Joanna (Sand, 1875)/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor George Sand
Tytuł Joanna
Rozdział IX. Pożegnanie wsi
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bogumił Wisłocki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
Pożegnanie wsi.

Syn to Leonarda przyprowadził na powrót Wilhelma; on to pilnował go, dopokąd się nie przebudził, i on nakoniec wytłómaczył mu, jakim sposobem go z Ep-nell przywiódł i na probostwie umieścił. Niepodobna było Wilhelmowi wyjaśnić sobie przyczyny tego uderzenia krwi do głowy, które na niejaki czas zatamowało w nim czynność władz umysłowych. Nieczuł już, tylko nieco osłabienia i zamętu w głowie. Wstał, sądząc, że na guzie na czole wszystko się zakończy, i z niejaką radością przekonał się, że włosy ukryją jego matce ten nieprzyjemny wypadek. Kadet, który najlepsze serce w świecie posiadał, i któremu z największą surowością polecono dobrze go pilnować, poszedł mu przynieść szklankę wina, podczas gdy się ubiérał, i postanowił udać się na cmętarz, aby obecnym być przy pochowaniu jego mamki, ale w téj chwili spostrzegł powracającego proboszcza wraz z kościelnym, za któremi szła cała rodzina nieboszczki, i wszyscy, którzy ciało jéj do grobu odprowadzili. Joanna szła na samym ostatku, pochylona, zaledwie posuwać się mogąca, z twarzą w kapturze swoim ukrytą, i oparta na Klaudyi, która rzewnie płakała, będąc w głębi serca bardzo dobrą dziewczyną. Joanna pomimo to zbliżyła się do swego chrzestnego panicza, i zapytała go jak się ma? z troskliwością, która do żywego Wilhelma poruszyła w téj chwili. Wziął ją za rękę i zaprowadził do kuchni, gdzie na stołek upadła blada i ulegająca swéj boleści. Zdawało się jej, że po raz drugi matkę utraciła.
Ale Wielka-Gotha, nadchodząc w téj chwili z swoim męzkim ruchem i sposobem mówienia, nie dozwoliła jej ani jednéj chwili odpoczynku w której by się mogła była swobodnie oddać swojej boleści.
— Daléj-że Joaś — zawołała — wstań i podziękuj twoim krewnym i przyjaciołom, którzy odprowadzili uczciwie ciało twojéj matki do grobu, chociaż bardzo dobrze wiedzieli, że się nasz dom spalił, i że dla tego niebędziemy mogli uczęstować ich nawzajem według naszego zwyczaju za powrotem z cmętarza. Przeproś ich za to i podziękuj im. Daléj, to do ciebie należy; to twoim obowiązkiem a nie moim.
Joanna wstała i podziękowała ludziom, którzy na pogrzebie byli i w kuchni probostwa się zgromadzili. Wszyscy z wielką przyjacielskością dla niéj się okazali, a Wilhelm spostrzegł nawet u wielu z nich sposób myślenia wspaniały i mowę pełną szlachetnéj prostoty.
— Moja Joasiu, — rzekło do niéj kilku z najstarszych, — nie rozpaczaj, możesz przyjść do nas kiedy zechcesz. Niepotrzebujesz tylko wybór zrobić, będziemy bardzo radzi przechować cię u nas i żywić, jak tylko będziemy w stanie najlepiéj.
— Dziękuję wam, moi dobrzy ludzie za wszelką waszą przyjaźń, — odpowiedziała Joanna, — ale ja wiém dobrze, że jesteście sami biédni, i nie mało macie ciężaru ze swoich własnych rodzin, ażebym jeszcze i ja go powiększać miała. Jestem młodą, robota się mi jeszcze nie sprzykrzyła, i postanowiłam wynająć się w służbę do jakiego folwarku.
— Ale ś. Jan już przeszedł, a ś. Marcin jeszcze daleko Joasiu! Trzeba ci będzie koniecznie u kogoś mieszkać, chcąc do tego czasu poczekać.
— Moi kochani, — rzekł Wilhelm — bądźcie jeno spokojni; ksiądz proboszcz i moja matka, pani Boussac, wezmą to na siebie umieścić gdziekolwiek Joasię przyzwoicie.
— Zgoda tedy, — rzekł wuj Germain, który w imieniu wszystkich mówił; — jeżeli dziedziczka z Boussac się tém zajmie, to my jesteśmy radzi. —
Wszyscy odeszli uściskawszy Joannę, która szlochała, a proboszcz wszedł w téj chwili z Marsillatem. Wielka-Gotha sama jedynie pozostała z człowiekiem bardzo złego pozoru, który koło siebie dziko spoglądał, i Wilhelma nieprzyjemnie raził swoim uporem zatrzymania swego kapelusza na głowie, podczas gdy wszyscy swe głowy przed proboszczem odkryli.
