Dziewice nocy albo anioły rodziny/Część druga/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Dziewice nocy albo anioły rodziny
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1853
Druk Drukarnia J. Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Belles-de-nuit ou Les Anges de la famille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.
Wróżby.

Djana i Cyprjana od kilku chwil przebywały w chacie przewoźnika. Gdy weszły, Benedykt przestał nócić; uniósłszy się na łokciu, powitał z uszanowaniem dziewice. Poczém, zachował nieruchomy postawę na tapczanie, mając wzrok wryty w belki powały swéj chaty.
Widząc go tak wynędzniałego, schorzałego, z otwartemi usty, możnaby mniemać że już nie należał do tego świata, zwłaszcza że sam umieścił na swych piersiach czarny krzyżyk, zabezpieczający od złego ducha łoże trupa.
Kawałek smolnéj drzazgi tlącéj zatknięty w ścianie za łóżkiem, oświecał jego rysy kościste, które rzucały cień na oblicze jego.
Cyprjana była bladą, i drżała spoglądając na niego.
Migotanie płomyka oświecało tapczan i pieniek drzewa, na którym stała skorupa z wody święcony i kropidło. Izba zresztą była zaciemniona i gdy drzazga wydawała mocniejszy odblask, ukazywały się ubogie sprzęty przewoźnika.
Zewnątrz powietrze było ciężkie, w chacie zaledwie można było oddychać; atmosfera napełniona wyziewami dusznemi i zimnemi, które zwiastują konanie.
Djana stała przy łóżku Benedykta, Cyprjana zaś siadła opodal, mieszając napój w kubku fajansowym.
— I cóż Benedykcie — rzekła Djana — czy nam dziś nie odpowiesz? słyszałyśmy przecie jakieś nócił przed chwilą, dla czegóż teraz milczysz?
Starzec nic nie odpowiedział. Jego oddech zwykle ciężki i donośny, był obecnie tak słabym, że nie można go było dosłyszéć.
— Moja siostro... moja siostro — mówiła Cyprjana — idźmy po księdza... bo może jesteśmy w izbie umarłego.
Najlżejsze poruszenie przewoźnika nie zaprzeczyło tej uwadze. Leżał rozciągnięty mając usta i oczy otwarte; z rękami na krzyż założonemi, podobny do posągu leżącego, jakie się dają widziéć na nagrobkach.
— Benedykcie! mój biedny Benedykcie!... — wołała Djana — wszak ci wiadomo że ciebie kochamy... dla czegóż nas tak zatrważasz? Przyszłyśmy dzisiaj zbyt późno, lecz to nie z naszéj winy... Benedykcie odpowiedz nam!
Jeszcze milczenie. Cyprjana doznawała dreszczu w żyłach, jéj nogi uginały się pod lekkim ciężarem jej ciała.
Djana zbliżywszy się do wezgłowia Benedykta, rzekła:
— Może miałeś pragnienie, i nie mogłeś powstać ażeby się napić... biedny... wzywałeś nas... godzina w któréj ciebie zwykle odwiedzamy minęła i sądziłeś żeśmy o tobie zapomniały.
Ciągle toż samo milczenie, Cyprjana straciwszy odwagę, zamyślała uciec. Djana przeciwnie jeszcze bliżéj przystąpiła do łoża przewoźnika, a ująwszy rękę jego pomacała za puls.
Za dotknięciem paluszków dziewicy, Benedykt lekko drgnął. Westchnienie ciężkie wydobyło się z jego ust bezbarwnych i powieki mrugnęły jak gdyby uwolnione od czarów.
— Sobótka płonęła świetnym ogniem — odezwał się zmrużając oczy ze znużeniem, — widziałem jéj czerwony ogień przezedrzwi chaty... jest to dzień radości moje dzieci... tańczą na folwarku i bawią się w ogrodzie Penhoela... a biedny Benedykt sam pozostaje... i nie może umrzeć tak prędko
Djana wziąwszy kubek z rąk Cyprjany podała mu go. Benedykt wstrząsnął głową odmownie.
— Był czas — mówił dalej — gdy Penhoel przychodził żegnać się ze swemi konającemi sługami... Wtedy Penhoel nie zapomniał o wszystkéem co było dobrém i szlachetném... lecz jeszcze jest inne konanie i dla tego przebaczam synowi pana mego...
— Napij się — mówiła Djana — to ci ulży.
— Jedyna ulga jakiéj doznaję — odpowiedział starzec — jest to, gdy słyszę twój miły głos.
Djano... Penhoel był człowiekiem którego kochałem jak ojciec może kochać syna swego... w miarę, jak się zbliżam do kresu dni moich, wzrok méj duszy widzi dokładniéj i daléj... on żyje... powróci może, gdy już będzie za późno! Moje dzieci... wy macie jego duże oczy i jego dobre serce... gdy się dostanę tam wysoko... do podwojów raju... nim przemówię za sobą, będę się modlił za niego i za was....
Głos jego ożywiał się stopniowo i głowa wznosiła się nad poduszkę.
