Dwie sieroty/Tom II/XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Dwie sieroty
Podtytuł Dorożka № 13
Wydawca J. Terpiński
Data wyd. 1899-1900
Druk J. Terpiński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Fiacre Nº 13
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.

Pani Leroyor posłyszała w drugim pokoju głos obcy.
— Berto, kto przyszedł? zapytała, czy doktór?...
— Moja matka już nie śpi, wyrzekło dziewczę do przybyłego. Zechciej pan chwilę zaczekać, powiadomię ją o tem.
I weszła do sypialni oznajmując matce o przybyciu jakiegoś nieznajomego, który koniecznie pragnie z nią się widzieć.
Pani Leroyer pomyślała natychmiast o Ireneuszu Moulin.
— Przyprowadź go tu coprędzej, odpowiedziała.
Eugenjusz po wejściu do sypialni, ujrzał umierającą już prawie kobietę, tak białą jak poduszki na których spoczywała.
— Pan życzyłeś, widzieć się zemną? zapytała wdowa słabym głosem.
— Tak pani... Chciałbym pomówić z nią bez świadków.
— Moja córka więc obecną być przy tem nie może?
— Nie pani... odrzekł wysłaniec Moulin’a.
— Dla czego taki surowy nakaz?
— Nie wiem... tak mi polecono uczynić. Nie moja to zresztą tajemnica...
— A więc wychodzę... ozwała się Berta, mocno zdziwiona zachowaniem się nieznajomego.
— Otóż jesteśmy sami, zaczęła pani Leroyer. Jaki interes sprowadza pana tu do mnie? Kto pana przysyła?
— Ireneusz Moulin.
Zamglone spojrzenie chorej, żywym ogniem zabłysło.
— Jest więc już wolnym? zapytała.
— Nie pani. Gdyby był wolnym, sam by tu przyszedł. Polecił mi tylko oddać do rąk pani dwie rzeczy...
— Cóż takiego?
— List i klucz... Ot! wszystko.
To mówiąc Eugenjusz zbliżył się do łóżka na którym spoczywała dogorywająca już pani Leroyer, i podał jej powierzone sobie przedmioty.
— Dziękuję panu!... odparła drżącym głosem. Niech ci Bóg wynagrodzi.
— Ireneusz polecił mi jeszcze dodać pani, że „nadzieja i odwaga nie powinny jej odstępować na chwilę!“ Teraz wypełniwszy dane mi polecenie, czuję się w obowiązku ostrzedz panią o pewnym grożącem jej niebezpieczeństwie...
— O jakiem niebezpieczeństwie? zapytała z trwogą.
— Ten dom jest pilnie strzeżony przez policyjnych agentów. Jeden przebrany za wieśniaka, siedzi w izbie odźwiernego, drugi, przed tym tu domem, ustawił pozornie stolik z przyrządami do czyszczenia obuwia. Zkąd i dla czego to wszystko, objaśnić panią nie umiem. Wolałem ostrzedz wszelako, ażebyście się panie miały na baczności. A teraz żegnam. I z niskim ukłonem, opuścił pokój chorej.
Berta przeprowadziła go do drzwi, a pożegnawszy i ją ukłonem, zbiegł ze schodów z lekkim sercem, zadowolony tak pomyślnie załatwionym zleceniem.
Wyszedłszy na ulicę, wstąpił do najbliższego sklepu, aby się dowiedzieć która godzina.
— Dziewiąta minut trzydzieści pięć, rzekł, spojrzawszy na zegar. Niemam już wiele czasu do stracenia. Wolę nawet dla uspokojenia tego nieboraka wydać pieniądze na dorożkę, niż mu kazać wyczekiwać w obawie i niepewności tak długo.
Z tą myślą pobiegł na ulicę de Piennes, gdzie spotkał wolną dorożkę.
— Czy zawieziecie mnie w ciągu dwudziestu minut do więzienia świętej Pelagji? pytał woźnicy.
— We dwadzieścia minut!... to trochę za ciężko...
— Dam dwadzieścia sous na piwo.
— Siadaj pan... spróbujemy.
— Zatrzymacie się jednak przed pierwszą dystrybucją, mówił dalej Eugenjusz. Poczęstuję was cygarem.
— Zgoda. Znam jedną mającą dobry towar, przy ulicy Vaugirard. I w kilka minut stanął przed sklepem.
— Spiesz się pan, mówił do swego pasażera, byśmy nie chybili umowie.
Eugenjusz wrócił niebawem z paczką tytuniu dla mechanika i dwoma cygarami, przeznaczając, jedno dla woźnicy drugie dla siebie.
Popędziwszy kłusem, na dwie minuty przed dziesiątą, stanęli na wprost więzienia, i po zapłaceniu woźnicy, jego pasażer zdążał ku bramie wchodowej, gdzie przystanął oczekując.
Ireneusz tymczasem pewien, że już posełki na czas nie otrzyma, pogodził się z swym losem. Ze spuszczoną głową, i tysiącem smutnych myśli przechodził korytarz więzienny dążąc do kancelarji, dla dopełnienia niektórych koniecznych formalności.
Poraz drugi wywoływano ich po nazwisku, a potem prowadzono do więziennego wozu. Eugenjusz stojący w pobliżu bramy, patrzył na to wszystko.
Nagle, chcąc zwrócić na siebie uwagę klasnął głośno. Moulin przechodząc właśnie koło niego, obejrzał się, i dostrzegł wzniesioną w górę jakąś rękę z paczką tytuniu.
Jaki ciężar ubył z jego przygniecionej rozpaczą piersi, trudno opowiedzieć. Wszystko już bowiem teraz było na dobrej drodze. Nie obawiając się podstępu, mógł podać adres swojego mieszkania i żądać uniewinnienia.
Po napełnieniu więźniami wozu, zamknięto go szczelnie. Dwóch żandarmów eskortowało wehikuł, prowadząc go tło pałacu Sprawiedliwości.
Wtedy to dopiero Eugenjusz oddał dozorcy paczkę tytuniu dla Moulina.


