Zbrodnia (opowiadanie)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Zbrodnia
Pochodzenie Zbrodnia - zbiór opowiadań
Wydawca Antoni Lange
Data wyd. 1907
Druk Piotr Laskauer i Sp.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ZBRODNIA
Rozmawialiśmy o zbrodni, gdy Lucjan S., patrząc na nas swem nad wyraz łagodnem okiem, rzecze:

— I ja też popełniłem raz w życiu ciężką zbrodnię.
A gdyśmy ze zdumieniem słuchali tej rewelacji, opowiedział nam swoją „histoire d’un crime.“
— Więcej niż dwa lata temu, kiedy to skutkiem wojny japońskiej rozpoczęło się w całym kraju t. zw. w języku urzędowym „brożeńje“, pewnego razu o godzinie 10-ej wieczorem otrzymałem z Kaolina telegram następujący: — „Przyjeżdżaj natychmiast. Sprawa nie cierpiąca zwłoki. Julja“. To wezwanie Julji wstrząsnęło mną do głębi. Pisywaliśmy do siebie rzadko. Telegram oznaczał, że sprawa musiała przewyższać wszelką miarę codziennego konwenansu. Pewno jaka gwałtowna scena z mężem. Może trzeba go będzie zamordować; bywają w życiu takie sytuacje.
Jak wiecie, Julja Czerwieńcowa jest moją siostrą przyrodnią, a właściwie nawet i to nie; nie jest wcale moją krewną. Jest to córka mojej macochy, gdyż ojciec mój, owdowiawszy ożenił się z wdową dzietną. Miałem może szósty rok, kiedy Julja, jako dwuletnia dziewczynka weszła do naszego domu. Wychowywałem się z nią razem tak, żem ją uważał jak siostrę, a choć zdarzały się momenty, żem może dla niej żywił jakieś silniejsze uczucie, to jednak zawsze mię żenowała myśl o podobieństwie jakiegobądź ściślejszego z nią związku, który wydawał mi się niemal kazirodztwem. Ostatecznie mogłem się był z nią ożenić, bez naruszenia jakiejkolwiek zasady prawnej czy etycznej, tembardziej, że i z jej strony niewątpliwą miałem sympatję. Przeważyły skrupuły — i stało się inaczej. Julja wyszła za Michała Czerwieńca, człowieka na oko dość przyzwoitego, uposażonego wcale dobrze; który może i zdołałby zapewnić szczęście swej żonie, gdyby nie szczególne cechy jego charakteru, wynikające w znacznym stopniu z cierpień wątroby i żołądka. Początkowo było to wszystko niewidoczne, gdyż Michał, o ile chciał, był wielce układny i umiał grać rolę bardzo subtelnego i wykwintnego człowieka. Co Juvenalis mówi o kobietach, że poza domem są przyjemniejsze niż w domu, to da się znakomicie zastosować do Michała. Niesłychanie rzadko się zdarza, żeby mąż w stosunku do żony zachowywał prawidła grzeczności salonowej; przeciwnie, często człowiek słynny między ludźmi jako wersalczyk, w domu bywa ohydnym grubijaninem i brutalem. Nazywa się to: zdjąć wykrochmalony kołnierzyk. A jeżeli nadto człowiek ten jest chory na żołądek i na wątrobę, to pomyślcie, ile przykrości musi znosić otoczenie. Nie można powiedzieć, aby Michał żony swej nie kochał; owszem, ale była to dusza biuralisty, dla którego wszystko miało sens jednowartościowy. Był urzędnikiem, i to nietylko z przypadku; był urzędnikiem całą duszą i ciałem. Biuralistą był też jako mąż — i po biurowemu kochał swoją żonę. Ale w równym stopniu kochał swój rower, swego psa Boksa i swoją sól karlsbadzką, którą brał regularnie co dwa dni, przez parę miesięcy corocznie; na krótki tylko czas przeszedł do skrzypu (equisetum), podług przepisu ks. Kneipa, ale znów powrócił do soli karlsbadzkiej, która jest jedynym, wypróbowanym środkiem zarówno na żołądek, jak na wątrobę. Lekarza miał, który go zapewniał, że choremu na wątrobę bardzo użyteczne jest od czasu do czasu zgniewać się porządnie, zirytować, skrzyczeć wszystkich dokoła, bo to fosforyzuje wątrobę. Oczywiście Michał — jako biurokrata gorliwy — korzystał z tego wskazania ściśle i obficie; tę receptę mądrego Eskulapa, najbardziej odczuwała Julja, która, jako punkt najsłabszego oporu, stanowiła dla Michała najlepszy akumulator jego wybuchów wątrobianych.
Zresztą był doskonałym administratorem, powierzony sobie interes prowadził uczciwie i z największą dokładnością, co mu jednak nie przeszkadzało być w nieustannej wojnie z dyrekcją, z personelem urzędniczym, a także i z robotnikami.
Co do robotników wszelako miał swoją osobną politykę — chciał ich właśnie zadowolić; wiadomo też było, że wobec dyrekcji zawsze stał po ich stronie; szło mu zaś o to, aby słyszeć o sobie: „Ho, ho! Czerwieniec — to ci surowy chłop, ale sprawiedliwy psiamać!“ Jakiś czas istotnie, polityka ta prowadziła do celu, ale kiedy nastało „brożenje“, postawa robotników zupełnie się zmieniła.
Muszę tu wyjaśnić, że Michał był zarządzającym średnich rozmiarów fabryki wyrobów fajansowych pod nazwą „Kaolin“, w Krakowskiem. Pomimo dźwięcznej nazwy jednakże, glinka kaolinowa, zapewne w małej ilości znajdująca się w tutejszym gruncie, dawno już została wyczerpaną, i pozostały tylko gliny pośledniejsze, nadające się do wyrobu garnków i niższych rodzajów talerzy, misek, dzbanów, kafli i t. d. Toteż fabryka kaolińska wyrabiała tylko gatunki tańsze, co — jak się okazało w praktyce — było nader zyskownym interesem. Mimo to przewrót, jaki spowodowała w przemyśle wojna i „brożeńje“, sprawił, że fabryka była prawie nieczynną od paru miesięcy, a zapasy towaru były bardzo znaczne. Mówię o tem wszystkiem, abyście zrozumieli sytuację, jaką zastałem po przyjeździe.