— Nie... nie... — mówił dalej odpowiadając na słowa, które poprzednio słyszał gdy leżał jak martwy — nie, ja się nie gniewam na was moje dzieci... wiedziałem że dziś jeszcze przyjdziecie... lecz jutro...
Przewoźnik podniósł się zwolna i z wysileniem usiadł na łożu.
— Zbliżcie się do mnie moje dzieci — mówił daléj z powolniejszém i pełn rm wzruszenia głosem żebym się jeszcze raz wam przyjrzał... moja piękna Djano i powabna Cyprjano... miłe kwiatki.... Tak, tak... gdyby starszy Penhoel był wrócił, starzec widziałby jeszcze dni błogie... lecz się spóźnia... spóźnia... tak jakby Bóg sprzeciwiał się temu.
Odsunąwszy wtył włosy, oczy jego zaczęły się iskrzéć.
Obie siostry słuchały go z uwagą i ze wzruszeniem.
— Widzę wiele rzeczy — mówił starzec. Dla czegóż moja wola musi się stać bezskuteczną?
Dzieci... jeżeli jutro nie przyjdziecie, będę sam... gdyż wszyscy opuścili moje łoże cierpienia... Bóg odejmie mi jedyną radość na świecie...
— Lecz my przyjdziemy — przerwała Djana.
Cyprjana dodała usiłując się uśmiechnąć:
— Przecież przyjść muszę przygotować ci napój dobry ojcze Benedykcie, jestem przecież twoim lekarzem.
— Co do mnie — odpowiedział przewoźnik — nic nie potrzebuję, moje godziny są policzone...
Głód, pragnienie i choroba nie ujmą mi życia; bo lubo Bóg naznaczył mi chwilę skonania, to ta jeszcze nie tak prędko nastąpi... Cyprjano! ty która chciałaś iść po księdza ażeby przyszedł odmówić nademną modlitwę konających, ty mnie poprzedzisz moja córko...
Cyprjana drżąca pochyliła głowę, bo przywykła wierzyć słowom starca jak wyroczni.
— Nie mów tego — pomruknęła Djana — wiadomo ci bowiem, że potrzebujemy całéj naszéj odwagi.
Lecz Benedykt Haligan zdawał się ulegać niepowściągniętéj władzy. Nie był podobnym do siebie samego. Wyprostował się, twarz jego objawiała natchnienie, a płomień jaśniał w głębi zapadłych jego oczu.
— I ty także Djano! — mówił daléj — obie... obie razem... nie przerywajcie mi, gdyż ta chwila w któréj mi Bóg powraca siły, będzie krótko-trwałą... jestem sam... nie mam syna ani córki... nie kocham nikogo oprócz was i starszego Penhoela... od lat 70 jestem ubogim... a przecież uzbierałem mały skarb, który zakopałem pod nad rzeką wielką osiną, do któréj przyczepiałem prom w tym czasie, gdy miałem się przeprawiać przez wodę...
— Słuchajcie uważnie... gdyż każdy człowiek może się omylić, i moje przepowiednie być może są tylko wypadkiem marzeń starca... dałby to Bóg moje dzieci i dałby Bóg żeby tak było...
— Pod osiną jest sto sztuk sześcio-liwrowych w garnku glinianym... zbierałem je pojedynczo i przez wiele lat pracy.
— Wtedy gdy Penhoel był szczęśliwym i bogatym, zamierzyłem ofiarować moje pieniądze księżom, ażeby po méj śmierci odprawiali mszę za moją duszę i za wieczny spoczynek niebieskich, których zabiłem w wojnie.
— Lecz odkąd zubożał Penhoel — nie przerywajcie mi, wiem co mówię, słudzy jego nie powinni o nim zapominać.
— Powiedziałem sobie: te pieniądze będą dla pani, albo dla Ludwika gdy powróci może i nie potrafi odzyskać swéj puścizny, albo dla córek Jana Ponhoela.
— Pamiętajcie dobrze o tém co mówię... gdyż więcéj nie powtórzę tego... jakkolwiek bądź, czy będę żył, czy umrę, czy to jutro, czy za lat dziesięć, sto sztuk sześcio-liwrowych są waszą własnością.
Cypijana i Djana miały łzy w oczach.
— Biedny ojciec Benedykt, jakże jest dobry! — przemówiły razem.
Starzec uśmiechał się z goryczą i smutkiem.
— Nie dziękujcie mi — odpowiedział — chyba gdy usłuchacie mojej rady:
— Jakiej rady?
— Dzisiaj, w téj godzinie w której do was mówię... pożegnajcie mnie na zawsze; nie tracąc czasu wracajcie do pałacu i udajcie się po pieniądze zakopane pod osiną...jak je dostaniecie, przeprawcie się przez wodę i uciekajcie tak daleko jak tylko będziecie mogły.
Djana i Cyprjana wzruszyły główkami.
— A nasz ojciec? — szepnęły — pani Blanka...
— Cóż może starzec przeciw woli Boga — rzekł Haligan.
Poczém pogrążył się w milczeniu z założonemi rękami na piersiach, mając oczy do nieba wzniesione.
