Jasnowidząca (de Montépin, 1889)/Tom III/XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Jasnowidząca
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1889
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz Helena Wilczyńska
Tytuł orygin. La Voyante
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.

Rodille wiedział że nie może wahać się ani chwili, bo gdyby młode dziewczę, a bez wątpienia ono było tą postacią, odeszło do domu i zamknęło się w swym pokoju, to onby z nią mówić nie mógł. Zawołał więc przytłumionym głosem:
— Czy to ty, Blanko?
Córka Vaubarona przelękniona krokami z tej strony, z której Paweł nigdy nie nadchodził, chciała uciekać, lecz gdy usłyszała swe imię, odwróciła się i zapytała:
— Kto mię wola?
— Przyjaciel — odpowiedział Rodille.
— Przyjaciel? — rzekła Blanka tonem powątpiewania — mam tylko jednego przyjaciela, lecz nie tego, który teraz ze mną mówi.
— To pewne, lecz ja przychodzę od niego.
— Czy to prawda — zawołała Blanka niedowierzając — udowodnij więc pan, abym mogła wierzyć. Wymień pan przynajmniej jego imię.
— Paweł Mercier.
Blanka zbliżyła się szybko ze słowy:
— Ach, pan znasz Pawła. Kto pan jesteś?
Kłamstwo było niepotrzebne, więc nie udanym, lecz słodkim głosem rzekł:
— Jestem Rodille.
— Rodille! — powtórzyła Blanka cofając się z odrazą — Rodille nieprzyjaciel!
— Nieprzyjaciel? Ja? Wielki Boże, pani osądzasz mię fałszywie! Jestem najwierniejszym przyjacielem Pawła, i teraz, gdy znam miłość pani ku temu dziarskiemu młodzieńcowi, którego kocham jak własnego syna, czuję i ku pani współczucie i przywiązanie, i chcę to okazać nietylko słowy, lecz także czynem.
Ton mowy Rodillego był tak prawdziwym, tak przekonywującym, jego słowa brzmiały tak ojcowsko, że Blanka, której czyste serce do podejrzeń skłonne nie było, była już do połowy przekonaną, i mimo słusznych skarg, jakie na towarzysza magnetyzera podnieść mogła, rzekła:
— O ja nie chcę nic lepszego, jak wierzyć panu, przecież to tak miło znaleźć tam przychylność, gdzie się na nienawiść liczyło!
— Proszę pani nie wątpić o mnie; myśl pani że to Paweł i udziel mi zaufania.
— Widzę już że Paweł wszystko panu powiedział, lecz nie wiem, po coś pan tu przyszedł; czy on przyjść nie może?
— Nie, najlepsza Blanko.
— Cóż mu przeszkadza?
— Powiem to pani pod warunkiem, że mi przyrzekniesz, że będziesz spokojną.
— O wiem, że żadne szczęście tu pana nie sprowadziło — rzekła Blanka drżącym głosem — Pawła spotkało pewnie jakieś nieszczęście!
— Uspokój się pani, albo ja milczeć muszę.
— Mów pan, o mów pan w imię Boga, bo ta trwoga, ten niespokój zabija mię! Cokolwiekby go spotkało, chcę wiedzieć o tem.
— Nie jest to właściwie żadne nieszczęście, lecz niepomyślny wypadek.
— On jest chorym, rannym, może umierającym.
— Jest ranny, ale przysięgam pani, że nie ma niebezpieczeństwa, zapewniam panią że wyzdrowieje.
— Zlituj się pan nademną, czuję, że myśli mi się mącą; prawda nie może być straszniejszą od tej niepewności. Powiedz pan co się stało; chcę wszystko wiedzieć i będę miała odwagę usłyszeć to.
— Więc słuchaj moje biedne dziecię i wierz mym słowom, bo ci nic nie ukryję. Paweł mieszka w tym samym domu co i ja. Dziś popołudniu wysłałem go w bardzo ważnej sprawie i z niecierpliwością oczekiwałem jego powrotu. W tem usłyszałem na ulicy krzyk, przychodzę do okna i widzę jak dwu ludzi niesie mego przyjaciela prawie bez życia.