Oczywiście, skoro tylko o godzinie dziesiątej wieczorem dostałem telegram Julji, natychmiast wyruszyłem na dworzec koleji żelaznej, i o trzy na jedenastą jużem siedział w wagonie. Nie miałem czasu nawet wziąć ze sobą najlichszego bagażu, zabrałem tylko rewolwer, gdyż od stacji Glinicze koło pięciu wiorst prowadzi do Kaolina, po wertepach, a przytem jechałem nocą; — mały browning mógł być przydatny. Na stacji mogłem być koło drugiej, na miejscu koło trzeciej rano.
Pociąg pędził dość szybko, choć dla mnie zawsze zbyt powoli. Kilka osób było w moim przedziale; jegomość szpakowaty o szerokich ustach murzyńskich i dwie damy, starsza i młodsza w wielkim czerwonym kapeluszu, a która figlarnie uśmiechała się do mnie, w czasie, gdy jej towarzyszka, uśpiona, kiwała się na prawo i na lewo. Nie miałem ochoty do rozmowy i całą drogę ważyłem znaczenie telegramu. Nareszcie usłyszałem okrzyk:
— Glinicze! jedna minuta!
Wyskoczyłem z wagonu. Sam jeden się tu zatrzymałem. Pociąg po chwili ruszył z gwałtownym świstem, wyrzucając ogromne kłęby pary.
Znalazłem się naraz jakby w próżni. Noc była pochmurna, czarna, bez gwiazd i bez księżyca.
Glinicze — jestto mała stacyjka, właściwie przystanek.
Kilka naftowych latarek licho oświetlało budynki.
Wszedłem do sali, będącej naraz bufetem, kasą i składem bagaży.
Już w chwili, gdym stanął na platformie, uderzył mię odgłos śpiewu na sali. Istotnie tłoczyło się tu kilkanaście osób; byli to robotnicy fabryczni i kolejowi, wieśniacy okoliczni, żydzi z miasteczka, nawet kilka bab; był jakiś pan w pelerynie; ale centralną osobę zgromadzenia poznawałeś odrazu: byłto miejscowy wachmistrz żandarmerji.
— Gaspada! — mówił wachmistrz — a my to zapojem Czerwonego, bo teraz taki czas, że prawitielstwo dałoj! a wsio budiet tiepier dla naroda: dla mużyków i dla raboczych, dla biednych parszywych żydów i dla niżnich czynów! Taki czas teraz priszoł. Ja był wiernyj sługa prawitielstwa, ale teraz to ja mówię: dałoj! Bo — jak mi tu pisze mój brat z Gundżulina, z eftoj proklatoj Mandżurji — że ich trydcaty strełkowy połk przez całą niedzielę nic w pysku nie miał, a gaładał straszno, a tiem wremieniem gienierał pił szampanskoje. A potem, jak się w armji zrobił bunt, to sta sorok czełowiek rozstrzelali, i wtedy — pisze mój brat — wielkie „brożenje“ poszło po narodzie! Tak ja mówię: dałoj prawitielstwo i szabasz! —
Tak perorował wachmistrz glinicki, a potem, oglądając się niby to z trwogą dokoła, nagle zapytał żartobliwie:
— Ale, gaspada! czy tu niema gdzie żandarma?

Śmiech się rozległ śród słuchaczy, a potem zabrzmiała pieśń:
Nasz sztandar płynie ponad trony!..

— Panowie! — zawołałem, gdy nastała chwila ciszy. — Czy niema tu koni z Kaolina, lub czy mógłbym znaleźć bryczkę?
Pan w pelerynie zbliżył się do mnie.
— Jestem Miller, właśnie z Kaolina, chemik. Jeżeli pan sobie życzy, to możemy razem pojechać. Ja tu czasem na stację, bo człowiek ciekaw, co słychać na świecie... A u nas, panie, głusza i tyle... E, Paweł! po-da-waj! Jedziemy.
Przedstawiłem mu się, zadowolony, że będę miał kompanję.
Zaturkotało na dziedzińcu stacji. Paweł zajechał bryczką kaolińską.
— A szanowny pan do kogo? Mogę przenocować. Jestem w wolnym stanie. Ni chatynki, ani żinki... Teraz, panie, to ja tylko politykę robię: z tym wachmistrzem — to głowa rewolucji w naszym powiecie — i z Pawłem — tęgi człowiek! Zobaczy pan: my z nim pogadamy. Ja tu dla nich odczyty miewam, panie, z ekonomji, o socjalnych reformach gadam. Tak społeczeństwo wywracam do góry nogami, jak babkę z piasku. Bywają tu robotnicy, nawet dziewuchy...
Konie rżały z niecierpliwości. Czuły, że do domu wracają. Siedliśmy do bryczki, otuleni w burki. Paweł trzasnął z bicza, zadyrygował: wio-o-o! Ruszyliśmy.
— No, cóż, Pawle? jakże tam będzie? — rzecze Miller.
— Będzie, będzie zaraz na zwiesnę wielka wojna, pewnikiem! Już tam pod Miechowem stoją nasze sokoły, niby te krakowskie, sześćdziesiąt tysięcy! i niedługo przyjdą do nas, jeno czekają na tych z Ameryki; tam przygotowali polskie wojsko — tęgie i ładnie kolorowo ubrane, a ono to płynie do nas przez wielkie morze i na zwiesnę będzie tu, a z tymi sokołami się spotka. Sześćdziesiąt tysięcy! Tylko Niemcy, psubraty, chcą tu nam pobróździć i swoich tam dragonów wystawili na pruskiej granicy... Sześćdziesiąt tysięcy!...
Tak nam całą drogę politykował Paweł, a Miller od czasu do czasu to mnie nogą trącał, to w rękę szczypał, zadowolony wymową furmana. Śmiał się serdecznie: byłto człowiek bardzo dobroduszny i pełny humoru. Śmiał się z wojny, z rewolucji, z kryzysu ekonomicznego, z Pawła i wachmistrza... Śmiał się z grobowo czarnej nocy, którą tu i owdzie ledwo nieco roświetlały białe pokłady nieobfitego śniegu... Śmiał się z przepaścistej, nierównej drogi, która wiodła z Glinicz do fabryki; z podskakiwania bryki, która dwa lub trzy razy o mało nie runęła do rowu...
— A cóż tam słychać w Kaolinie? — zagadnąłem.
