<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Z wystawy w Wiedniu
Podtytuł V
Pochodzenie Pisma ulotne (1873-1874)
Wydawca Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Data wyd. 1906
Druk Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom LXXVIII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Z wystawy w Wiedniu.

V.

Niełatwe to zadanie opisywać budynki, rozrzucone na półmilowej przestrzeni, którą zajmuje wystawa wiedeńska. Żeby już wszystkie były skończone i otwarte, możnaby zacząć od numeru pierwszego i tak przejść pomału wszystkie, których jest sto kilkanaście, lecz chociaż już połowa lipca się zbliża, bardzo wiele jeszcze jest niegotowych, jeżeli nie zewnątrz, to w środku. Niektóre domki są w tym dopiero stanie, w jakim powinny były być już w końcu marca. Doprawdy dziwić się trzeba, że tyle pieniędzy ludzie łożą, tyle pracy poświęcają, aby światu pokazać przez trzy miesiące to, nad czem pół roku usilnie pracowali od rana do późnej nocy! Willa perska naprzykład, chociaż z największą starannością przy niej pracują, przecież wątpię, aby na przyjazd szacha mogła być skończoną. Tu zaś idzie już o głowę, bo król królów nie żartuje, leniwych lub nieposłusznych zaraz na lepszy świat wyprawiając. Egipt króluje nad całym placem wystawy wielkością i elegancyą swego budynku. Khediwe pobił wszystkich swych współzawodników, nikt z nim porównania nie wytrzyma; ale i tu, chociaż już mularze skończyli, jeszcze wewnątrz nie wszystko gotowe. Pawilon hiszpański ledwie do połowy postąpił. Altana, mająca mieścić w sobie skarbiec sułtański, stoi wprawdzie, ale Turcy nie mogą sobie dobrać stosownego na nią koloru, bo już trzecim kolorem ją powłóczą. Pawilon dziecinny skończony, ale uczeni, którzy podjęli się go przybrać, sami nie wiedząc, czem go mają zapełnić, ociągają otwarcie. Szkoła austryacka, dom kasy oszczędności i ze dwadzieścia innych, znanego lub nieznanego przeznaczenia, stoją jeszcze niegotowe. Bieganie więc i szukanie, aby coś skończonego opisać, przy tegorocznej, tak niestałej pogodzie, jednego dnia brodząc w mokrym szabrze po kostki, drugiego topniejąc od gorąca na pozbawionym swych cienistych drzew placu, jest nader utrudzającem zajęciem. Wszechwładny pan wystawy, baron Schwarz-Seenborn, nie zważając na przedstawienia, a nawet prośby, kazał setki drzew wyciąć, aby tylko wystawa mogła na jaknajwiększej przestrzeni się rozsiąść. Dopiął też swego celu, bo miejsce, jakie zajmuje, jest siedm razy większe, niż paryski Champ de Mars, na którym była wystawa 1867 r. Zdaje mi się, że można było efekt mieć ten sam, zostawiając dużo wolnego miejsca koło pałacu Przemysłowego, którego w samej rzeczy potrzebuje, aby mógł się dobrze wydać; inne zaś budynki bliżej siebie skupić i tym sposobem ułatwić ich zwiedzanie i tak już zamęczonym wielkością głównego gmachu podróżnym. Zachowałoby się Wiedniowi połowę wyciętych drzew, których brak dobrze się po skończonej wystawie da uczuć, a których sława „największej wystawy“, nie zastąpi. Żadne miasto nie mogło się pochwalić takim ogrodem, czyli lasem, jak był Prater; był on na wiosnę rodzajem „Corso“ dla klas zamożniejszych, dla mniej zamożnych ucieczką i schronieniem wśród letnich upałów, gdzie w cieniu kilkowiekowych drzew całe rodziny dnie świąteczne przepędzały. Było się w lesie, a przecież w mieście; dziś jest Prater zregulowany, ozdobiony, śliczny; ale gdy na rok przyszły z owych ozdób pozostanie tylko kilka kawiarni i rotunda, wtedy niejeden z tutejszych mieszkańców złorzeczyć będzie tym, którzy go takiej przyjemności pozbawili, bez koniecznej potrzeby.