— A teraz — rzekła ciotka, — podziękuj-że Joasiu księdzu proboszczowi i twojemu panu chrzestnemu; a potém pójdzież z nami, moja lubko, bo będziesz mi potrzebną.
— Nie moja ciotko, — odpowiedziała Joanna ze stałością, któréj się Wilhelm nigdy niespodziewał po niéj, zwykle tak pokornéj i zaufającéj, — nie pójdę z wami. Wiém ja dobrze, czego odemme żądacie, ale ja wam nie mogę być w tém posłuszną.
— Jakto nieszczęśliwa? — zawołała Wielka-Gotha głośniéj trochę, — ty niechcesz już więcéj być posłuszną twojej ciotce, która cię wychowała, która jest najbliższą twoją krewną, która w téj nocy utraciła wszystko, co w twoim domu miała, a teraz żebrać będzie przymuszona z torbami na plecach, i nawet stajni niéma, gdzieby spocząć mogła?
— Słuchajcie, moja ciotko, — odpowiedziała Joanna — wyście już wyszukali sobie miejsce gdzie teraz mieszkać chcecie. Dałam wam téj nocy wszystkie pieniądze, które mi chrzestny panicz podarował. Powiedziałam wam dziś rano, że wam zostawiam wszystkie sprzęty i wszystko bydło, które z ognia wyratowano..... Nie zatrzymuję nic dla siebie, tylko tę odzież którą mam na sobie.
— A któż mi w pole popędzi to bydło? któż go paść będzie, nim go będę mogła na jarmark zaprowadzić i sprzedać?
— Wy sami, moja ciotko; jesteście jeszcze dość młodzi i silni aby iść w pole; wszak i poprzód samiście zawsze prowadzili na pole waszą kozę, boście mi jéj powierzyć nie chcieli.
— Joasia słusznie mówi, — rzekł proboszcz, — niepotrzebujecie wcale jéj usług, Gotho; a ona dla was uczyniła więcéj jak mogła, jak może nawet powinna była. Jest już wieloletnia, niémacie zatém do niéj żadnego prawa, zostawcie ją tedy wolną panią swych czynności.
— Więc mnie opuszczasz, — zawołała ciołka klnąc, złorzecząc, płacząc, krzycząc i wielką rozpacz udając, — dziecko którem wychowała, którem wybawiła i w pole nosiła, kiedy jeszcze większa niebyła jak moje trzewice? Dziewczyna, za którą bym moje życie oddała, i dla któréj nie szłam za mąż wcale, aby jej wszystko co mam po mojéj śmierci pozostawić?
— O, idźcie za mąż, idźcie tylko, moja ciotko, jeżeli wasze serce tego spragnione, — odpowiedziała Joanna łagodnie. — Nigdym jeszcze od nikogo nie słyszała, żebyście się tego dla mnie wyrzeknąć mieli.
— No to dobrze! tak! pójdę za mąż! Mam jeszcze trochę zabytku, ale to nie ty pomnie go oddziedziczysz, bo zrobię testament i zapiszę wszystko mojemu mężowi.
— Idźcie więc za mąż, i zapisujcie komu chcecie! — rzekł proboszcz wstrząsając ramionami.
— Ależ to zawsze jest okrutnie, — wyła megera — być tak opuszczoną! O gdyby moja biédna siostra o tém była wiedziała, toby ci była swojego błogosławieństwa na śmiertelném łożu niedała!
Te wyrazy srogie wielkie wrażenie na Joannę zrobiły. Zadrzała, zachwiała się, i zrobiła poruszenie, jak gdyby się ciotce swojéj na szyję była rzucić chciała aby ją uspokoić; ale spotkawszy się wzrokiem z twarzą ponurą i złowrogą człowieka, który stał za jéj ciotką w głębi izby koło kominka, zatrzymała się.
— Słuchajcie moja ciotko, — rzekła, — żeby się dom mój nie był spalił, nigdybym się z wami nie była rozłączyła. Gdybym miała na tyle, aby sobie inny wystawić, tobym do was powiedziała, żebyście ze mną mieszkać przyszli; ale to być nie może. Oto widzicie, mój panicz chciał mi moją stratę wynagrodzić, ale ja mam przyczyny, bardzo ważne przyczyny, aby tego nieprzyjąć od niego i podziękować mu za to, co dla mnie chciał z litości uczynić.
— A to jakie przyczyny? — zapytał Wilhelm żywo.
— Powiém wam to późniéj trochę, mój chrzestny paniczu. A teraz chcę powiedzieć mojéj ciotce, że się myślę wynająć w służbę; to jest moim obowiązkiem; a jeżeli nie będzie rada z tego, com jej już dała, to jej jeszcze dam i te pieniądze, które w zasłudze dostanę. Ale co iść za nią, to nigdy nie pójdę, przysięgam to na mój chrzest.