— Wcale dobrze. Próżnujemy po sułtańsku. U nas strejku nie będzie, bo zarząd sam powiedział: halt! Nawet elektrykę zgasili. Patrz pan; gdyby nie to, i nam i koniom świeciłaby gwiazda przewodnia. Jedziemy w mrok bezdenny: „tenebrae tenebrarum“. Ze dwudziestu ludzi zostało i pieców pilnują. Słowem, wybornie, lepiej niż w Mandżurji, i żeby nie ten pies Czerwieniec, toby się tu żyło jak w raju.
— Dlaczego pan tak mówi? Ja właśnie mam się z p. Czerwieńcem zobaczyć.
— Co tu gadać?! Pies — i tyle! Ani robotnika, ani majstra, ani chemika, ani dziedzica nie puści, żeby nie zalać sadła za skórę; i to wszystko poprostu tylko dla konkokcji, żeby mu wątroba nie gniła. A już najbiedniejsza — to, panie, jego żona; co się ta kobieta nacierpi, to rzecz niesłychana! Wie pan, dlaczego ja jestem taki „wesoły, szczęśliwy“? Nie dlatego, że przy Port-Arturze bierzemy po skórze, i nie dlatego, że wachmistrz w powiecie Glinickim podniósł ognistą chorągiew rewolucji, ale dlatego, że nie jestem żoną tego psa Czerwieńca, że wogóle związany jestem z nim bardzo luźno, że jutro rano mogę mu powiedzieć: „au revoir!“ — odjechać sobie precz — i „aus“: nie znam go. Ale ona!... Panie, toż choć zdaleka, ja widzę ich życie. Klnę się na wszystkie świętości, najśmiertelniejszy grzech byłby odpuszczony w niebie temu, coby ich do rozwodu doprowadził... Ale myśli pan, że ją dałoby się namówić; dzieci — obowiązki — stało się — wyrok Boży — pokuta! Czy ja wiem?.. Nieraz tak ostrożnie słówka z niej wyciągam... To zacna kobieta, ale przestarzałych pojęć: sakrament — przesądy i t. d. Cóż robić?! Dużo takiej starej ciemnoty jest na świecie; my to wszystko zmienimy, skoro tylko wachmistrz zwycięży, a Paweł sprowadzi z Ameryki sokołów... Ale oto dom już blizko; noc późna, niech pan zajedzie do mnie na spoczynek, i tak się pan dość nadusi jadowitym gazem tej Psiej groty...
Słuchałem w milczeniu. Rewelacje te były mi przykre, choć wcale nie niespodziewane. Skorzystałem z grzeczności Millera i postanowiłem przenocować u niego.
Kaolin był pogrążony w głębokiej ciemności. Kominy fabryczne sterczały na powietrzu jak czarne szubienice. Domy mieszkalne większe i mniejsze, zlewały się z mrokiem nocy w jakieś wielkie, czarne potwory. Na kilku domach tylko świeciła mała blada latarnia. Zresztą ciemność bezgraniczna i cisza grobowa.


Nazajutrz rano, koło godziny 10-ej, zadzwoniłem do mieszkania Czerwieńców. Serce biło mi zlekka, pełne niepokoju, co za tajemnica kryje się poza słowami telegramu. Służąca otworzyła mi drzwi, i wnet znalazłem się w obszernym, dość wytwornie umeblowanym salonie. Na ścianie, śród zwierciadeł i premjów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, spostrzegłem dwie akwarele, malowane przez Julję, jeszcze za czasów panieńskich, w Zakopanem: Giewont i widok z Rostoki. Zarzuciła oddawna malarstwo; również osieroconą fizjognomję miał stojący w kącie salonu fortepian.

Cisza była w izbie, gdy naraz wybiegły do mnie wyświeżone dzieci Julji, dwuch chłopczyków i mała, czteroletnia dziewczynka; witały mię z hałasem i śmiechem, jako drogiego wuja, który przesyłał im od czasu do czasu zabawki, cukierki i książki z obrazkami. Radość ich była wielka, a Władzio wnet rozwinął małą czerwoną chorągiewkę, i dzieci rozpoczęły po izbie uroczysty pochód, śpiewając na nutę Marsyljanki:

Dalej, przypuśćmy szturm,
Do więzień i do turm!

Wkrótce zjawiła się w progu moja siostra przyrodnia; jak zawsze, była piękna, alabastrowo-biała, o klasycznym owalu, delikatnie zarysowanej szyi i wypukłem czole; ale dziwnie zmęczony był wyraz jej twarzy, tak, że odrazu w jej błękitno-stalowych oczach czytałeś bezgraniczną tęsknotę za zmianą. Jaką? Zmianą miejsca, otoczenia, życia — zmianą planety... Widocznem było, że połową marzeń swej duszy żyje gdzieindziej... Chwilowo, rzekłbyś, na mój widok — uśmiechnęła się uśmiechem ust, które prawie nie znają uśmiechu... Była to kobieta, wysoka, smukła, w pełni trzydziestu lat, kształtów bogatych i harmonijnych, snadź urodzona do szczęścia i pokoju, a którą los postawił na linji beznadziejnego smutku i tęsknicy.
Złoty, bujny, rozpleciony włos strumieniem spływał jej po ramionach na granatową, luźną, ranną suknię.
Zbliżyła się i powitała ze mną serdecznie. Długo trzymałem jej dłoń w swoim ręku; oczy miała podsiniałe, w kącikach ust i powiek rodzaj zmarszczek, przedwczesnych zwiastunów starości, wymowne świadectwo jej cierpień. Usta nasze milczały, ale oczy mówiły sobie rzeczy dawne i zapomniane. Patrzyłem w te płomienne niegdyś błękity jej źrenic; nieco przybladły, jakby spłowiały; krążyły dokoła, niby szukając beznadziejnie osi swego ducha, oczy te, niegdyś w jeden blask żywej stali skoncentrowane.
Było w nich przerażenie i zniechęcenie; słabość ducha, który nikomu nie mocen uczynić krzywdy. Była to istota niezdolna nikomu powiedzieć złego słówka i dlatego bezbronna i zgnębiona przez życie.
Zawołała bonę i usunęła dzieci z pokoju. Czekałem tej chwili niecierpliwie, gdyż mi szło przedewszystkiem o dowiedzenie się, co znaczy cała ta historja. Jak się ma „tamten“ i czy jest w domu? — Poszedł do fabryki, gdyż zawsze tam jakaś robota, korespondencja lub rozmowa się znajdzie.