∗             ∗

Wiemy, że Theifer po ostatniej rozmowie z księciem de la Tour-Vandieu, po kilka razy dziennie zachodził do pałacu Sprawiedliwości, i do prefektury. Zostawszy ślepym narzędziem w ręku Jerzego, pragnął wywiązać się z przyjętych na siebie zobowiązań.
Żyjąc w blizkich stosunkach z urzędnikami, o wszystkiem mógł się dowiedzieć, i zażądał listy wezwanych do badania winowajców, w której z radością dojrzał upragnione przez siebie nazwisko.
Po przeczytaniu, odsunął papier obojętnie z pozoru, a przeszedłszy do swego gabinetu usiadł przy biórku, i nakreślił list tej treści:

„MOŚCI KSIĄŻĘ“.

„Znana nam sprawa, jest na dobrej drodze; sądzę, iż w dniu dzisiejszym będę mógł udzielić stanowczych wiadomości.
„Pokornie zatem upraszam, ażeby wasza książęca mość raczył na mnie oczekiwać w poobiednich godzinach. Tymczasem łączę wyrazy głębokiego szacunku, i zupełnej gotowości, z jaką zostaję do usług pańskich

pokorny sługa
THEIFER.

Po odczytaniu tego krótkiego bileciku, zadowolony z siebie, opieczętował kopertę, a położywszy adres, wyszedł z biura aby powierzyć ów list posłańcowi.
— Mój chłopcze, rzekł do niego, trzeba natychmiast odnieść to pismo.
— A gdzie... panie?
— Na ulicę świętego Dominika, № 10. Oddasz ten list odźwiernemu pałacu, z zaleceniem aby co rychlej doręczono go księciu.
— Dobrze to wszystko, ale kto mi za mój kurs zapłaci? pytał posłaniec, bo chociaż to idzie się do księcia...
— Ja, mój kochany, przerwał Theifer. Spraw się dobrze... Masz oto dwadzieścia sous.
Posłaniec zadowolony, wyruszył w drogę.
— Teraz, bacznie wszystkiego pilnować trzeba, rzekł do siebie Theifer.
Powiadomiony szczegółowo o porządku zachowywanym przy badaniu, jakoteż o godzinie przybyciu woza więziennego, stał na podwórzu prefektury, chcąc się naocznie przekonać o obecności Ireneusza.
Wkrótce z zakrytego wehikułu, poczęli wysiadać więźniowie, jakich przeprowadzano kolejno do sali nazwanej: „pułapką“, a ztamtąd dopiero stosownie do życzenia sędziego przywoływano ich do badania.
Upewniwszy się Theifer co do obecności Moulin’a stał jeszcze chwilę na podwórzu, obliczając możliwe korzyści ze zwierzeń mechanika.
— Jeżeli sędzia śledczy będzie miał spryt, mówił sobie, to jeszcze dziś przed wieczorem powinien mieć w ręku adres obwinionego.
Nie będziemy szczegółowo opisywali więzienia „Conciergerie“ i licznych labiryntów pałacu Sprawiedliwości, powiemy tylko, że owa „pułapka“, składała się z trzech dużych sal ciemnych i wilgotnych, gdzie kamienne ławy i stoły zastępowały umeblowanie. Dozwolonem tam było oczekującym więźniom palić cygara, jeść i pić ile tylko chcieli, rozumie się za własne pieniądze.
Jakiś przemyślny handlarz, urządził tam bufet, z którego ciągnął olbrzymie zyski, gdyż najubożsi nawet więźniowie zostawiali u niego resztki swoich pieniędzy, nie mówiąc o bogatszych którzy najczęściej po dokonanym badaniu, wracali na wpół pijani do swoich wozów więziennych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.