— Widzicie sami matko Gotho, że to z mojéj przyczyny tak się zaklina! — rzekł głosem chrypliwym i ponurym, i nieprzyjaźne rzucając spojrzenie człowiek, który dotąd stał milczący i nieruchomy w jednym kącie kominka.
— Ja nic przeciwko was niemówię, ojcze Raguet; — odpowiedziała Joanna, — ale wy możecie przeciwko mnie mówić co chcecie, to ja do was mieszkać nie pójdę.
— Sprzeciwiłbym się temu całą moją powagą! — zawołał proboszcz, który na widok ponuréj twarzy Ragueta niemógł się wstrzymać od okazania wzgardy.
— Bardzo dobrze panie Abbé! — odrzekł Raguet. — Są ludzie, którzy zawsze bywają oskarżani o wszystko złe, co im wyrządzone zostanie; ale są i tacy, którzy prawić umieją jak święci, i którzy bardzo pobożnie wyglądają, a którzy jednak gorsze mają myśli i zamiary, jak ja.
— O tak, tak! — dodała megera, — są w świecie ludzie bardzo skryci i złośliwi, ojcze Raguet, i to ci się cieszą zawsze kiedy inni na tém tracą.
Poczciwy proboszcz zbladł z obawy i oburzenia. Wilhelm zbliżył się do Ragueta, i spojrzał mu prosto w oczy z wyrazem groźby i wzgardy, niezdołając jednak wpłynąć tak na niego, aby przed nim spuścił na dół oczy. Twarz owa blada i milcząca nie zdawała się być dostępną żadnemu innemu wrażeniowi prócz jedynie nienawiści spokojnéj i cierpliwéj.
— Kogóż to zamiar macie obrazić? — rzekł Wilhelm mierząc go okiem dumy i wzniosłości.
— Nieodzywam się do was mój mały paniczu, — odrzekł wieśniak, — a tém bardziéj że się was w cale nie boję.
— Spodziewam się jednak że się natychmiast z tąd oddalicie! — zawołał Wilhelm uzbrajając się w cęgi od ognia, bo się mu zdawało, że ojciec Raguet zrobił poruszenie, jakby chciał chwycić za broń pod jego odzieżą brudną i rozmamaną ukrytą.
— Oddalić? — zawołał Raguet z całą krwią zimną roztropności, nieokazując najmniejszéj trwogi, — niczego sobie téż więcéj nie życzymy; nie jesteśmy tu w dobrym towarzystwie..... Niemówię to, co do pana Marsillat.
— O za wiele dla mnie zaszczytu, — rzekł Marsillat szyderczo. — Słuchaj Raguet, bądź cicho i oddal się. Wiész o tém dobrze że się znamy, bądź-że zatém rozsądny..... i grzeczny, — dodał z wyrazem szyderczym, na który Raguet odpowiedział uśmiechem porozumienia.
— Tak, tak, oddalmy się matko Gotho! — rzekł wlekąc się zwolna ku drzwiom. Dość już tego, moi mili panowie; do szczęśliwego widzenia! — I wyszedł, nie ruszywszy nawet kapelusza na głowie; a za nim wyszła ciotka, ściskając pięści i mrucząc przekleństwa pod nosem.
— Nędzniki! — rzekł z cicha proboszcz, skoro się oddalili.
— Nikczemna chołota! — dodał Wilhelm. — Ten człowiek wygląda na zbrodniarza.
— Dla tego téż właśnie niéma się go czego obawiać, — rzekł Marsillat nawiasem.
— Moja biédna Joasiu! — zawołał Kadet, — to wszystko jest wielkiém nieszczęściem dla ciebie. O tak, wielkie to nieszczęście żeś utraciła matkę. Ci ludzie krzywdzić cię będą.
— Nie bój się niczego, mój Kadecie! — odrzekła Joasia ocierając łzy z oczów i przeżegnawszy się; — jeżeli są duchy złośliwe przeciwko mnie, są i duchy dobre za mną.
— Słusznie mówisz, moja Joasiu! — zawołali razem Wilhelm i ksiądz Alain, — masz przyjaciół, którzy cię nigdy nieopuszczą.
— O wiém ja o tém! jesteście oba bardzo uczciwi ludzie, — odpowiedziała Joanna podając rękę każdemu z nich, a potém i Marsillatowi także rękę podając dodała z niewinnością anielską. — I wy także panie Marsillat, nie jesteście złym człowiekiem. Wyświadczyliście mi bardzo wiele dobrego. Weszliście na dach mojego domu śród ognia i dymu; niespaliście całą noc aby mi pomódz przypilnować ciała mojéj biédnéj matki..... I Kadet także bardzo dobry chłopiec; wszyscy byli dla mnie bardzo przyjaźni. To mię trochę pociesza z tego, że są źli ludzie, którzy mi źle życzą bez przyczyny.