— Bardzo ci dziękuję — zaczęła Julja, głuchym, prawie bezdźwięcznym głosem, który dopiero stopniowo się ożywiał, wpadając w melodyjne contralto. — Bardzo ci dziękuję, żeś przyjechał. Jesteśmy nader niespokojni. Ani się domyślasz, jakie tu życie teraz na prowincji. Nieustanne rozboje i napaści. Michałowi grożą bezimiennie... Czy ty wiesz, że Bar, dyrektor fabryki Czempin, został zabity? a kasjera z Wigla zraniono i ograbiono?
Zaczynałem się domyślać rzeczy.
— Więc to „brożenje“ doszło i do was...
— Doszło... O, spójrz! — zapaliła się nagle i, prawie przerażona, wyjęła z kieszonki list na grubym papierze.
Podała mi go.
— To Michał ten list dostał — bezimienny list — przeczytaj...
List, wyrysowany bardzo pierwotnem pismem i straszliwą ortografją, mieścił takie mniej więcej, mało obiecujące, słowa:
„Ty hyclu, draniu, złodzieju! Jeżeli nie przestaniesz gnębić poczciwych ludzi, to wiedz, ze dostaniesz kulą w łeb, bo wyrok śmierci na ciebie wydany, a najlepiej wynoś się stąd do djabla, i dajemy ci trzy miesiące czasu, żebyś się poprawił i swoich krzywd zaprzestał... Ten, co wiesz... Zemsta!“
Niżej jakaś quasi-pieczęć: jak podeirzywam, był to poprostu orzełek, odbity z trzykopiejkowej monety.
— I cóż ty na to? — pytała tak zatrwożona, jakby miała skarb utracić!
Taka jest siła nawyku i bierności kobiecej: zapomniała o wszystkich przykrościach, jakiemi życie jej zatruł mąż i myślała tylko o nieszczęściu, jakie miało go spotkać. Najczulsza kochanka nieinaczejby się zachowała. Może też ów zapaszek melodramatu, który się krył w tej sprawie, oddziaływał na nią...
Co do mnie, to wyznaję, że list ten osobliwie dał mi wrażenie. Odczytałem go spokojnie, nawet z pewną sympatją. Pół bezwiednie myślałem sobie:
— Kto wie, czy to nie byłoby najlepsze?
Nie powiedziałem tego oczywiście głośno, ale starałem się przeniknąć niedopowiedziane myśli Julji. Umiałem czytać w jej oczach; pod spłowiałą powłoką szafiru jej spojrzeń, odgadłem pewną szczególną formę jej zadowolenia. Oto pyszny i butny jej małżonek, od czasu tego listu znacznie spokorniał. Może w głębi serca bał się tego człowieka, co list napisał, choć nie chciał po sobie strachu pokazać. On to pod telegramem podpisał imię Julji, gdyż sam nie lubił zwracać się do mnie.
W każdym razie niepodpisany pan Zemsta sprawił, że Julja spokojniej patrzyła na męża.
Po południu zjawił się władca i pan tych pięciu pokoi, oraz całej ludności, w nich zamieszkałej. Był w lisiurce i długich butach, a na ramieniu nosił dubeltówkę, jakby miał iść na polowanie; wielki, do niedźwiedzia podobny, czarny pies sybirski, zwany Boks, towarzyszył Michałowi.
Taki strój uważał Czerwieniec za odpowiedni, ile że Kaolin był teraz stale w pogotowiu bojowem.
Michał był to mężczyzna dość przystojny, krępy, o wyrazie twarzy zimnym i przebiegłym; brunet smagły, był wygolony po angielsku, co nadawało jego fizjognomji typ aktorski; miał duży nos, grube, mięsiste, zmysłowe wargi i świdrujące czarno-piwne urzędnicze oko. Przywykły do panowania nad sobą, chętnie grał rolę dżentlemena, obojętnego na wszelkie wichry i gromy, i nieustanną maskę nosił na twarzy.
Tylko dwa lub trzy razy dziennie zdejmował maskę. W domu. Prawdziwa jego fizjognomja była mało przyjemna.
Był nader uprzejmy dla mnie — i grube swoje usta złożył w rodzaj życzliwego uśmiechu.
— Dziękuję ci, żeś przyjechał. Mówił mi już o tobie Miller. Słyszałeś pewnie o tym głupim anonimie?..
— Właśnie. Opowiadała mi Julja.
— No, w gruncie — to głupstwo, i nie zwracałbym na to uwagi, ale rozumiesz, Julja — zaraz, jak to kobiety...
Julja spuściła oczy ku ziemi.
— W każdym razie — ciągnął dalej — czasy tu u nas są obecnie, jak i w całym kraju, bardzo niespokojne. Potworzyły się bandy zbójeckie: przed tygodniem napadli na plebanję w Doczerpach i ograbili naszego proboszcza; w miasteczku Podwiłaku zrabowali jednemu kupcowi 4 000 rubli — i t. d. Z dnia na dzień Kaolin oczekuje tej hordy, a zresztą od bandytów gorsi są jeszcze ci złodzieje-socjaliści.
— Bardzo proszę...
— Wiem, wiem, żeś sympatyk... I ja też niegdyś! No, było się młodym... Nibyto nowe chrześćjaństwo — bardzo szanuję — w teorji jest to piękne, ale w rzeczywistości niech ich piorun trzaśnie!... To ruina przemysłu, handlu — ruina całego kraju... I te strejki...
— No, przecież Kaolin i tak świętuje...
— Zapewne, ale bądź jak bądź proletarjat jest zdemoralizowany i rozzuchwalony... Stąd pochodzi, że ja mogłem taki list otrzymać... Przecież byłem dla nich jak ojciec — — i oto co za niewdzięczność!
— Zatem, proszę mi powiedzieć: w jakim celu zostałem wezwany i jakie są moje obowiązki?
— Widzisz — odparł z uśmiechem — zorganizowaliśmy tu w Kaolinie straż ochotniczą ku samoobronie. Część z nas czuwa po domach — część na pole wychodzi i w różnych kierunkach pilnuje okolicy aż do świtu. Jest tu jeden niby strażnik rządowy, ale ten śpi w najlepsze całą noc i pół dnia. Będziemy więc czuwali po nocach na przemian. Z góry ci dziękuję.
Czuwać nad życiem i spokojem Julji — wydawało mi się szczęściem. Prawda, że jednocześnie broniłem życia jej męża, życząc w gruncie powodzenia anonimowi. Począłem żartować z tej historji.
— Ale — czy mi to wypada? W ten sposób bowiem mam bronić burżuazji, przeciw zakusom proletarjatu?
