<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Kochanek Alicyi
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1886
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emilia Śliwińska
Tytuł orygin. L’Amant d’Alice
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XL.
Hrabina de Nancey ukazuje się na wysokości swoich obowiązków.

Słysząc hrabinę de Nancey mówiącą w podobnej chwili z tak okropnie zimną krwią, z taką głęboką obłudą, namiestnik boży i przedstawiciel prawa zamienili z sobą spojrzenie.
Ta kobieta wywierała na nich rodzaj strachu.
Blanka zresztą była w swojem prawie. Nikt w świecie nie mógł zmusić jej do opuszczenia domu, w którym odtąd stawała się wszechwładną panią.
Komisarz policyi skłonił się przed hrabiną i wyszedł oddawszy głęboki ukłon księdzu.
Ten powrócił do żałobnej komnaty, pani de Nancey udała się tam za nim, zawsze w towarzystwie pana Roch, który zdawał się być jej cieniem.
Pewnym krokiem przestąpiła próg tego pokoju, w którym biedna Alicya spoczywała w majestacie śmierci i rozwiązania.
Nie uklękła bynajmniej, stanęła tylko przy łożu i przez kilka sekund wpatrywała się suchem okiem w to młode ciało, z którego dusza uleciała do nieba.
— Myliłam się wczoraj — rzekła po chwili. — Prawda, to dziecko było bardzo piękne, tak, bardzo piękne... mógł ją kochać! Potem udała się do hrabiego, a widząc symptomata warjacyi na zmienionej twarzy, uśmiechnęła się.
W kilka chwil potem, Blanka chcąc udać się do salonu, w którym dnia poprzedniego odbyła się straszna scena jakiej czytelnicy nasi byli świadkiem, dała znak eks-adwokatowi, by poszedł za nią, i z wzniesioną głową minęła gromadkę służby opłakującej swą panią. Bo kochali oni Alicyę i Pawła. Ukazanie się zaś jakiejś hrabiny de Nancey, o jakiej nie śniło im się nawet, wprawiało ich w nie małe zdziwienie.
Dnia poprzedniego, jak wiadomo, Paweł rozdarł kopertę dwóch listów mających dojść do Niemiec i z koperty tej wyjął akt zejścia Blanki Lizely.
Akt ten i listy, leżały ciągle na stole.
Hrabina przeczytała adres. Wziąwszy dwa listy, w których hrabia i Alicya, wierząc niestety! w przyszłe szczęście, kreślili tak tkliwe wyrazy, odczytała je od początku do końca.
— Za wcześnie przybyłam! — pomyślała sobie, skończywszy. — Wypadek bigamii w takich okolicznościach byłby daleko zabawniejszy...
Potem udała się do księdza:
— Nie należy nic oszczędzać księże dobrodzieju, by kochance hrabiego wyprawić pogrzeb przyzwoity. Jestem bogata i zapłacę co będzie potrzeba. Młoda dziewczyna miała zdaje się rodzinę... Byłabym panu mocno obowiązaną, gdybyś zechciał uwiadomić ją o tem co zaszło. Nie wypada abym ja się tem zajmowała. Oto adres.
Ksiądz skinął głową na znak potwierdzenia i on to istotnie zawiadomił smutnych staruszków zakopanych w głębi Niemiec, że droga ich Alicya żyć przestała.
Blanka powróciła do salonu, w którym czekał na nią eks-adwokat.
— Pani hrabina — rzekł nareszcie — zechce przyjąć moje najszczersze powinszowania!... Oto pozycya zmieniła się całkowicie, bo nagłe pomięszanie zmysłów pana hrabiego uprościło rzeczy w sposób, jakiegośmy się nigdy nie spodziewali...
— Istotnie — odpowiedziała Blanka — przypadek dopomógł mi znacznie...
— Cóż zamyśla teraz uczynić pani hrabina?
— Zamieszkać ten dom i żyć w nim podług swego stanowiska. Dochody hrabiego jak sądzę są do mego rozporządzenia?
— Bez wątpienia, kiedy niebyło prawnej pomiędzy państwem separacyi...
— A kapitał?