Kadet zaczął płakać, pomimo że usta jego nie przestały śmiać się, jak to było jego zwyczajem nieprzezwyciężonym. I Marsillat został tknięty tą wdzięcznością Joanny, a pewien rodzaj prawdziwego uczucia, do którego rzeczywiście nie był nie zdolny, połączył się z jego żądzą, niezmniejszając wcale jéj mocy. Posiadał on bowiem serce dobre i sumienie nie bardzo szérokie. Chwilę marzył nad sposobami pogodzenia swéj namiętności z swoją prawością, a ugoda dość żywo podpisaną została. Był to bowiem człowiek tak zręczny do ukończenia spraw!
— A teraz moja kochana, — rzekł Wilhelm zbliżając się do Joanny, — czyliżbyś niemogła mi powiedzieć przyczyny, dla czego mi na powrót odebrać chcesz to prawo zajęcia się twoim losem?
— Ja wam tego nieodmawiam, mój paniczu chrzestny. Poradźcie mi, dokąd się mam teraz udać, a jak mi będzie potrzeba pieniędzy na zakupienie mojéj odzieży żałobnéj, to pozwolicie, że się do was udam. Ale téż i na tém będzie dosyć; więcéj niczego nie potrzebuję.
— To się pokaże moja Joasiu? — Z kąd ci tylko ta duma przyszła? w tém leży nieufność do mnie.
— O nie wierzcie temu, mój paniczu chrzestny, ja nie jestem do tego zdolna! ale ja wam powiém, mam ja przyczyny nieprzyjąć od was pieniędzy; przyczyny, które się i mnie i was tyczą mój chrzestny paniczu! Co do was, to jeszcze nie wiecie sami, czy wasza pani matka przyzwoli na to wszystko co dla mnie uczynić chcecie; a potém młody człowiek taki jak wy, to mało kiedy ma więcéj pieniędzy, jak tyle ile mu samemu potrzeba.
— Któż ci to powiedział o tém?
— Pan Marsillat, który się na tém zna bardzo dobrze; nieprawda panie Marsillat, żeście mi dziś rano powiedzieli, nimeście do Toull wrócili, że mój panicz chrzestny jeszcze nie ma całego użytku swoich dóbr po ojcu, i żeby mu to z przykrością było dom mi nazad odbudować.
— A? — zawołał Wilhelm spoglądając ostro na Leona, — byłeś tak dobrym aż do tego stopnia mną się zajmować?
— Czy ci mówiłem w istocie o tém Joasiu? — prawdziwie nie pamiętam o tém wcale! — odrzekł Marsillat z wielką obojętnością.
— Powinnibyście dobrze o tém pamiętać, panie Leon! a to dla tego, żeście mi się sami z tém oświadczyli łaskawie, ze mi chcecie moją chatę dać odbudować, i że wam to żadnego kłopotu nie zrobi.
— Ah! — zawołała Klaudyja, któréj oczy się zaiskrzyły, jak u kota, — to pan Leon ci zrobił tę obietnicę?
— Rozumiém, — rzekł Wilhelm z goryczą, — pan Leon przenosi zostać sam twoim dobroczyńcą, a ty przenosisz jego dobrodziejstwa nad moje Joasiu?
— O nie, mój paniczu chrzestny, wiém ja o tém dobrze co jest przyzwoite, a co nie. Pan Marsillat nie jest moim chrzestnym ojcem, i mówił tylko o tém z przyjaźni dla was i z miłosierdzia wielkiego dla mnie. Ale ja mu zaraz powiedziała, jak mu jeszcze raz teraz, w waszéj przytomności powiadam, że gdybym jego dobrodziejstwa przyjęła, to by o mnie źle gadano, a to by dla mnie bardzo złą przysługą było.
— Moja Joasiu, mówisz z dobrocią i rozumem, — rzekł proboszcz.
— O nie, księże proboszczu, — rzekła Joanna, — mówię ja jak mi serce moje i prawda mówić każe. Wielę już wdzięczności winnam panu Marsillat, ale co tego, to nie przyjmę.
— Niech djabli wezmą to niewinniątko! pomyślał Marsillat, zmartwiony bardzo że z taką prostotą zasadzkę jego uwiedzenia jéj zniweczyła.
— A co do chaty, — mówiła daléj Joanna, — to ani myślcie o tém chrzestny paniczu; toby mię ani ogrzało ani ochłodziło, choćbyście mi nową zbudować kazali. Nie będzie to już nigdy ten sam dom, w którym moja matka mię wychowała, w którym mieszkała, w którym się jej zmarło. Podarowałam wszystkie sprzęty mojej ciotce; musiałam to uczynić aby ją trochę pocieszyć. A nowych sprzętów nie potrzebuję. Dla mnie saméj, czegóż mi trzeba tak wiele? wolałabym była to zatrzymać, com po matce miała, oto wszystko!
— Jednakowo, — rzekł Marsillat w zamiarze odwrócenia podejrzenia Wilhelma i pana Alaine, — mając dóm, byłabyś łatwiéj męża znalazła, moja biédna Joasiu? gdy przeciwnie teraz.....