Kobiety nie rozumieją się na żartach. Julja przerażonem okiem spoglądała na mnie.
— Na miłość Boga! — zawołała. — Chcesz nas opuścić?
— On jeszcze sam gotów tu na nas zesłać pepeesów — półdrwiąco dodał Michał.
— Jakoś to będzie — odparłem dla uspokojenia obojga, a zwłaszcza Julji. — Zostanę — i będę was bronił do ostatniej kropli krwi! Tak mi, Panie Boże, dopomóż — to mówiąc, dwa palce podniosłem do góry.
Na tę uroczystą przysięgę oczy Julji zajaśniały. Tymczasem drzwi saloniku się otwarły i wpadła nanowo wrzaskliwa czeredka dzieci, bona zaś poprosiła nas na obiad.
Przy obiedzie Michał zachowywał się dość poprawnie; zaznaczył tylko, że nienawidzi tapjoki w rosole, a tymczasem dają mu ją siedm razy na tydzień, i nienawidzi cielęciny, a tymczasem dają mu ją pięć razy na tydzień. Nadto zawsze mu dają najgorsze kawałki, a zupy albo za dużo, albo za mało: nigdy w miarę. Przytem dostaje zawsze łyżkę pożółkłą, nóż poszczerbiony, widelec koślawy i brudną szklankę...


Oprócz tych uwag — tego dnia Michał był dość spokojny i oddany rozważaniom spraw ogólnych.
Wy, moi mili słuchacze, oczekujecie niewątpliwie takiej historji, że ja zacząłem romansować z Julją, że Michał „jęty szałem“ etc. Nic z tego. Romansowałem nieraz z mężatkami, ale tu zupełnie co innego... Nie oczekujcie romansu... Jestto raczej tragiedja, ale tragiedja nie teatralna, jeno taka, jaką rzeczywistość wyłania.
Tragiedje rzeczywiste płyną w głuchem milczeniu, niewidoczne oku. Same sobie kłamią: udają ciszę i spokój. Oczekiwaliśmy rzekomo codziennie napadu bandytów „braci Sachalińskich“, jak ich nazywano w okolicy, oraz zjawienia się bezimiennego mściciela, który groził Michałowi śmiercią. Z drugiej strony śledziłem, jak najgorliwszy wywiadowca wszystkie krzywizny i kwasy stosunku między Julją a jej mężem. Wyznaję, żem się tu dusił moralnie; rezultaty mego śledztwa były okropne, a że błazeństwo wszędzie się w życiu splata z tragiedją, musiałem korzystać z bielizny i ubrania Michała, oczekując na swoje rzeczy, które kazałem sobie przysłać pocztą. Tymczasem na naszej linji kolejowej wybuchnął strejk, i bagaż mój nie nadchodził.
Wieczorami, o ile nie udawaliśmy się na „stójkę“, jak to nazywał Paweł, najspokojniej — niby dwaj przyjaciele — grywaliśmy w warcaby, w domino, w rumel-pikietę — nieraz do piątej rano, aby zawsze być w pogotowiu. Okres strejku kolejowego był momentem ciszy grobowej, w której przerażenie ogólne mieszkańców Kaolina przeszło w jakiś stan półhisteryczny. Zdawało się po prostu, że już wszyscy chcieliby doczekać się ostatecznie tego napadu bandytów, aby się nareszcie pozbyć męczącej niepewności. Nie mieli istotnie bracia Sachalińscy i brat Zemsta lepszego momentu. Strażnik kaoliński już nietylko całe noce, ale i całe dnie — po 24 godziny na dobę — przesypiał. Wojsko nie mogłoby żadną miarą przybyć na czas z pomocą.
Niewątpliwie dziś — jutro napadną. Ale nie damy się; zginiemy śmiercią bohaterską.
We dnie wstawałem późno — koło południa — bawiłem się z dziećmi albo rozmawiałem z Julją, która w rzeczach swego pożycia małżeńskiego była nader dyskretną i mało się wywnętrzała pod tym względem: czasem tylko jakieś mimowolne czyniła wyznania. Każdy taki nieświadomy jęk tej ukrzyżowanej duszy był dla mnie okropnością niemniejszą, niźli ta cała burza rewolucyjna, hucząca dokoła cichej osady kaolińskiej.
Wieczorami wpadałem czasem do Millera, a poznałem się też z innymi urzędnikami fabryki i kantoru. Było ich osiem osób, doliczywszy zaś do tego Czerwieńca i mnie dalej Pawła furmana, Józwę — posłańca i trzech stróżów fabrycznych: armja kaolińska liczyła razem piętnaście dubeltówek. W danym razie do pomocy mogli być częściowo robotnicy, utrzymujący ogień w piecach oraz niektórzy gospodarze, związani różnemi interesami z fabryką.
Strażnik zapadł na nonnę.
Noce nastały teraz chłodne, lecz nie nadmiernie, zato świetlane, promieniejące tysiącami gwiazd i czystem bezchmurnem niebem. Księżyc świecił jasno, prawie że biało, w trzeciej kwadrze. Śnieg ostatniemi dniami spadł obfity i od jasnego błękitu teraźniejszych nocy był niemal błękitny i jeszcze bardziej rozbielał ich białość. Nadawał całemu krajobrazowi jakiś charakter ukojnej ciszy, którą podnosiły smętnie zawisłe na horyzoncie kontury siniejących w oddali gór Karpackich.
Ponieważ dni mijały za dniami, a wroga jakoś nie było widać, dochodziliśmy zwolna do pewnej równowagi ducha — i, ściśle biorąc, te rycerskie czuwania po nocach zmieniły się w promenady, stosunkowo przyjemne, choć nieco spóźnione. Kończyło się to zwykle między piątą a szóstą rano.
Pięć osób co noc wychodziło na tę dobrowolną służbę; ponieważ droga z Kaolina idzie w trzy strony: ku stacji Gliniczom, ku miasteczku powiatowemu Podwiłakowi oraz ku wsi kościelnej Doczerpom, — zatem na każdej linji ustawialiśmy czaty. Doczerpy wydawały się nam najmniej niebezpiecznym punktem, i tam zazwyczaj stał na stanowisku „jeden z ludu“, jak to się mówi w afiszach operowych. Na innych drogach kroczyliśmy zawsze po dwuch, jak sierżanci paryscy.