Jedną z ozdób wystawy jest turecka studnia Zofii czyli Achineta, stoi ona w najładniejszem miejscu, między pałacem Przemysłowym i Kunst Halle czyli wystawą sztuk pięknych. Na małem podwyższeniu, po obu jej stronach śliczne trawniki z wodotryskami, z widokiem w lewo na budynki gospodarczego wydziału, w prawo na oddział egipski. Studnia Achmeta należy do ozdób Stambułu, tu starano się ją wiernie naśladować. Jest to elegancki budynek, z bogato złoconemi ścianami, na których doskonale odbijają się arabeski w wypukłorzeźbie. Nad loggiami temi, na polu jasno-zielonem jest wokoło napis złoty w tureckim języku tej treści, że każdy przechodzień powinien tu wstąpić, duszę swą pokrzepić i Allaha chwalić, bo od niego początek bierze. Pod szeroko wystający dach, na ładnych słupkach oparty, można się w samej rzeczy schronić przed słońcem i odpocząć; wewnątrz pokryte są ściany wschodnią materyą, na podłodze leżą ładne dywany, wokoło nizkie otomany zachęcają do miłego dolce farniente. Dach zdobi pięć ładnych kopułek. Z dwóch boków zewnątrz płynie woda na duże konchy.
Przeszedłszy most, dzielący nas od najstarszej części Prateru, widzimy bardzo ładne, z wielką starannością obrobione i ozdobione zabudowanie rosyjskiego kmiecia. Jak też miło byłoby na tym świecie, gdybyśmy kiedyś dojść do tego mogli, żeby całe wsie złożone były z takich chat! Jakiś pan Gromow, milionowy handlarz drzewa z Petersburga, swoim kosztem to zabudowanie wystawił, co go tu na miejscu 30 tys. rub. kosztować miało, i czemu zresztą wierzyć łatwo, bo nie tylko że jest dużo wyrzynanych ozdób, ale tak zewnątrz, jak wewnątrz, drzewo napuszczane olejem świeci się, jak politurowane.
Wchodząc przez bramę na dziedziniec, na lewo widzimy śpichlerzyk, na prawo dom główny o piętrze z gankami, od domu dwie strony dziedzińca formują schowania na wozy, pługi i inne narzędzia, kończy czworobok domek z młynkiem do czyszczenia zboża. Jedno tylko zarzucić można temu, pod każdym względem pięknemu okazowi, że za mało ubrano go w sprzęty domowe. Komnata, zwana gościnną, ma dokoła ścian wielkie ławy i jeden stół tylko, dwie półeczki z kilkoma misami, piec i samowar. Wiemy przecież, że u zamożniejszego chłopa rosyjskiego więcej się rzeczy w domu znajduje.
Inaczej to pojęli mieszkańcy Vorarlberga; wystawili dom o piętrze drewniany, ściany pokryte gontami formy karpiej łuski, ganki ślicznie wyrzynane, jest to cacko od ulicy, w środku zaś urządzili go tak, jak wszystkie ich domy w Ischl, Meran, i t. d. Jest kilku Tyrolczyków, którzy domek zamieszkują, dziewczęta haftują, gotują, słowem, są jak u siebie. Kuchnie ich mogłyby służyć za wzór nie wiejskim kuchniom, ale naszym panom budowniczym, którzy nie grzeszą praktycznością w urządzaniu miejskich mieszkań. U nich ma się zupełnie wrażenie, że się jest nie na wystawie, ale w ich kraju. Jest to prawdziwym celem wystawy przenosić nas w coraz to inne strony, co jednak nie wszyscy wystawcy pojęli.
Dom alzacki bardzo dobre daje wyobrażenie o zabudowaniach wiejskiego ludu w tamtym kraju. Zajmuje on duży czworobok; budowy z dwóch stron o piętrze, z pruskiego muru łączy stodoła, której tu użyto na wystawę drzewa i innych płodów tej prowincyi. Zamyka czworobok ten wysoki mur z bramą, około której różne przysłowia alzackie wypisane. W zabudowaniu tem jest traktyernia czysto niemiecka, w której samych tylko niemieckich potraw dostać można. Niedaleko jest tak zwany dom tyrolski, także traktyernia.