— Teraz? — zawołał prostodusznie Kadet, — gdyby tylko chciała, toby się zaraz ktoś znalazł..... Ona i bez domu się łatwo obejść może!
— Miałżeby ten być kochankiem pięknéj Joanny? — pomyśleli jednocześnie Leon i Wilhelm zwracając swe oczy na twarz pucołowatą i okrągłą tłustego Kadeta.
Ale Joanna odpowiedziała:
— Mój poczciwy Kadecie, wielki mi robisz zaszczyt, że tak o mnie mówisz; ale ty wiész dobrze, że ja iść za mąż niechcę.
— Dokąd się inny nie trafi! — rzekł Leon, który w każdéj rzeczy, kota do góry ogonem obracał.
— Nie panie Leonie, nie; choćby się i inny trafił, — odpowiedziała Joanna z wielką spokojnością; — ksiądz proboszcz wie o tém dobrze, że nawet myśleć nie mogę o zamężciu.
— Jak to, wy o tém wiécie, wy, księże proboszczu? — zawołał Leon przedrwiwając. — Otóż to przykład, co to znaczy spowiadać dziéwczęta młode?
— Joasia niechce iść za mąż..... Joasia nigdy nie pójdzie za mąż, — odrzekł proboszcz z powagą.
— Tak, tak, to tajemnica spowiednia, — zawołał Marsillat śmiejąc się.
— To nie dla śmiechu panie Leonie, — odrzekła Joanna z godnością, umiarkowaną ciągle łagodnością nadzwyczajną jéj serca i głosu.
Wilhelm przypatrywał się Joannie z zajęciem wielkiéj ciekawości.
— Czyli to jest w istocie tajemnicą? — zapytał, zwracając się do młodéj dziewczyny.
— To się na nic nie przyda o tém rozprawiać, — odpowiedziała Joasia; — ja tylko o tém wspomniałam, aby okazać, że mi domu nie potrzeba, i że go niechcę, mój paniczu chrzestny. Ale jestem wam tak wdzięczną za waszą chęć, jak gdybyście mi pałac zbudować kazali.
— Joasia bardzo słusznie mówi, — ozwał się proboszcz, — proszę być pewnym, panie baronie, że roztropność przemawia przez usta tego dziecka. Gdyby dom miała, powodowana dobrocią swojego serca, a może i postępując za poradą swojego sumienia, przyjęła by do siebie swoją ciotkę, a ta ciotka by ją gnębiła..... jeźli by się jeszcze czegoś gorszego względem niéj nie dopuściła, — dodał zniżając głos. Wyrzeczcie się tedy waszego szlachetnego zamysłu panie baronie, łatwo wam będzie innym jakim sposobem zapewnić los szczęśliwy Joannie.
Ustępuję tedy, widząc, że macie słuszność, księże proboszczu, — odpowiedział Wilhelm głosem równie cichym, — sądzę nawet, że przy téj nadzwyczajnéj draźliwości jéj czucia trzeba się będzie zająć jéj losem nie radząc się jéj wcale.
— Bez wątpienia. Czas i sposobność najlepiéj wam poradzą. Co nam na teraz uczynić wypada dla niéj, to głównie oznaczyć miejsce, dokąd się tymczasem udać ma na mieszkanie. — Powiedz no nam Joasiu — dodał proboszcz w głos — gdzie na początek mieszkać zamyślasz?..... Dzisiaj na przekład?
— Czy chcesz przyjść do nas, Joasiu? — zawołała Klaudyja z dobrowolnością życzliwą.
— Dziękuję ci moja kochana. Twoja matka i tak wiele ma kłopotu, i dosyć jej na tobie aby się starać miała dla kogo; a ja nikomu nie chcę być ciężarem.
— Joaś, — rzekł proboszcz, — nie możesz liczyć na to, że tu z dnia na dzień znajdziesz robotę. Musisz na początek osiąść w jakim uczciwym domu, gdzie twój ojciec chrzestny wydatki za ciebie zapłaci.
— Bez wątpienia — rzekł Wilhelm — jeżeli tylko Joasia nie będzie za nadto dumną przyjąć odemnie najmniejszéj przysługi!
— O mój paniczu chrzestny, niesłusznie mnie oskarżacie. Chętnie to przyjmę, co od was przychodzi.
— Czémże to się tak bardzo troszczysz, proboszczu? — ozwał się Marsillat obojętnie. — Twoja służąca już stara i chorowita, weź ją na jéj miejsce.
— Nie mój panie, nie, to by nie było przyzwoicie — odrzekł p. Alain z wielką stałością. — W tych czasach wiara nie jest dość silną, aby człowieka duchownego języki ludzi obmowne bardziéj szanowały jak kogokolwiek innego.
