<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wyd. 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XIII.
Dwaj współzawodnicy.

Andrzéj Vasling zaprzyjaźnił się bardzo z obydwoma Norwegczykami, którym towarzystwa wiernie dotrzymywał i Aupic. Trzymali się oni wszyscy na uboczu, głośno narzekając na środki przedsiębrane przez Ludwika Cornbutte i na uszczuplenie żywności. Ludwik, któremu ojciec oddał dowództwo statku, mógł był wprawdzie udawać, że tego wszystkiego nie rozumié i słuchać rad Maryi, która mu zalecała łagodność, lecz był na to za otwartym i postanowił przedewszystkiém strzedz należnego sobie posłuszeństwa.
W kilka dni po przybyciu do okrętu, dwaj Norwegczycy znaleźli sposobność zagrabienia
skrzyni z soloném mięsiwem. Ludwik Cornbutte, dowiedziawszy się o tém, rozkazał im rzecz zagrabioną natychmiast zwrócić. Rozkaz ten nie poskutkował bynajmniéj i Aupic stanął po stronie rabusiów, działających na szkodę osady. Vasling odezwał się także z uwagą, że jest to skuteczna odpowiedź na zmniejszenie porcyj żywności.
Trzeba im to było wyjaśnić, a nadto dowieść, że czekają oni sposobności, aby jawnie wystąpić z karygodném nieposłuszeństwem. W tym celu właśnie udał się ku nim Penellan, ale te łotry wyciągnęły z zapasa noże, grożąc śmiercią Bretończykowi. Misonne i Turquiette, widząc na co się zanosi, pośpieszyli mu z pomocą, wydarli noże Norwegczykom i odebrali im skrzynię z mięsiwem. Vasling i Aupic, widząc że sprawa zły przyjęła obrót, uznali za stosowne wcale się do niéj nie mieszać. Mimo to, Ludwik wziął Vaslinga nabok i rzekł mu:

— Poruczniku, jesteś łotrem. Wiem o twojém postępowaniu wszystko i znam twoje zamiary, ale ponieważ bezpieczeństwo osady polega na mojéj odpowiedzialności, przeto uprzedzam cię, że ktokolwiek działać będzie na jego szkodę, ten się narazi na pchnięcie mego puginału.
Penellan postąpił ku nim:

— Panie Cornbutte — odrzekł Vasling — masz prawo chciéć i rozkazywać, ale zwracam pańską uwagę, że w tych stronach nie bardzo się uważać zwykło na wszelkie stopnie starszeństwa i że tu ten lepszy i mądrzejszy, kto silniejszy.
Marya, która dotąd nie ulękła się najgroźniejszych burz i najstraszliwszych niebezpieczeństw, teraz drżała od trwogi na myśl, iż jest powodem nienawiści. Tylko niezachwiana energia i stanowczość Ludwika dodawała jéj otuchy.
Pomimo otwartego prawie wzywania do walki, obie strony wspólnie przepędzały chwile spoczynku. Polowanie dostarczyło kilka kaczek i białych zajęcy; ale wskutek zwiększającego się zimna, które już i tak było przerażającém, do zapasów tych nic nie przybywało. Zimna te rozpoczęły się równo z porównaniem dnia z nocą, a mianowicie z d. 22 grudnia; wówczas to termometr spadł do trzydziestu pięciu stopni niżéj zera. Biédni nasi marynarze doznawali straszliwego bólu oczów, nosa, dotkliwych cierpień we wszystkich kończynach ciała; spostrzegli z przerażeniem, iż opanowywa ich odrętwienie śmiertelne, z dojmującym bólem głowy, a oddech ich z każdą nieledwie minutą stawał się trudniejszym.
W takim stanie nic dziwnego, że nikt nie miał odwagi wychodzić na otwarte powietrze; skupiano się około komina, który dawał zaledwie odrobinę ciepła, a jeśli któś oddalił się od niego, uczuwał natychmiast coś nakształt zamarzania krwi w żyłach.
Jan Cornbutte zachorował tak ciężko, iż nie mógł myśléć o podniesieniu się z łóżka. Symptomata, poprzedzające szkorbut, były już na nim widoczne; jego nogi pokryły się białawemi wyrzutami. Marya czuła się zdrową i mogła oddać się staraniom około chorych, z poświęceniem się siostry miłosierdzia. To téż serca dzielnych marynarzy były przepełnione dla niéj wdzięcznością i błogosławieństwy.
Dzień 1 stycznia był najopłakańszym ze wszystkich dla naszych tułaczów. Wicher wył przeraźliwie, a zimno było nie do zniesienia. Niepodobna było wyjść na świat, aby nie zmarznąć. Najodważniejsi z marynarzy pozwolili sobie zaledwie przechadzki po osłoniętym pokładzie okrętu. Jan Cornbutte, Gervique i Gradlin nie wstawali wcale z łóżek. Obaj Norwegczycy, Aupic i Vasling, których zdrowie wcale jakoś nie szwankowało, rzucali znaczące i dzikie spojrzenia na towarzyszów, ci zaś starali się ich, o ile możności, unikać.
Ludwik Cornbutte zawołał Penellana na pomost i spytał go się, co dzieje się z zapasami paliwa.
— Węgla nie mamy już oddawna — odrzekł Bretończyk — drzewa zaś ostatnie naręcze spalimy za chwilę.
— Jeżeli nie znajdziemy sposobu oparcia się zimnu, zginiemy niezawodnie.
— I owszem, środek jest; — odrzekł Penellan — oto będziemy palić to wszystko, co da się wziąć z okrętu, bez wielkiéj dla niego szkody. Zaczniemy od parapetu, a skończymy na téj jego części, która się wznosi ponad wodą, a jeśli i to nie wystarczy, weźmiemy więcéj, byle nam zostało materyału na zbudowanie mniejszego statku.
— Tak, ale to środek ostateczny — zauważył Ludwik — i będziemy go mogli użyć wtedy dopiéro, gdy nasi ludzie będą zupełnie zdrowi i silni. Siły ich opuszczają z dniem każdym, a tymczasem nasi nieprzyjaciele nic dotąd nie ucierpieli. Czy cię to nie zadziwia?
— Zauważyłem to i dziwię się istotnie. Ha, każdy dzień przynosi nową groźbę; niepodobna przewidziéć, co nastąpi.
— To w ręku Boga — zakończył Ludwik. — Weźmy się tymczasem do rąbania drzewa.
Pomimo zimna, ująwszy siekiéry, narąbali tyle drzewa z parapetu, ile można było wziąć bez szkody dla statku. Gdy wrócili z nowym zapasem, komin zapłonął znowu żywym i ożywczym blaskiem, a marynarze kolejno czuwali nad tém, aby go regularnie podsycać.
Przyszła chwila, w któréj Ludwik Cornbutte i jego przyjaciele uczuli ostateczny prawie upadek sił. Ojciec Ludwika leżał w ciężkim szkorbucie, cierpiąc okropnie; Gervique i Gradlin doznawali jego przedwstępnych symptomatów. Gdyby nie sok cytrynowy, który im podtrzymywał resztę sił, nieszczęśliwi ludzie jużby z pewnością nie żyli.
Lecz pewnego dnia, a mianowicie 15 stycznia, gdy Ludwik Cornbutte zaszedł do składu, aby się zaopatrzyć w nowy zapas cytryn, z przerażeniem spostrzegł że baryłka, w któréj były trzymane, znikła. Pobiegł natychmiast do Penellana, aby mu udzielić téj bolesnéj nowiny. Złodzieja nie trzeba było szukać, można się go było łatwo domyślić. Ludwik Cornbutte zrozumiał teraz dobrze, dlaczego to zdrowie jego nieprzyjaciół było wciąż w tak pomyślnym stanie. Ale, na nieszczęście, przyjaciele jego nie mieli teraz dość siły, aby odebrać to, co wydarto im tak nikczemnie — to, co było jedynym środkiem utrzymania ich przy życiu. Myśl o téj bezsilności pogrążyła go w okropnej rozpaczy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.