W tej okolicy jest bardzo dużo do widzenia, lecz opis tych domów, domków, pawilonów zostawiam specyalistom, którzy dział maszyn, narzędzi rolniczych i agronomiczne okazy opisywać będą. Nadmienić tylko muszę, że pawilony książąt Coburga i Schwarcenberga odznaczają się dobrym smakiem co do budowy i przewybornem przedstawieniem wszystkich okazów z tych dóbr ogromnych.
Ciekawą do zwiedzenia jest Kost-Halle, gdzie można różnych dobrych rzeczy dość tanio skosztować. Obok win szampańskich znajdują się piwa czeskie, obok sławnej czekolady kolońskiej jeszcze sławniejsze wędliny i ryby z Hamburga, włoski Maraschino, wódki holenderskie, andruty karlsbadzkie, wina portugalskie, węgierskie, reńskie i t. p. Spotkać też tam zawsze można smakoszów, kosztujących z wielkiem namaszczeniem tych napoi, i ludzi praktycznych, którzy taniej się tam pożywić mogą, jak w innych restauracyach. Przeszedłszy znów w stronę węgierskiego kościoła, który teraz napełniony jest okazami drzewa i drewnianymi wyrobami, spotykamy mały kościółek, cały obity gontami z blachy; mieści on w sobie wyroby kościelne. Widzimy tam piękne ornaty, grubo złotem i jedwabiami haftowane, stuły, komże, monstrancye, kielichy, słowem, wszystko, co tylko do odprawienia nabożeństwa jest potrzebnem.
Minąwszy domki, już wpierw opisane, znajdziemy się na folwarku szwedzkim. Dla odmiany nie idziemy najprzód do domu, ładny on jest, choć drewniany, z gankami na dole i piętrze, i mieści w sobie dobrą kawiarnię, w której usługują szwedzkie dziewczęta, ale idziemy do obory. Jakaż bo to tu obora! Widząc ją, ma się ochotę mieszkać na wsi i zawzięcie gospodarować; gdyby jeszcze do tego mieć zawsze taką pszenicę, jak wystawiona w egipskim oddziale! Każda dama w stroju balowym może spacerować po tej oborze, bez obawy nie już zawalania się, ale nawet przesiąknięcia sukni stajennym odorem, który w pokoju lub salonie wcale miłym nie jest. Zbudowana w podkowę niby, z wielką liczbą półokrągłych okien, obora ta ma tak doskonałą wentylacyę, że chociaż prawie wszystkie okna i drzwi otwarte, nigdzie niema przeciągu, a nie razi woń stajenna. Żłoby do środka zwrócone są, niektóre z cegieł, inne kamienne, inne znów z cementu, krów tu jest 48, 16 ras, z każdej po trzy. Z Galicyi są z dóbr barona Romaszkana, rasy podolskiej, siwe.
Z willi marokańskiej w miniaturze, niedawno otwartej, możemy sobie zrobić wyobrażenie o tamtejszem życiu i zwyczajach. P. Schmidt konsul austryacki w Marokko, wystawił ją swoim kosztem; nie możemy więc wymagać od człowieka prywatnego rzeczy zbytkownych. Jest to ładny mały domek w ogródku, przez który prowadzi do wejścia ścieżka z kamyczków, w mozajkę ułożonych; wewnątrz domu ściany i sufity są pokryte ślicznymi drewnianymi ornamentami w ściśle marokańskim guście, podłoga z kolorowych kafli. Wchodzi się przez małą sień, w której na lewo miednica przy ścianie z ciągle cieknącą wodą do obmywania rąk; na prawo ławka dla służby. Stamtąd wchodzi się do „Maghard“, dziedzińca z małą fontanną; po jego prawej stronie jest otwarty pokój „Mandurah“, gdzie się zwykle gości przyjmuje. Wewnątrz jest Salamlik, salon z alkową czyli sypialnia gospodarstwa, dalej pokój służącej i łazienka. Wszystko, co do ozdoby tej willi służy: dywany, maty, sofy, naczynia, lampy, itd. są prawdziwe marokańskie.