— Jest więc jeszcze jeden środek, któren całemu kłopotowi zaradzi, — odrzekł Marsillat. — Niech dzisiaj jeszcze Wilhelm swoją chrzestnicę weźmie z sobą do Boussac, i przedstawi ją swojéj matce.
Wilhelm okiem badawczém spojrzał na Leona, aby się przekonać, czy ta porada nieukrywała w sobie jakiéj zasadzki. Marsillat to jednak zupełnie w szczerości serca powiedział.
— Mówiąc prawdę, — dodał proboszcz, — nie jest to myśl najgorsza. Joanna wzburzyła przeciwko sobie swoją ciotkę i złośliwego Ragueta, który jest do wszystkiego zdolny. Nie byłbym dotąd o nią spokojny, dopokąd bym nie wiedział dokładnie, że Gotha postanowiła wyrzec się ofiary, którąby dręczyć chciała.... a w reszcie..... wierzaj mi, moja Joasiu..... zrobisz najlepiéj jeżeli się udasz do twojéj chrzestnéj matki, pani baronowy de Boussac..... W téj odległości, i pod skrzydłem opiekuńczém osoby tak poważanéj, nie będziesz się niczego obawiać miała.
— Jabym miała iść do Boussac? — zawołała Joanna przestraszona. — I wy mi to radzicie, księże proboszczu?
— A ja cię proszę, Joasiu! — rzekł Wilhelm z całą ufnością, że obowiązku swojego dopełnia. — Nieznasz może dobrze niebezpieczeństw tych, któremi zewsząd jesteś otoczona, mając takich nieprzyjaciół, jak są ci, których dzisiaj przy tobie widziałem..... Jeżeli masz do mnie ufność najmniejszą, to mi ją dowiedziesz przez to, że się dziś jeszcze do mojéj matki udasz.
— Mój paniczu chrzestny, — odpowiedziała Joasia, dla któréj ta prośba rozkazem była, i która się jéj poddała natychmiast, nie pojmując nawet dobrze powodów, — wasza wola jest dla mnie rozkazem. Ale wy żądacie, żebym poszła mieszkać w mieście, a ja nie pamiętam, żebym kiedy była Toull-Saint-Croix opuściła.
— Jeżeli masz tak wielką odrazę do mieszkania w mieście, wolno ci będzie wrócić na wieś, kiedy się ci tylko będzie podobało, moja kochana. Lecz zobacz się pierwéj z moją matką, pomów z nią, otwórz jej twoje serce, opowiedz jej twoje zmartwienia; ona jest dobra, litościwa, i znajdzie z pewnością coś takiego, czém cię pocieszyć będzie mogła..... A potém porozumiész się z nią względem twojego przyszłego losu, a twoja niezawisłość będzie sumiennie szanowaną.
Joanna przystała na to pomięszana, i trochę przestraszona tą myślą, że będzie musiała mówić z wielką panią z Boussac w chwili, w której, — jak się wyraziła — zgryzoty jakby przytomność jej odjęły.
— Będziesz przez to tém bardziéj zajmującą w oczach twojéj chrzestnéj matki, — odpowiedział proboszcz, który tak długo na nią nastawał, dopokąd się Joanna nakoniec życzeniom ich nie poddała.
Marsillat miał na tyle rozumu, że się z tém wcale nie oświadczył, iż by ją chciał wziąć z sobą na konia, którego nawet Wilhelmowi ofiarował z powodu że był silniejszy jak Sport, łatwiéj tedy dwie osób mógł unieść na sobie. Wilhelma przestraszyła ta myśl, żeby miał przybyć pod bramę zamku z wieśniaczką na koniu ze sobą. Ale proboszcz, który czuł dobrze nieprzyzwoitość, aby Joanna z dwoma młodemi ludźmi jechać miała, wszystko pogodził dodając im trzeciego. Włożono na Kadeta obowiązek zostania rycerzem Joanny i wzięcia jéj z sobą na klaczy proboszcza. A proboszcz miał słuszność w istocie. Wieśniaczka wraz z wieśniakiem na koniu nigdy obmowie ludzi nie popadnie. Z człowiekiem z miasta rzecz ta inaczéj by się miała.
Podczas gdy konie przysposabiano do podróży, proboszcz wszystkim swoim gościom zastawić kazał objad, i radził Wilhelmowi, który bardzo był blady, nawet mocny ból głowy cierpiał, aby sobie nazajutrz dał trochę krwi upuścić.
Klaudyja nie podzielała wcale spokojności pana Alain, któremu się zdawało, że odsełając Joannę pod opiekę pani Boussac, uchroni ją od wszelkich żądz i zasadzek Marsillata. Okiem zazdrości śledziła ona wszystkie ich ruchy, i tylko wielka cnotliwość Joanny nieco ją uspokajała.
— Słuchaj Joasiu, — rzekła do niéj, — jeźli się wynajmiesz w Boussac, postaraj się, żebym i ja mogła wejść w służbę do tego samego domu co i ty. Dla mnie toby wielka była pociecha, gdybym w mieście mieszkać mogła.