Djana i Cyprjana trzymały się za ręce. Ich powabne twarzyczki oświetlone słabo płomieniem migotliwym drzazgi, wyrażały melancholijne poświęcenie i ukorzenie.
Obie wierzyły wieszczym słowom Benedykta, obie pewne były że ich oczekuje śmierć bliska i gwałtowna. Poświęciły swoje dusze Bogu, lecz nie chciały uciekać.
Ofiara była spełniony bez wybuchów, z pobożną cichością. Spoglądały mężnie na śmierć męczęńską.
Po kilku chwilach, Benedykt przemówił jakby do siebie:
— Mój Boże! dla czegóż ukazujesz przyszłość tym którzy są zbyt słabemi ażeby zaradzić mogli nieszczęściu, lub je uprzedzić zdołali!... Odkąd ten człowiek postawił nogę na moim promie w czasie burzliwej nocy... odkąd błyskawica ukazała mi się po raz pierwszy jego oblicze, głos odezwał się w głębi mego sumienia... od lat trzech widuję go w moich marzeniach nocnych i dziennych, gdy czuwam lub śpię... i zawsze widzę to samo! nieszczęście... nic jak nieszczęście!...
Lekki rumieniec okrasił jego blade lica, oczy zajaśniały żywszym ogniem.
— Oh! gdybym jeszcze miał rękę człowieka! — wykrzyknę! — lecz jestem tylko trupem... on tu przybył w czasie powodzi w nocy, gdy młyn Hussajski był uniesiony przez wodę... przybył w chwili klęski i burzy.... powódź go porwie... powódź i burza... lecz nim to nastąpi, pozbawi życia nie jednego i nie jedną... trzy dziewice dziś żyjące, zamienią się na dziewice nocy a tu godzina jest bardzo bliską Djano... bardzo bliską Cyprjano....
— Przyglądałem się tego wieczora pięknemu słońcu jesiennemu zachodzącemu za pagórek, i mówiłem sobie: córki Jana Penhoela są młode, piękne, kochane... jutro słońce oświeci moją chatę... gdzież będą w téj chwili córki Jana?....
Cyprjana i Djana zadrżały.
— Jakto?... tak prędko?... — zapytała z cicha Djana.
— Bagna są głębokie — pomruknął przewoźnik — i lubo wody stoją nisko, można je dnakże utopie dwoje biednych dzieci w wirze pod białą niewiastą.
Cyprjana oparła główkę na łonie Djany, która ją przycisnęła do serca.
— Potém, duch złego będzie panował w pałacu... biedna Marta... widzę ją płaczącą nad swym dziecięciem.
— I Blanka także! — odezwała się Djana która nie płakała nad sobą, lecz uroniła łzę nad losem anioła.
— A Penhoel... zawołał przewoźnik wstrząsając swemi siwemi włosami — kogóż Penhoel zabije....
Oczy starca krwią zaszły, głos jego zatamował się.
— Penhoelu! — zawołał wzrokiem widma w przestrzeni — litości... to twój brat!...
Ręce jego opuściły się na kołdrę.
— Mówiłem — kończył z wysileniem — że zabije duszę i ciało!....
Powalił się ciężko na łoże i przestał mówić.
Cyprjana i Djana przejęte były trwogą.
Przez kilka chwil grobowe milczenie panowało w chacie; poczém znów iskra życia błysnęła w zgasłém oku starca.
— Słuchajcie! — przemówił zwięzłym głosem.
Poruszenie jego nakazywało milczenie, jakby chciał pochwycić oddalony szelest.
— Słuchajcie... — powtórzył po raz trzeci — czy nie słyszycie że o was mówią pod wieżą?...
Obie siostry spojrzały na niego z zadziwieniem. Odległość od chaty do wieży była tak znaczną, że tylko krzyk donośny mógł być dosłyszanym.
— Oni są tam... — mówił Benedykt — nikczemni i chciwi zbójcy... uciekajcie! uciekajcie moje dzieci... jeszcze czas!
I gdy Djana i Cyprjana stały jak wryte, Benedykt odezwał się:
— Oni są tam mówię...jeżeli nie chcecie uciekać, idźcie przynajmniej dowiedźcie się, jaki wam los gotują...
W głosie Benedykta było tak głębokie przekonanie, że Cyprjana i Djana nie zastanawiały się nad odległością od wieży.
Wybiegły z chaty jakby było dostatecznym wyjść zewnątrz dla dosłyszenia głosów, które miały objawić przyszłość, jaka ich oczekiwała.
Zewnętrz panowało milczenie. Ciężkie powietrze nie poruszało liści. Obie siostry wstępowały na pionową ścieżkę wiodącą do wieży.
Pomimowolnie puściły się tę drogę, gdyż umysł ich zajęty był wyłącznie posępnemi myślami, które w nich wzbudził Haligan.
Zbliżajęc się do szczytu, Djana zatrzymała się ścisnąwszy silnie rękę Cyprjany.
Benedykt nie omylił się. Dosłyszały kilka głosów pod wieżę, i zdawało się im, że ich imiona były często powtarzane.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: anonimowy.