Zakończymy dzisiejszy list tem, co podług nas jest najpiękniejszem i największą przestrzeń zajmuje, t. j. zabudowaniami egipskiemi. Wicekról tak tu, jak zwykle, pokazał się prawdziwie wielkim panem, a powinszować mu można, że zawsze umie sobie ludzi zdolnych dobierać, którzy jego rozkazy wykonywują lepiej, staranniej i rozumniej, niż bardzo wielu komisarzy państw europejskich. Są tylko dwa duże budynki; jeden mieści w sobie kilka różnorodnych budynków w jednej całości, drugi jest mieszkaniem starszego wsi egipskiej, czyli Szech el Beleth. Mamy w tych dwóch zabudowaniach i groby staro-egipskie, i dom zwykły, meczet i apartamenta prywatne Khediwa, które aczkolwiek zamknięte dla ogółu, nam się jednak otwarły, z pomocą kilku słów arabskich i jeszcze wymowniejszych srebrników. Zabudowanie wiejskie, naturalnie większe, niż zwykłe Fellahów lepianki, powinno być stawiane z cegieł ze szlamu nilowego; lecz w braku tychże, stawiono je z naszych cegieł, pomalowawszy na ciemno-popielato. Przy wejściu wita nas bardzo gościnny stary Fellah, prosząc, aby w jego domu być, jak w swoim własnym; drugi młody, ciemnej twarzy, o czarnych inteligentnych oczach i białych, jak śnieg, zębach, w fezie i długim, niebieskim po pięty surducie, służy nam za cicerona. Na dole są same stajnie; jest w nich para koni, trzy krów, trzy wielbłądy i z dziesięć osiełków, które najbardziej zajmują. Są daleko mniejsze od naszych, zgrabniejsze, a tak wytrwałe, że są w stanie cały dzień wytrzymać pod jeźdźcem bez żadnego popasu.
W stajni są piękne czapraki aksamitne, bogato haftowane; na piętrze jest mieszkanie dla całej rodziny; umeblowanie arcyskromne, bo maty na ziemi i kilka półeczek z naczyniami stanowią wszystko. W dwóch wieżyczkach narożnych mieści się 300 gołębi. Przeszedłszy przez dziedziniec, gdzie dużo klombów z dziwnego rodzaju roślinami, wchodzimy do głównego zabudowania. W jednym z narożników przedstawił nam profesor Brugsch, komisarz egipski, grób Beni Hassana. Nie należy on wprawdzie do najdawniejszych zabytków, jak np. piramida Cefon, lecz wybrał go dlatego, że można go było w tej samej wielkości przedstawić, jak oryginał. Grób ten jest w skale wykuty, ozdobiony ciekawemi bardzo dla archeologów malowaniami, z przodu podparty dwoma słupami. Malowania te są bardzo starannie kopiowane, oryginały zaś datują od 2100 lat przed N. Ch. Widzimy tam wjazd Hyksosa czyli króla pasterzy w kraju Mirra, różne obrządki, wjazdy tryumfalne, obchody świąteczne i t. d. Budynek cały podzielony na trzy części, meczet, kobiece pokoje, które, niestety, próżne stoją i zamiast pięknych dam egipskich, widzimy tylko brudne czeskie dziewczęta, myjące okna i apartamenta wice-króla.
Co do budowy, najpiękniejszą niezaprzeczenie częścią jest meczet; naśladuje on swoją cudowną kopułą i głównemi formami meczet Kejel-beja w Kairze; lecz co do dekoracyi wybrano motywa z najpiękniejszych meczetów egipskich. Wewnątrz jest zachwycającym; ponieważ oczy wiernych tylko w górę powinny być zwrócone, więc ściany są dość skromne; za to góra czyli sklepienie odznacza się mnóstwem najpiękniejszych ornamentów, arabesek i t. d. Bardzo ładnie jest także ozdobiona „Kiblak“, miejsce, gdzie karty Koranu chowają. Dach tej kopuły jest z cynku, z bardzo ładnymi ornamentami; składa się z 700 oddzielnych kawałków z fabryki Dienera w Wiedniu. W pokojach, dla kobiet przeznaczonych, widać po bokach pod oknami, których szyby są całkiem pokryte gęstemi wyrzynaniami z drzewa, sofy nizkie, pokryte materyą jedwabną w kwiaty, lub ze złotem przerabianą; na ścianach są półki z naczyniami, z wypchanymi ptaszkami etc. Przeszedłszy przez