj nie potrafił, i najśmielszy z towarzyszy, chociaż przed ojcem pokorny, spuszczając powieki, prosił:
— Powiedz nam, wielki, jak zwie się to łoże, ten potok, ten kwiat i to pieczywo, wszystkim śmiertelnym wspólne, a tajemniczym i świętym węzłem dziś tego Greka osłaniające przed trojańskiemi mieczami?
Anchizes rzekł:
— Cierpienie.
Zrozumieli. Wioślarze wiosła, niewiasty ręce, rycerze miecze w dół opuścili, a wkrótce na okręcie z naprawionym żaglem, po cichych błękitach morza szybującym, nieszczęśliwi Trojanie ku zaludnionym brzegom uwozili nieszczęśliwego Greka.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.