Jasnowidząca (de Montépin, 1889)/Tom I/XXIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Jasnowidząca
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1889
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz Helena Wilczyńska
Tytuł orygin. La Voyante
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.

Tego wieczora nie udał się Rodille do swej małej, tajemniczej izdebki na ulicy Radziwiłłowskiej. Nie miał przyczyny przebierania się bo nie szedł ani do owej podziemnej jadalni sławnej dla nóżek cielęcych na sposób kurcząt przyrządzonych, ani do ogrodu Palais-Royal.
Myśl wielkiego przedsięwzięcia tak go teraz zajęła, że ani na chwilę nie pomyślał o swych zwykłych interesach, podobnie jak doświadczony dowódzca, który widzi zbliżającą się godzinę walnej bitwy i wszystkie siły duchowe skupia, aby wynik tejże obliczyć, wszystkie środki zebrać i niczego, nawet najmniejszej rzeczy niepewnemu przypadkowi nie zostawić.
Zanim jeszcze 20 minut upłynęło już był na ulicy Pas-de-la-Mule i stał przed domem, gdzie tandeciarz i mechanik mieszkali, i badał okiem znawcy uważnie wszystkich szczegółów a zwłaszcza kobrze się przypatrywał oknom mieszkania Vaubarona.
Było tych okien, jak już wiemy, trzy, a przed niemi znajdywał się żelazny ganek, który swą brzuchatą wypukłością wystawał nieco po nad dach jednej ze stajni hotelu barona Viriville.
— A! wszakże to wygodniejsze od wschodów, mruczał Rodille ukończywszy swoje badania.
Wbiwszy sobie wszystko dobrze w pamięć, udał się do małej restauracyi w tej dzielnicy miasta, przepędził potem część wieczoru grając w bilard w jakiejś pokątnej kawiarni, a wreszcie na kilka minut przed dziesiątą udał się przed hotel barona i stanął tu milczący, oparłszy się o słupiec bramy.
Zegar na najbliższej wieżycy kościelnej wskazywał dziesiątą godzinę.
W roku 1830 dzielnica Marais była o godzinie dziesiątej wieczorem już zupełnie opustoszała i bardziej głuchą niż dziś jakikolwiek kątek w mieście chociażby prowincyonalnem. Psy nie mające panów i zgłodniałe koty stanowiły jedyne zaludnienie smutnych ulic.
Zaledwie przebrzmiały głosy dzwonu w powietrzu, podniósł Rodille swą laskę z ołowianną gałką i trzykrotnie lekko do bramy zapukał.
Pukanie to zdawało się być niecierpliwie oczekiwanym znakiem, bo małe drzwiczki w bramie umieszczone otworzyły się natychmiast, kobieca ręka ujęła Rodilla za ramię i wzruszony głos rzekł cicho, ale namiętnie:
— Przecież raz przyszedłeś mój drogi, kochany przyjacielu. Dwa długie dni minęły a nie widziałam pana ani razu. Ach mój Boże! jak długim wydał mi sie ten czas.
— A cóż dopiero mnie, moja ty droga Urszulo! — odpowiedział ogniście bandyta, i przytknął namiętnie usta do białej, pulchnej rączki gospodyni domu — prawdziwie pożerała mnie tęsknota, czułem prawie że umieram i nie mogłem się doczekać tej chwili, w której cię oglądam i tak jestem szczęśliwy.
Na dziedzińcu hotelu było ciemno. Urszula poszła naprzód a za nią udał się Rodille nie ociągając się wcale, jak człowiek, który z miejscowością, gdzie się znajduje, doskonale jest obeznany. Po wschodach szli obok siebie, przeszedłszy potem przez obszerną sień weszli do małego saloniku, który tylko skąpo nocna lampa oświecała.
— Stąpaj pan jak najciszej — rzekła Renaud zaledwie słyszalnym głosem, wstąpiwszy do salonu, — baron ma dziś atak podagryczny, cierpi jak skazaniec i pewnie jeszcze nie śpi.
— Nie prawdaż, że między nim a nami tylko te jedne drzwi się znajdują?