Najlepiej lubiłem być w parze z Millerem albo Pawłem. Pierwszy miał niewyczerpany zasób humoru, znał setki anegdot, zabawnych wierszy, śpiewek burszowskich. Nadto posiadał dużo erudycji i zdrowego sensu. Jeździł przytem daleko poza granice Kaolina: wiedział zawsze, co słychać w Wiglach, w Czempinie, w Smogorznie, Iłowicach i Podobłoczu. Często też jeździł na stację i opowiadał o czynach bohaterskich naszego wachmistrza. Mianowicie zaś wachmistrz wyśledził organizację bandy sachalińskiej; stwierdził bez żadnej wątpliwości udział niektórych członków policji w tej sprawie — i zamierzał dowody w odpowiedniem miejscu przedstawić. Lada dzień oczekiwaliśmy publicznej rewelacji tego związku.
Paweł zdumiewał mię, jako tęgi łeb polityczny. On to pierwszy jasno mi wyłożył istotne przyczyny wojny japońskiej. Bo to było tak: cesarz japoński zaprosił do siebie na obiad wszystkich cesarzów i królów, a jak się te króle zjechały, to cesarz japoński się pyta: a gdzie je król polski? Więc mu powiadają, że takiego króla wcale niema, i że się kaś-ta podział: a gdzie? a co? a jak? Dopiero mu powiedzieli, gdzie i co i jak.
Więc ten Japoniec powiada: kiedy tak — to wojna! I zrobił te wojnę, niby wedle polskiego króla.



Miewałem też noce, gdym po gościńcach kaolińskich czuwał z Michałem. Były to przykre godziny: we dnie najczęściej albo go nie było w domu, albo otaczały go dzieci, albo graliśmy w szachy, co od spraw istotnych moją myśl odwracało.
Najprzykszejszem było, że w domu Michała wszyscy to czuli. Mówiło się o wszystkiem, wyjąwszy tego, co było na końcu języka. Była to atmosfera gnębiąca wiecznem milczeniem, choć zagłuszona nieustanną mową.
O byle czem...
Trzeci tydzień już mijał, odkąd tu przyjechałem. Byłto dla mnie okres męki, nie mojej własnej, lecz cudzej, a tem boleśniejszej, że nie mogłem nic poradzić na to nieszczęście, które tu dookoła krążyło nieme, głuche, nieubłagane i nieusunięte.
Początkowo, jak sądzę, Michał w głębi duszy lękał się tajemniczego Zemsty, ale z biegiem czasu — jużto dzięki przyzwyczajeniu, jużto dzięki mojej obecności — nabrał rezonu. W pierwszych tygodniach zachowywał się względnie przyzwoicie i tylko zrzędził dla rozmaitych, nieraz bardzo błahych powodów. Ja zaś wynajdywałem mu coraz nowe leki na wątrobę, co go zawsze mocno interesowało, gdyż bardzo myślał o swojem zdrowiu.
Ostatniemi czasy — mimo wszystko — stał się niemożliwy: widocznie przestał wierzyć w realność anonimu. Zwierzył mi się raz poufnie, że to pewnie robota właściciela, którego zwano dziedzicem, a który może chciał się go pozbyć, albo też figiel Millera — i nic więcej.
„Stójkę“ mimo to odprawialiśmy uczciwie, i nieraz ja wraz z Michałem, w towarzystwie Boksa z dubeltówką na ramieniu, błąkaliśmy się w błękitach nocy zimowych po śnieżnych drogach kaolińskich. Cisza panowała uroczysta na równinie okolnej, i tylko gdzieś woddali jaśniały lampy elektryczne w Czempinie i Wiglach.
Wzdłuż drogi leżało małe jeziorko, pokryte szklistą powłoką lodu, a nad brzegiem jego chyliły się nagie wierzby w gąszczu tarniny. Ptastwo posnęło, i tylko czasem jakąś nagłą wizją przebudzona wrona, przelatywała powietrze z żałosnem krakaniem i znikała w przestrzeni.
Boks cicho stąpał za nami i tylko chwilami poszczekiwał, nieufnie patrząc w ciemności. Słychać jeno było miarowe skrzypienie naszych kroków, dalekie gdzieś szczekanie psów i z nieskończoności idący — wiekuisty psalm żalu, którym ziemia skarży się niebu. Tej nocy mało byłem skłonny do rozmowy, ale trzeba było zabić milczenie.
Od paru dni; rozzuchwalony poczuciem rosnącego bezpieczeństwa, Michał stawał się coraz brutalniejszy. Za wszystkie sceny w kantorze i fabryce pokutowała żona; za cały czas pokory i spokoju — mąż teraz mścił się na niej. Mój głuchy gniew przeciw niemu urastał do pragnienia zemsty.
Zemsta! — gdzie ja słyszałem to imię? Ale dzień dzisiejszy przerósł wszystko, a właśnie byłem nieobecny w Kaolinie, gdyż pojechałem w sąsiedztwo i dopiero pod wieczór wróciłem.
Julja miała w kantorku małą skrzynkę bukszpanową, gdzie mieściły się listy jej nieboszczki matki, która za życia prowadziła z córką nieustanną korespondencję. Chociaż była to moja macocha, wyznać muszę, że nie miała w sobie nic z powieściowej macochy; była to bardzo zacna i rozumna osoba. Zdaje się, że niezbyt kochała swego zięcia, co się zdarza teściowym, i że w tych listach niejedno może było przykre dla Michała. Julja uważała te listy jako świętą relikwię i nieraz je odczytywała, jakgdyby w nich czerpiąc siły do życia.
Raz — w początkach czwartego tygodnia mego pobytu w Kaolinie — Michał, przyszedłszy popołudniu do domu, na obiad, był w okropnym humorze. Obiad jeszcze nie był gotów, a zdarzyło się, że właśnie Julja po raz setny odczytywała listy swojej matki.
Nie byłem wówczas w domu, jak to już mówiłem, i dopiero pod wieczór dowiedziałem się o wszystkiem. Julja, pierwszy raz w życiu, głośno zawołała: „O ja nieszczęśliwa!“ — i pierwszy raz płakała rozdzierająco.
Michał zrobił wielki skandal z powodu, że obiad nie był jeszcze gotów i całą winę tego faktu przypisał listom naszej matki. Urągając jej pamięci, porwał kasetkę Julji — i wraz z listami rzucił ją w ogień do świeżo rozpalonego pieca...
— Dość tych głupich listów, gdzie co słowo, to jakaś plotka na mnie, albo intryga twojej szanownej mamusi. Na pamięć już umiesz te brednie! Pilnować obiadu — oto twój obowiązek! Ale tobie ciągle jakieś fiu-fiu w głowie!