Blanka nie miała już siły utrzymać się na nogach, padła na kolana i wołała:
— Boże mój i Panie! O mój dobry Boże, Paweł nie żyje!
— Przysięgam pani jeszcze raz, że tak nie jest! Przyjaciel pani poszedł za swą nierozmyślną odwagą i rzucił się dzikiemu koniowi pod nogi, który mógł roztratować jednę panią i dziecko; koń uderzył go kopytem, on stracił przytomność nie będąc jednakowoż ciężko rannym. Kazałem go zanieść do mego domu, zawołać lekarza, który mię uspokoił, bo muszę wyznać, że mię to bardzo przeraziło — a jeżeli ta noc przeminie bez febry, to Paweł będzie jutro tak jakby zupełnie zdrów.
— Lecz dziś w nocy może mu grozić niebezpieczeństwo?
— Nie mogę zamilczeć, że mimo pomyślnych znaków smutny wypadek zajść może. Gdy młodzieniec odzyskał przytomność, dał mi znak abym oddalił lekarza, a gdyśmy zostali sami wyjawił mi swą miłość i prosił mię abym poszedł tu do doktora Hornera, powiedział pani co go spotkało i błagał, abyś pani przyszła do niego.
— Paweł chce mię widzieć? — zawołało dziewczę.
— Dręczy go tęsknota za tem szczęściem. Czyż pani odmówi czuwać ze mną nad nim przy jego łożu i jako dobry anioł oddalać od niego niebezpieczeństwo?
— Odmówić, ja? ja miałabym mu odmówić, gdy on mię woła? O to byłoby strasznem. Chodź pan, chodź pan, prowadź mię do niego! Miałeś pan słuszność nazywając się naszym prawdziwym przyjacielem.
Rodille osiągnął swój cel, a ciemność ukryła jego szatański uśmiech, jakim śmieje się dyabeł w którego sidła jaki człowiek niepowrotnie został wmotany.
— Chodź pan, chodź pan! — mówiła Blanka.
— A więc chodźmy i przyjm pani me ramię, jeżeliś znużona.
— Nie trzeba mi podpory, będziesz pan widział jak silną jestem! Jakżebym mogła się zmęczyć, gdy Paweł na mnie czeka!
I nie zważając na to, że kolczaste krzaki darły jej suknię, biegła ku drzwiom ogrodowym. Gdyby Rodille wskazał jej teraz przepaść i powiedział: „Paweł jest na dole“ toby się bez wahania w przepaść rzuciła. Teraz szedł on za nią, trąc ręce zadowolony, życząc sobie sam łotrowskiej zręczności.
— Nie wątpiłem o skutku, lecz ani myślałem, że pójdzie tak dobrze i łatwo.
Blanka nie szła lecz biegła przez ogród; na ulicy odwróciła się i zapytała:
— W którą stronę?
— Mam powóz — rzekł nędznik, otwierając drzwiczki od fiakra — proszę siadać.
— A to jeszcze prędzej przyjedziemy! — zawołała radośnie.
— Dokąd, obywatelu? — zapytał woźnica.
— W kierunku de l’Etoile.
— Do piorunów, to daleko.
— Najszybszym kłusem! Dziesięć franków na piwo.
— A to dobrze — odpowiedział woźnica popędzając konie.
— Kiedy będziemy przy nim?
— Za godzinę.
— Mój Boże, jakże to długo.
— Cóż chcesz moje dziecię, ja mieszkam na drugim końcu miasta.
— Lecz pan jesteś pewnym, że gorzej nie będzie.
— Nie ma obawy.
— Jestże to prawdą?
— Zaręczam na moje życie.
Blanka oparła się o róg powozu zaprzestając wszelkich pytań, a powóz pędził przez najruchliwsze ulice Paryża, po upływie trzech kwadransów zatrzymał się, a woźnica zawołał:
— A więc jesteśmy, obywatelu!
Blanka drżała, Rodille otworzył powóz i prosił aby wysiadła.
— Gdzież pan mieszkasz? — zapytała — nie widzę żadnego domu i myślę żeśmy w pustkowiu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Helena Wilczyńska.