Gospodyni odpowiedziała tylko skinieniem głowy.
Polecenie stąpania cicho, jakie Urszula wydała, było zresztą wcale zbyteczne, bo człowiek, którego odwidzinami cieszyła się, posiadał tę wszystkim zręcznym złodziejom wspólną własność, z której Jack Sheppard tak doskonałe ciągnął korzyści, w jak najwyższym stopniu.
Oboje potem dostali się do komnat, których gospodynia wyłącznie używała. Komnaty te były bogato przybrane. Na ścianach wisiały drogocenne malowidła. Możnaby z pewnością twierdzić, że żadna jeszcze gospodynia tak pięknych pokoi nie posiadała, a ktoby był nieobeznany ze stosunkami i tu wszedł, tenby przysiągł, że się znajduje w najpiękniejszych pokojach samej właścicielki hotelu.
Na środku pokoju, dokąd weszli, stał okrągły stół a na nim znajdywały się dwa przepyszne nakrycia z najpiękniejszej porcelany.
Na mniejszym obok dużego stojącym stoliku, ustawiona była dość znaczna ilość większych i mniejszych flaszek z rozmaitemi napisami.
— A moja bogini przy stole — rzekł żartobliwie Rodille — nie można lepiej mówić o miłości, jak gdy się je i pije. Przypatrz no się pani tym kurczętom i temu pasztetowi! Cudowny widok.
— Ach! znajdujesz pan ten pasztet ponętnym? Nadziałam go truflami z Perigord i spodziewam się że będzie godzien pańskiego apetytu.
— A zatem, gdy jest tak szlachetnego rodzaju, więc na nim zrobimy początek.
— I polejemy tem hiszpańskiem winem, co się jak złoto połyskuje, nie prawdaż?
— Niech żyje nasza miłość, moja ty królowo!
— I nasze bliskie małżeństwo, mój kochany!
Zbójca postawił próżną szklankę na stole i przybrał minę poważną.
— O czem dumasz mój kochany? zapytała spiesznie Urszula.
— Myślę o naszem przyszłem szczęściu i mojej najbliższej przyszłości — odpowiedział Rodille niby ocknąwszy się z marzeń, lecz rychło dodał:
— Myślałem także o testamencie starego.
— A! ten jest w najlepszym porządku.
— Czytałaś go pani?
— To nie.
— Jeżeli tak jest kochana Urszulo, to nie wiesz wcale, jakie ostateczne rozporządzenie baron uczynił.
— Co? Toby nie miało być na moję korzyść? zapytała Renaud szyderczo — co do tego punktu jestem zupełnie spokojna. Baron mówił o tem ze mną więcej niż dwadzieścia razy, a potem komużby mógł w ogóle majątek zostawić?
— Nie ma dzieci — rzekła po chwili — nie ma żadnych krewnych, jestem wszystkiem dla niego, a chociażbyśmy przypuścili, iżby myślał o tem, aby mnie wydziedziczyć, to, czyż w takim razie nie byłby w najwyższym stopniu niewdzięcznym?
Rodille słysząc to, przygryzł wargi, aby nie wybuchnąć głośnym śmiechem, bo to, że Urszula mówiła o niewdzięczności barona, wydało mu się nad miarę komicznem.
— Masz zupełną słuszność, ty wzorze Wenery — rzekł po kilku sekundach, których użył, aby powściągnąć ochotę wynurzenia wesołości — masz zupełnie słuszność i jestem daleki od tego, abym nie uznał tego, co mówisz, lecz tacy starzy ludzie są zwykle dziwaczni i widziano już często, że najlepsze spadki z rąk się wysuwały tym, którzy się uważali za najpewniejszych dziedziców.
— To u mnie nigdy nie nastąpi, daję na to w zakład moje głowę! Baron jest do mnie przywiązany więcej, niż o tem mówić mogę.
— To pewnie, bo każdy, kto się do niej zbliży, musi być jej niewolnikiem, tymczasem zawsze byłoby lepiej mieć pewność w tym względzie.
— W jakim względzie?