Można sobie wyobrazić, co się stało. Przerażona tą profanacją Julja, pierwszy raz w życiu zbuntowała się, wołając: „Jesteś podły!“ — ale nie miała sił powiedzieć więcej; padła zemdlona na podłogę.
Zaczęło się ratowanie i, trzeba to przyznać, Michał bardzo gorliwie nad tem pracował. Po niejakim czasie Julja wróciła do przytomności, ale wpadła w płacz spazmatyczny, jak ktoś, co bardzo drogi skarb utracił. Michał, zgnębiwszy biedną kobietę, zaczął się teraz nad nią litować, obiecał jej nawet kupić jakąś osobliwszą broszkę. Ale nic nie pomagało. Julja była niepocieszona.
Kiedym się o tem dowiedział, krew mi uderzyła do mózgu. Zatrząsłem się cały i chciałem powiedzieć Michałowi wszystko, co o nim myślę. Ale poco? Nie o słowa tu idzie — jeno o czyny...
Gdyby ten mściciel bezimienny — ten sędzia sprawiedliwy przyszedł nareszcie, to rzecz byłaby skończona. Zapewne, byłoby trochę płaczu; ale nastałaby cisza, i Julia zaznałaby w życiu choć trochę spokoju. Ale człowiek ten nie przychodzi. Może nawet ten człowiek jest fikcją. A w takim razie kto ma go zabić?
Na mnie jedynie ciąży ten obowiązek. Gdybym go nie spełnił, byłby to z mojej strony dowód nędzy mego ducha.
Muszę go zabić! Tak jest — w nocy, gdy będziemy na straży, poprowadzę go nieco dalej, na ustroń i tam go zastrzelę. Mam doskonały rewolwer... Pięć strzałów wyceluję w niego, szóstym zabiję siebie... Trzeba uwolnić tę kobietę od nieszczęścia.
A możeby go zwymyślać jak psa, pozostawić go losom, aby nieznajomy z nim się załatwił, i wyjechać precz...
Bo już nie mogłem na to wszystko patrzeć!.. A możeby ją namówić: porzuć męża, życie jest poza tem piekłem — odetchniesz czystem powietrzem...
Przekładałem jej to; ale dla Julji separacja czy rozwód jest czemś niepojętem. Woli ostateczną rospacz. Popełniliśmy wszyscy błąd, ale jej nie wolno rozstawać się z tym człowiekiem, nie wolno jej rozłączać ojca z dziećmi. Koniec końców — to ojciec jej dzieci. Niepodobna ją przekonać.
A zatem na mnie ciąży obowiązek wyzwolenia Julji od tego człowieka. Zacząłem nienawidzieć anonima, który się spóźnia ze swoją zemstą, i który mię zmusza do popełnienia zbrodni. Jutro — w piątek — o północy wypada moja służba; mam być w parze z Michałem.
Jedyna sposobność; jutro o godzinie trzeciej rano najpóźniej — Michał żyć nie będzie.
„Michał musi zginąć!“ te słowa świdrem utkwiły w całej mej istocie, i powtarzałem je sobie nieustannie tak, że już żadnej innej myśli nie miałem w mózgu.
— Michał musi zginąć!
Byłem wprost opętany tą myślą. Wyszedłem do swego pokoju, nie chciałem się widzieć z Michałem. Nie pokazałem się przy wieczerzy. Oddawałem się marzeniom o zabójstwie, a tak byłem przekonany o świętości zamierzonego czynu, że wzywałem błogosławieństwa Boga...
— Jutro, nim uderzy godzina trzecia po północy, Julja będzie wyzwolona.


Księżyc olbrzymią złotą tarczą płynął poprzez białe lekkie obłoczki, na czystym błękicie, śród migotu tysiąca srebrnych gwiazd. Było jasno, chłodnawo, świeżo; coś radosnego było w naturze. W śnieżnym oddechu lutego czułeś już zbliżające się zwiastowanie wiosny. Szliśmy obaj po drodze, prowadzącej do miasta; nie miałem najmniejszej ochoty do rozmowy. Paliłem papierosa za papierosem i milczałem bezwzględnie o wczorajszem zdarzeniu. Michał też dyskretnie tego tematu unikał, owszem, zdawał się go ignorować.
Co się tycze mnie, to jedyną moją myślą było:
— Za dwie godziny go zabiję, za półtorej godziny go zabiję, za godzinę — za pięćdziesiąt minut — za czterdzieści pięć minut...
Jakby zdaleka — przez mgłę — dochodziły mię słowa Michała:
— Najsmutniejsze jest to, że współczesna kobieta zupełnie kochać nie umie... Ostatecznie, cóż jest w kobiecie, poza tą trochą ciała i młodości? Nic, kurzy mózg, serce puste, ciemność... Tajemnicę każdej kobiety poznasz w dwadzieścia cztery godziny, a potem zostaje ci tylko nuda i nic więcej... Tymczasem mężczyzna czego pragnie? Bezmiarów! Któraż kobieta mu da te bezmiary? Mojem zdaniem, nigdy miłość zaspokojoną być nie może... Ileżbym ja dał, gdybym był kochany...
Pierwszy raz (może zresztą i nie pierwszy) obnażyła mi się potworność tej powszechnej bardzo pretensji ludzkiej o miłość... I w takim oto śledzienniku, złowrogim swemu otoczeniu, kryje się jakiś chorobliwy sentymentalizm. Nie każdemu otwiera się sezam; trzeba znać słowo czarnoksięzkie. Budda naucza że tylko ten człowiek pozyska duszę nieśmiertelną, który do niej dąży. Podobnież miłość uzyska ten tylko, który dąży do miłości. Michał jej pożądał, ale nie znał drogi, co do niej prowadzi. Czuł tylko, że nie był kochany, jakby tego pragnął.
Takem rozmyślał, nic jednak nie mówiłem. Każde jego słowo pobudzało znów moją stałą myśl; za pół godziny go zastrzelę, za dwadzieścia pięć minut go zastrzelę...
Zbliżaliśmy się do jeziorka, gdy naraz Boks zaczął szczekać gwałtownie, i rzucił się w nadbrzeżne krzewiny... Pobiegliśmy za nim. Michał jednocześnie dał sygnał przeciągłym głosem świstawki. W parę minut — pośpiesznie idąc — zjawili się koło nas inni strażnicy; Miller z Pawłem oraz nocny stróż Zgryzoń.