— O i ja bym tam rad mieszkał, — ozwał się tłusty Kadet, — nie lada to ładna mieścina to Boussac; — jest to najładniejsze miasto, jakie kiedy widziałem.
— Bardzo temu wierzę, niedołęgo! — odpowiedziała Klaudyja, — boś nigdy innego nie widział.
Nim jeszcze objad skończono, Marsillat wyszedł na chwilę, aby dać owsa swojej klaczce Fanchon, którą był zaprowadził do szopy, nieco na osobności od wioski będącéj, z powodu, że w stajni na probostwie trochę ciasno było.
Dzień już się ku wieczorowi schylać począł, a w chwili w któréj Marsillat wszedł przez drzwi szopy, spostrzegł pośród wiązek siana, słomy i sprzętów rolniczych twarz bladą, która się zwolna podniesła i z bliska się mu przypatrywać zaczęła. W krótce téż w niéj poznał poplecznika i towarzysza Wielkiéj-Gothy, ojca Raguet ze Zbójkowa[1]. Ten włóczęga żył śród stepów niedostępnych w lichéj chacie z gałęzi i ziemi ubitéj, którą sobie sam zbudował, a gdzie nikt z mieszkańców, prócz czarownicy Gothy z nim mieszkać nie chciał. Nawet gdy noc zapadła, to się nikt nie ważył, przejść na trzydzieści kroków od tego okropnego mieszkania, w którém się dwoje największych złoczyńców téj okolicy kryło. Pod tém ubóstwem pozorném ojciec Raguet dość znaczne pieniądze ukrywał. Oddawał się niebezpiecznemu prawdzie, ale bardzo zyskownemu rzemiosłu kradzieży koni. W Bourbonnais i Berry to podczas nocy letnich, kiedy stadniny koni zostają dzień i noc na paszy, kilku kotlarzy z Auvergne i kilku włóczęgów z Marchii się zbiera i tym przemysłem się trudni. Z największą zręcznością umieją oni łamać i zbijać choćby najlepiéj zamknięte pęta, siadają oklep na konia, wkładają na niego uzdeczkę lekką, którą mają przy sobie na pogotowiu i cwałem pędzą w swoje góry. Raguet wybierał jeszcze z swojéj okolicy inny podatek, składający się z kur, jaj, drzewa i zboża. Na piérwszy rzut oka wydawał się łagodny i słodki jak miód, mówił mało, nieodwiedzał nikogo, niedopuszczał téż nigdy, aby kto przez próg jego chaty nogą przestąpił, i, wyjąwszy morderstwo, przed żadną złą myślą, żadną zbrodnią się nie wzdrygał.
— Czy to wy panie Leon Marsillat? — zapytał głosem rozwlekłym, chociaż bardzo dobrze poznał Leona.
— Cóż ty tu robisz panie łotrze? — odpowiedział mu młody rzecznik, — czyś tu przyszedł powąchać klacz moją? Jeżelibyś kiedy miał to nieszczęście najmniejszy włosek z niéj wyrwać, posłyszałbyś o mnie w krótce.
— O! niebójcie się niczego, ja wam nigdy krzywdy nie zrobię, panie Marsillat, i wy mi także krzywdy zrobić nie będziecie chcieli.
— Mógłbym ci jednak wiele krzywdy zrobić, niezapominaj nigdy o tém.
— O to nie uchodzi wcale, panie Leonie Marsillat, byliście moim obrońcą.
— Tak, jakbym nawet samego djabła był obrońcą, gdyby mi, jako rzecznikowi, swoją sprawę powierzył; ale nie jestem obowiązany wcale nim być zawsze; a że teraz wiém, do czego jesteś zdolnym.....
— O nie mój panie! nic niewiécie, bom się do niczego przed wami nie przyznał.
— Dla tego téż właśnie uważam cię za wielkiego łotra.
— Wy sami temu nie wierzycie, panie Leon, co mówicie; ale tu nie o to chodzi. Ja przyszedłem, aby was się w jednéj rzeczy poradzić.
— Niémam teraz czasu; możecie przyjść do mnie w sobotę, na godzinę posłuchania.
— O nie panie, tam ja nie pójdę; ale ja wiém, że mi natychmiast powiécie o co was chciałem zapytać, bo to ma związek z Joanną.
— Nieznam wcale związku, któryby miał istnieć między tobą i Joanną; na nic ci zatém odpowiedzieć nie myślę.
— Niekoniecznie, mój panie, niekoniecznie!! poczekajcie no trochę, to wam pomogę ubrać waszego konia!
— Niepotrzebuję! — ani się go dotknij!
— A więc myślicie panie Leonie, — pytał Roguet nie zmięszawszy się wcale — że Wielka-Gotha nie będzie miała prawa zmusić Joannę, aby z nią mieszkała?
— Na cóż by się to Gocie przydać mogło?