ganek w rodzaju werendy, wchodzi się do pokojów Khedywa. Pierwszy „Manderah“ czyli salon, ma ściany i sufit ozdobione arabeskami w kolorach: czerwonym, szafirowym i złotym. W miejscach, więcej na widok wystawionych, są piękne złote napisy w arabskim języku, witające gościa. Oprócz tego są jeszcze dwa piękne widoki freskowe Kautzkiego, przedstawiające Kair przy wieczornem oświetleniu i meczet „Maor-el-Kahirah“. Wokoło ścian są otomany z najpyszniejszych materyi wschodnich, przerabianych ze złotem; posadzka przykryta dywanami w najżywszych kolorach, na których jeszcze przed każdą sofką leżą osobne dywaniki. Oparłszy się na ładnej galeryjce, widzimy na dalszym dziedzińcu małą fontannę, wytryskającą z mozajkowego basenu, obstawionego kwiatami. Drugi pokój większy, w tym samym guście umeblowany, z tą różnicą, że na środku jest okrągła otomana z oparciem i prześlicznej roboty krzesło dla wice-króla, obite aksamitem i bardzo pięknie złotem haftowane. Jest jeszcze mały gabinet z marmurowym stołem, na którym złota miednica z nalewką stoi. Za tem przedpokój. Schody do tej części domu są oddzielne, pokryte dywanami. Zadziwił nas brak zupełny szaf, lecz przewodnik nasz otworzył kryte drzwi w ścianie, pokazując doskonałe schronienia, do których mieszkańcy na Wschodzie wszystkie swoje skarby i ubranie chowają. Zwiedzającym ten pałac polecamy przypatrzyć się drzwiom, robionym w Kairze; są one arcydziełem w swym rodzaju; składają się z tysiąca części, z drzewa niepoliturowanego, z ozdobami z kości słoniowej. Nie można także pominąć przewybornej kawy, jaką tu częstują; jest ona bez porównania lepszą od tureckiej; pije się ją z cukrem.
Służba wice-króla, jak dotąd, składa się najmniej z trzydziestu osób; widzimy tam rozmaite ciekawe typy; prostych Fellahów, Arabów, Murzynów w skromnych i bogatych strojach, stosownie do rangi, jaką zajmują, i po europejsku ubranych Egipcyan. Ponieważ już dwa razy miałem sposobność spędzić tam parę godzin, nie mogę im nie przyznać wielkiej uprzejmości. Są to z całego Wschodu najgrzeczniejsi ludzie, mający najwięcej europejskiej ogłady. Prawie bez wyjątku mówią wszyscy po francusku, niektórzy bardzo ładnie. Zabawny jest widok tej służby w długiem, szerokiem odzieniu i w szerokich pantoflach, roznoszący kawę i „czibuki“. Zewnątrz gmachu urządzono mały bazar i dwa warsztaty; w jednym Arab haftuje złotem czapki, kapczuchy i t. p.; w drugim robi młody fellah mozajkę z drzewa i perłowej muszli. Jeszcze raz zwracamy uwagę zwiedzających wystawę, aby nie żałowali czasu na szczegółowe zwiedzenie tych budynków; nie pożałują tego, bo mieć będą wrażenie, że są na dalekim Wschodzie.
Z kończących się domków warto wymienić szwedzki myśliwski pawilon, w którym różne wyroby są wystawione, jako to; koronki, hafty, płótna, stroje i t. d. Domek Hillera, fabrykanta grających zegarów i tabakierek, gdzie można nabyć mnóstwo drewnianych, ładnie wyrobionych rzeczy; szwajcarski dom drewniany z ozdobami i gankami, w najpiękniejsze desenie wyrzynanymi. Dom Kien‘a drewniany, z tarasem zamiast dachu i wieżyczką z balkonem, urządzony tak, że go składać i przewozić z miejsca na miejsce można; nakoniec jak na deser, pawilon francuskiego Towarzystwa przemysłowego, który wewnętrznem urządzeniem i umeblowaniem zaszczyt tylko Towarzystwu czynić może. Opisywać każdą rzecz zosobna jest niepodobieństwem, wszystko, co się tam znajduje, nosi na sobie piętno najlepszego smaku i wygórowanej elegancyi, której Francuzom największy nieprzyjaciel zaprzeczyć nie może.

Gazeta Polska.  № 156 z dnia 15 lipca 1873 roku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.