Zza gęstwiny wierzb i tarniny, wysunął się chyłkiem jakiś człowiek, a nie mając innej drogi, widocznie w zamiarze ucieczki rzucił się na lodową taflę jeziorka. Niestety, Boks, już go gryzł za łydki, i biedak pośliznął się i runął na lód. Paweł i Zgryzoń zbliżyli się do niego, a Michał tymczasem wołał:
— Boks, tu, tu, do nogi!
Z trudem oderwano psa od człowieka, który zaczął jęczeć ze strachu i z bolu, a tymczasem Paweł i Zgryzoń podnosili zbójcę i prowadzili go do nas. Boks rzucał się niespokojnie i podniósł z krzaków jakiś przedmiot, porzucony przez więźnia.
— A dyć to Galas! — mówił Zgryzoń — A ty czegój tu chcesz, powsinogo? Czatujesz, nikiej zbój. Do braci sachalińskich się zapisałeś, czy co?
— A co on tu ma? — dodał Paweł, przyglądając się zgubie, którą Boks przyniósł w pysku. — Toż to leworwel. Toś tu chciał kogo zamordować?
Więzień, rudy, nizki, zezowaty człowiek, w łachmanach, stał przed nami z rezygnacją i pokorą, a na widok tylu dubeltówek przeraził się, i padłszy przed Michałem na kolana, zaczął mówić żałośnie:
— Łaski i miłosierdzia, najjaśniejszy panie dyrektorze! Nie zabijajcie mnie! Złe ludzie mnie namówili! Ja nic złego nie chciałem zrobić, jeno, że mnie pan dyrektor wyrzucił, to niby bez to ja byłem bardzo nieszczęśliwy, bo to wszyscy mówili o mnie, że ja złodziej, że ja kradł, a ja nie złodziej, ja nie kradł, tylko ten psubrat Wąsik — złodziej, i on kradł, a ja nie złodziej, ja nie kradł — i bez to nigdzie mi nie chcieli dać roboty...
— Więceś ty mnie chciał zabić?
— Żeby tak mnie cholera jasna zatrawiła, tak ani myślałem...
— A cóż ten pistolet?
— To na lisy, jakby się zdarzyły.
Tymczasem Miller śmiać się zaczął serdecznie. Od paru minut przy ręcznej lampce elektrycznej oglądał zgubę i przekonał się, że była to stara krucica, pordzewiała i zepsuta, któraby nawet muchy nie zabiła...
— To ty pisałeś do mnie list, grożąc mi śmiercią?
— O, ja nieszczęsny sirota! Jak na świętej spowiedzi powiem panu dyrektorowi. We łbie mi się zamroczyło, toć napisałem, bo mi złe ludzie powiedziały, że wyszedł ukaz od jaśnie pana ministra, niby wedle strejków, że, powiada, niech każdy wróci do swojej roboty, i to na bramie przybite we wszystkich fabrykach, więc ja chciałem, żeby mi pan dyrektor kazał wrócić do mojej roboty.
Słowem trudno się było z nim dogadać. Zdaje się, że Galas sam własną mądrością doszedł do tego głupstwa. Galas był w ubiegłym roku wydalony z fabryki za kradzież i musiał być bardzo nieszczęśliwy, że go tak zamroczyło. Krucicę miał po jakimś powstańcu, który ją przed laty ojcu Galasa zostawił; ale już wtedy była do niczego.
— Panie dyrektorze! — rzekł Miller — chcę pomówić o sprawie Galasa, ale przedewszystkiem zwrócę uwagę, że mamy tu fenomen zarazy psychicznej. Zważywszy tępość zbrodniarza, nieszkodliwość jego broni, wreszcie jego nędzę i nieszczęścia — znajduję, że bezład jego umysłu i czynów jest w logicznym związku z anarchją w całym kraju. Co się tyczy specjalnie naszego powiatu, otrzymałem dziś wiadomość, że banda braci Sachalińskich została ujęta, znajduje się w więzieniu gubernjalnem, i z tej strony żadne niebezpieczeństwo już nam nie grozi. Galas bez żadnej wątpliwości działał pod suggestją tej bandy i analogicznych wypadków. Wobec tego, proponuję, aby Galasowi winę darować, wolno go puścić do domu i dać mu parę rubli na drogę.
Przytakiwałem Millerowi i swoje słowo w tymże duchu dodałem. Tu już Galas nie wytrzymał, rozpłakał się jak bóbr i zaczął Millera całować po rękach.
— A nie będziesz się tu więcej czaił dla zabójstwa?
— Nie będę, żeby mię tak morówka!
— Dam mu jeszcze — dodał Miller — list do dyrektora w Czempinie. Dla mnie to zrobi i przyjmą go do fabryki.
Słowem, sprawa z listem bezimiennym zakończyła się szczęśliwie, zarówno dla Galasa, jak i dla Michała, który wykazał dziś w nocy dużo spokoju i umiarkowania.
Rzecz szczególna, którą dopiero później zrozumiałem; pod wpływem tej sceny, myśl zabójstwa nagle zamarła we mnie, zagasła i zatonęła w otchłani niebytu. Toż byłem gotów właśnie że stanąć w obronie Michała. Rozluźnił mi się zupełnie węzeł tych idej, które mi się zjednoczyły w pragnieniu śmierci Michała. Nie pojmowałem nawet, jak myśl taka mogła się we mnie urodzić.
Właśnie uderzyła na zegarze fabrycznym godzina trzecia po północy. Wkrótce wróciliśmy do domu.
Było mi nieskończenie smutno. Rozmyślałem o Julji. Niema sposobu. Położenie bez wyjścia. Piekło bez nadziei. Nie cofniesz przeznaczenia.
Nazajutrz rano otrzymałem list od dyrektora teatru, który mi donosił, że próby mojej ostatniej sztuki zaczynają się lada dzień, i że moja obecność w Warszawie jest konieczną.
Skwapliwie skorzystałem z tego wezwania. Pożegnałem Kaolin, nad którego infernem stałem bezradny...


Gdy Lucjan skończył, zapytaliśmy go nieco rozczarowani:
— A więc, Jakąż to zbrodnię masz na sumieniu?
— Miałem do rozwiązania pewien tragiczny problemat życiowy. Jedno tylko było rozwiązanie tego problematu. Nie miałem siły wykonać woli przeznaczeń. Zbrodnia moja polega na tem, żem pozostawił przy życiu tego, który powinien był zginąć.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.