— Wszak dobrze o tém wiécie.
— Ja nie wiém o niczém.
— To was więcéj obchodzi jak mnie.
— Nie rozumiem cię wcale — odrzekł Marsillat, który się chciał przekonać, jak daleko Raguet bezczelność swoją posunie.
— Widzicie sami, panie rzeczniku, że gdybyście chcieli pomódz Gocie, aby mogła wytoczyć sprawę przeciwko swéj siostrzenicy, i tę sprawę tak poprowadzić, aby ta dziewczyna mieszkać musiała, gdzie jej ciotka mieszkać będzie..... tylko na czas niejaki..... wszak mnie rozumiecie.....
— Nie, nierozumiém wcale; i cóż daléj?
— Co daléj? — Ba! dom nasz jest wygodny, i na ustroniu..... Młody gaszek, któryby ciekawy był młodą dziewczynę przydybać.... Przypuszczając tylko!
— Łotr z ciebie wielki; nikczemnik! oto tak bym teraz twojéj sprawy bronił.
— Niémacie się czego gniéwać, ja nic złego niechciałem powiedzieć. Wszakżeście nie mało ładnych podarunków dali Gocie, aby pozyskać przychylność jéj siostrzenicy; jak widzę nie jesteście już lubownikiem tych rzeczy!
— Być może, żem chciał niegdyś aby mnie dziewczyna kochała i żem się pozbyć starał jałmużną natrętnych żebraków; ale użyć gwałtu, i pomocy najostatniejszego z łotrów.... przypuszczając tylko.... aby zbrodnię popełnić.... tego nigdy niémiałem na myśli. Dobra noc, mój przyjacielu!
— Już wam ta myśl przyjdzie kiedyś, i wy do nas przyjdziecie — odpowiedział Raguet spokojnie.
Marsillat mocno był oburzony i wielką miał ochotę, kilka razy batożkiem swoim skroić tego nędznika. Ale znając dobrze ludzi tego rodzaju, myślał przeciwnie o tém, jak go nadzieją zysku do siebie przywiązać. Raguet krok za krokiem szedł za nim w ciemnościach téj stajni, a Leon się obawiał, aby przez złość przypadkiem nie podciął pętlin klaczy jego Fanchon.
— Dość już tego będzie. Sam niewiész, co pleciesz! — odpowiedział mu łagodnie. — Oto masz coś na zakupienie sobie chleba na cały tydzień. Wiém, że jesteś człowiek biédny, i chciałbym temu uwierzyć, że gdyby nie to, tobyś nigdy nie miał tak złych myśli.
Raguet po ciemku obmacał poczesne Marsillata, a przekonawszy się, że to była pięć frankowa sztuka złota, podziękował mu i wyszedł z szopy przez drzwiczki tylnie nie wyrzekając się jednakowo zamiarów swoich na Joannę.
— Słuchaj no jeszcze! — zawołał Leon, a Raguet się wrócił.
— Jeżeliby cię kiedy to nieszczęście spotkało — rzekł do niego młody rzecznik, — żebyś najmniejszą krzywdę wyrządził komukolwiek z tych osób, które mnie obchodzą, wtedy przestanę mieć litość nad tobą, i podam cię sądowi jako zbrodniarza!
— O! wy tego nie uczynicie! — rzekł Raguet — broniliście mojéj sprawy, a toby wam mogło zaszkodzić żeście tak dobrze bronili sprawy zbrodniarza!
— Bardzo się mylisz, mój kochany — odrzekł Marsillat, — rzecznik może być oszukany przez swojego klienta, a jeszcze dla tego niepotrzebuje być uczestnikiem jego zbrodni. Niech ci to posłuży za skazówkę, abyś szanował proboszcza z Toull i wszystkie osoby, któreś dzisiaj w mojéj obecności obraził..... inaczéj dowiész się o mnie.
Raguet opuścił uszy i odszedł, starając się odgadnąć, dla czego Marsillat, którego za równego sobie złoczyńcę uważał, tak się bardzo za swoimi spółzalotnikami ujmował.
W ćwierć godziny potém, Marsillat pędził kłusem na swojéj Fanchon wraz z Wilhelmem, któremu ruch na koniu coraz to większe boleści sprawiał. Kadet i Joasia na Siwce przed nimi jechali. Raguet, ukryty za skałami widział ich oddalających się i dopiéro teraz pojmować zaczął, że Marsillat nie potrzebował jego pomocy. Proboszcz poczciwy, wołał z wysokości wieży za Marsillatem:
— A nie zapomnij pan mego ciepłomierza!
A potém wrócił do siebie, smutny, chociaż wielkiego kłopotu i niespokojności pozbawiony, w miarę, czém bardziéj Joanna od Toull-Sainte-Croix się oddalała.





  1. Czyli rozbójnika-złodzieja.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Sand i tłumacza: Bogumił Wisłocki.