— No, co do treści testamentu. Jeźliby ten nie był tego rodzaju, iżby w zupełności odpowiadał życzeniom pani, to w takim razie możnaby się postarać o to, aby umierającego nakłonić do zmiany swego rozporządzenia.
— Tak, rozumiem, lecz jakby się to dało uskutecznić?
— Czy wiesz pani, gdzie testament przechował?
— O wiem! Baron umieścił go w mojej przytomności w dobrze zabezpieczonej skrzyni, w gabinecie, który do jego sypialni przylega.
— A gdzież jest klucz do gabinetu?
— Tkwi w zamku, drzwi stoją zawsze otworem.
— A klucz do skrzyni?
— Ten leży pod poduszką barona i nigdy z nim się nie rozstaje.
— I nie byłoby to dla pani możliwą rzeczą przyjść do posiadania tego klucza bodaj na kilka minut?
— Ba, kiedyż?
— Jeszcze tej nocy.
— Wielki Boże! Czego to mi pan doradza?
— Ja? nic, tylko rzeczy bardzo pożytecznej i jeźli pani chcesz, wcale koniecznej. Zresztą stanie się to tylko w jej własnym interesie, który mnie zawsze zarówno obchodzi jak jej własny. Powiedz pani zatem, jeszcze raz proszę, czy to jest możliwe, tak albo nie?
— Nie mogę powiedzieć „tak”.
— Dlaczegóż pani nie możesz?
— Ten stary głupiec, zapewne nie śpi, a chociaż przypadkiem zasnął, toby się zaraz obudził gdyby kto do jego pokoju wszedł. Cóż dopiero gdyby się kto tknął jego poduszki.
— Cóż to może znaczyć? Nie brakuje pani na dowodzie tłumaczenia się. Powiedz pani żeś się obawiała, czy mu nie jest gorzej i żeś przyszła aby mu co podać. Przy tej sposobności będziesz mogła dopiąć swego.
— Jeżeli pani klucz posiądziesz — mówił dalej Rodille — to udasz się potem do gabinetu, otworzysz skrzynię, wyjmiesz testament i przyniesiesz mi do salonu. To wszystko może się stać w jednej minucie.
— A co pan myślisz zrobić z testamentem?
— Przeglądnę go, podczas gdy pani nacieraniem, herbatą i pociechą będziesz się starała uśmierzyć cierpienia barona. Taki papier można prędko przeczytać. Przekonawszy się o jego treści, zwrócę go pani w tym samym stanie, w jakim mi go wręczyłaś, a pańską troską dalej będzie zanieść go na dawne miejsce, na co nawet minuty czasu nie potrzeba.
— To wszystko jest bardzo piękne, lecz nieprzełamana przeszkoda czyni wykonanie wcale niemożliwem.
— Cóż to za przeszkoda?
— Jest nią koperta opieczętowana, a na pieczęci znak barona wyciśnięty pierścieniem, który zawsze nosi na palcu. Jakżeż pan kopertę otworzysz, nie naruszywszy pieczęci, a pojmiesz pan, kochany panie Rodille, iżbym względy pana barona na zawsze utracić mogła, coby mnie całego szczęścia w przyszłości pozbawiło.
— Tak, tylko pieczęć panią niepokoi?
— Myślę, że to więcej niż dosyć.
— Wielka myłka i nic więcej. Odbyłem stadya w tym względzie, będąc w mojej młodości przez czas dłuższy na praktyce u pieczętarza. Pieczęć nie jest dla mnie żadną przeszkodą i zwrócę pani testament tak, jak gdyby go nikt w ręku nie miał. Takie próby robiłem już wiele razy i żadna mnie nie zawiodła. To tylko zabawka, do której prócz trochę zręczności niczego więcej nie potrzeba.
— A jesteś całkiem pewny swej rzeczy, kochany panie Rodille?
— Co? czy myślisz moja najdroższa, iżbym był wstanie mojej najukochańszej bodaj najmniejszą sprawić nieprzyjemność?
— No, to chodźże pan teraz — rzekła Urszula już zdecydowana.
Rodille zatarł ręce z wyrazem niezmiernego zadowolenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Helena Wilczyńska.