— Ha! kapitał, to co innego. Kapitał musi pozostać nienaruszonym, chyba że pan hrabia przekaże go pani testamentem. W przeciwnym razie przejdzie on po śmierci pana hrabiego w ręce właściwych spadkobierców.
— Mąż mój nie ma ani blizkiej, ani dalekiej familii.
— Naturalnym wtedy spadkobiercą, jest w każdym razie państwo. Testament jest koniecznym.
— Zajmiemy się tem później. Tymczasem trzeba coś postanowić względem hrabiego.
— Czy pani hrabina raczy żądać rady odemnie?
— Tak jest!
— A zatem, jestem tego zdania, (biorąc na uwagę pewne względy, o których pomówimy we właściwem miejscu i czasie), że nie należy ogłaszać publicznie stanu umysłu, w jakim znajduje się pan hrabia, i nie wyzywać tym sposobem wmięszania się w to rządu. Nie śmiałbym twierdzić, że władze zgodzą się na to, aby opieka nad cierpiącym i rozporządzenia dobrami zostały powierzone pani hrabinie.
— Jeżeli familja nie żyje, jakiż interes mogłyby mieć władze publiczne, działać przeciwko mnie, jak pan powiadasz?
— Interes tak nazwany przez nich „publiczną moralnością.“ Przesądy!... głupstwa!...
— Nie mogę przecież zatrzymać przy sobie hrabiego, w takim stanie, w jakim się znajduje!...
— Bez zaprzeczenia... Pani hrabina nie mogłaby znieść tak smutnego widoku...
— A zamknąć męża mego w domu warjatów, to przecież to samo, co publicznie rozgłosić stan jego umysłu.
— Zapewne, ale jest inny punkt wyjścia...
— Jaki?
— Nic nam nie przeszkadza przypuszczać, że pan hrabia nie jest obłąkany, ale chory.
— W rzeczy samej.
— Wybieramy sobie dom zdrowia, gdzie go umieszczamy i gdzie otoczony zostaje największą starannością. Jeżeli będzie nam potrzeba jakiegoś podpisu, (co łatwo nastąpić może), otrzymamy go z łatwością i nikomu sprawy zdawać niepotrzebujemy... Co pani hrabina myśli o tej kombinacyi?
— Doskonała... Zgadzam się na nią, nie ma się nad czem namyślać!
— Tak, ja radzić dobrze potrafię... — mruknął pan Roch zacierając ręce.
— Znasz pan jaki dom zdrowia w takich warunkach?... — zapytała Blanka.
— Znam, dyrektor jego jest moim przyjacielem, powiem nawet jednym z moich klijentów, gdyż porucza mi niejednokrotnie swoje interesa, a zaufanie jego do mnie nie ma granic...
— Gdzie jest ten dom?
— O dwa kroki od Paryża. W prześlicznem miejscu. W Chatou, ulica Zamkowa, nr. 3.
— Czy to dom przyzwoity?
— Cóż znowu, Dom pierwszej klasy. Pomieszczenie zbytkowne. Wielki ogród. Pokoje i całe mieszkania wytworne. Życie wyszukane. Dwóch doktorów miejscowych nie licząc samego dyrektora... Ah! pan hrabia będzie tam jak u siebie. Tylko...
— Cóż takiego?
— Djablo tam drogo!
— Cóż to znaczy? Czy pan sądzisz, że jestem skąpa? Czy chory mąż hrabiny de Nancey nie powinien być traktowanym jak miljoner, kiedy jest nim.
— Zapewne! zapewne! — — zawołał eks-adwokat, kłaniając się miljonom o których słyszał.
— I zaręczasz pan — rzekła znów Blanka — że hrabia w domu tym nie będzie uchodził za warjata?
— Bynajmniej! Obaj doktorzy mego przyjaciela znajdą w swym naukowym repertuarze, lub skomponują w razie potrzeby chorobę o greckiej nazwie, która najdoskonalej w świecie wytłomaczy chwilowe zaburzenia mózgowych naczyń pana hrabiego...
Dokończywszy długiego tego frazesu, imci pan Roch odsapnął.
— Nie jest jeszcze późno, a czeka na nas kareta — rzekła hrabina. — Więc jedzmy do Chatou...
Eks-adwokat ani kłamał, ani przesadzał w tym razie.
Dom zdrowia doktora Hèlouin, jego klijenta, był istotnie utrzymywany w najlepszym tonie i zawierał mnóstwo pensyonarzy należących w ogóle do bogatych rodzin.
Było tam kilku pacyentów, którzy znajdowali się w tem samem położeniu co pan do Nancey, a rodziny ich miały powody do ukrywania przed światem smutnego stanu ich umysłu, który ostatecznie mógł być tylko przejściowym.
Doktór Hèlouin mały, pucołowaty człowieczek o twarzy cokolwiek fałszywej, przyjął hrabinę z niezmierną atencyą i oznakami wysokiego szacunku i poprosił aby sama wybrała sobie mieszkanie pomiędzy temi, które były niezajęte.
Wybór jej padł na mały pawilonik w stylu szwajcarskiego domku, położony w środku murawy, o sto kroków od głównego zabudowania i w najpiękniejszem miejscu.
Gęstwina wielkich drzew chroniła go przed gorącemi promieniami po południowego słońca. Klomby różnorodnych kwiatów otaczały go do koła. Pnące się rośliny obejmowały swemi łodyżkami drewniane rzeźby frontonu, obwijając się koło krat u okien i ukrywając tym sposobem to co było w nich ponurego.
Na parterze był jeden pokój przeznaczony na salon. Pierwsze piętro, do którego prowadziły schody zewnętrzne, zawierało przedpokój i sypialnię!
Pokój ten obszerny, umeblowanym był z prawdziwym komfortem. Doktór Hèlouin zwrócił uwagę hrabiny na kawał płótna metalicznego bardzo mocnego, które oprawne w żelazne pręty, spuszczało się nad kominkiem za pomocą dowcipnego mechanizmu i nie pozwalało warjatowi spalić domu, podczas gdy dobry na kominie płonął ogień.
Specyalny stróż miał sypiać w przedpokoju na kanapie.
Mała zasuwka ruchoma ukryta w środku jednej ściany drzwi, pozwalała czuwać w razie potrzeby nad pensyonarzem.
— Musi przyznać pani hrabina, że nigdzie, nawet u siebie pan hrabia nie mógłby mieć lepiej! — rzekł doktór Hèlouin z przekonaniem. — Dla własnej przyjemności możnaby tu zamieszkać.
Blanka przyznała to bez trudności i zgodziła się na cenę niezmiernie wygórowaną, którą miała płacić miesięcznie z góry.
Ułożywszy interes, pani de Nancey i pan Roch, powrócili do willi w lasku Bulońskim.
Nazajutrz Paweł, (który nie spostrzegł się nawet, ze zamykano w trumnę ubóstwiane ciało biednej Alicyi i że trumnę tę wyniesiono), został wsadzony do karety i zawieziony do Chatou.
Powolnym był jak dziecko i zdawał się nie domyślać nawet, że opuszczał dom w którym przeżył najwyższe rozkosze i najdotkliwsze boleści życia.
Szaleństwo jego, bardzo łagodne i spokojne, przechodziło w idyotyzm. Nie miewał on bynajmniej tak zwanych „napadów,“ widywano go tylko, jak płakał i śmiał się na przemiany. Lecz zarówno w śmiechu jak płaczu, twarz jego nieruchoma, nie wyrażała ani radości, ani cierpienia. Powtarzał bez ustanku, po cichu, monotonnym głosem i w sposób machinalny, dwa imiona Małgorzaty i Alicyi.
Nie wymawiał zaś nigdy imienia Blanki.
Zdawał się być starcem. Włosy i broda posiwiały mu w niespełna trzy dni. Głęboka bruzda zaorała się pomiędzy brwiami; a marszczki rozpostarły sieć swoją pod oczyma, rysując się wydatnie na sinych policzkach.
Ręce drżały mu często i napodobieństwo ośmdziesięcioletniego staruszka, lubił wygrzewać się na słońcu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Emilia Śliwińska.