Krwawy strzęp/W okopach Starej Markizy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Żyznowski
Tytuł Krwawy strzęp
Podtytuł Wspomnienia bajończyka
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1923
Druk Zakłady Graficzne „Nasza Drukarnia“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
W okopach Starej Markizy

Schodzimy do okopu. Mijamy cienkie jasne brzózki, oczy biegnące po równinie wygrzebują z mroku nasypy niemieckich okopów.
Stajemy. Sierżanci rozmieszczają nas po małych ziemiankach. Rozpacz z braku miejsca II fant se d.., jak mówią legjoniści. Na trzymetrowej przestrzeni układamy się jeden przy drugim, ośmiu. Umówione — wszyscy na prawy bok. Śpimy.
Oto bez przebudzenia przespaliśmy kilka — godzin. — „Eh kawa! Wstawać!“ — krzyczą kucharze. Każdy ze swoim „karem“ (blaszaną filiżanką) śpieszy po trochę czarnej lurki.
Śniadanie. Po niem rozglądamy się przy świetle dnia w otaczających nas rzeczach, szczegółach, miejscach.
Okopy są czyste, porządne — nawet wygodne, niema porównania z tymi w Sillery. Sekcja moja — druga, umieszczona pośrodku zajmuje przestrzeń pięciuset metrów.
Z lewej strony naszej linji obronnej znajduje się trzecia sekcja położona pod prostym kątem — przedłużeniem linji obrony trzeciej sekcji jest wysuniętem naprzód miejscem t. zw. poste-d’ecoute.
Poste-d’ecoute znajduje się w małym brzozowym lasku. Po prawej stronie mojej sekcji znajduje się pierwsza sekcja, skryta kępą ciemnych, starych świerków.
Od środka naszej linji idzie długi, głęboki i kręty okop, który prowadzi do kuchni i na Markizę. Tak nazwany został na poły rozwalony, murowany dom w piwnicach, którego mieści się posterunek lekarski, kwatera komendanta, biuro kompanji i magazyn.
Niegdyś podwórze, dziś zawalone gruzami miejsce przed Markizą ze studnią pośrodku, jest dla nas punktem doniosłej wartości.
Zdaje się, niepotrzebna, snuje się przed oczodołami po wybitych, niegdyś żyjących oczach Markizy — gładka, jasna szosa.
Za nią cmentarz. Kilkanaście mogił żołnierzy z wetkniętymi w nie drewnianymi, na prędce zrobionymi krzyżami.
Cały ranek zwiedzamy nasze, prawie, że miasteczko.
Wąskie między nasypami ścieżki, przypominają ulice.
Dzień z łaskawem słońcem pokazuje nam wszystko otaczające w dobrem pogodnem świetle.
Nie zwracamy uwagi na przelatujące nad głowami kule, czujemy się jak dzieci, które nocą wprowadza siwobrody starzec, gdzieś w nieznane krainy wrażeń i tajemnic.
— „E, tu jest zupełnie dobrze!“ — coraz słyszy się słowa kolegów.
Naprzeciw nas, daleko, może o jakie czterysta metrów, linja niemiecka. Przed nią niewielki, ale tak bardzo ciemny, sosnowy lasek.
— Oni tam pewno mają swoje poste-d’ecoute — robi uwagę jeden z kolegów.
Mały lasek staje się jeszcze bardziej czarnym, oddalonym, nieprzejrzanym.
Godzina dziesiąta — sześciu nas idzie po „wiwry“[1] do magazynu.
W Markizie dostajemy ser, wino, sardynki, czekoladę.
Przyniesione zapasy sierżant dzieli między esquade’y[2] następnie kaprale dzielą na pojedyncze części.
Wszystkiego dostaje się w bardzo szczupłej ilości, razem jednak stanowi zupełnie wystarczającą porcję na śniadanie dla jednego człowieka, tembardziej, że o godzinie 11-ej i pół jemy gorące śniadanie.
Śniadanie składa się z zupy, kawałka mięsa i jarzyny.
Nikt się nie skarży na brak apetytu — porcje znikają w mgnieniu oka.
Gamelle[3] szybko opróżniona myje się zaraz po jedzeniu — myje, to znaczy, wyciera się do sucha, skórką chleba.
Kolejno w porządku nazwisk znajdujących się na liście sierżanta, idziemy na wartę.
Zajęcia rozłożone w następujący sposób: Pierwsza esquade przeznaczona na wartę, uwolniona bywa od wszelkich innych zajęć — następne trzy pozostają do rozporządzenia, a więc: kopania okopów, chodzenia po zapasy żywności dla całej kompanji, patrole i t. p.
Podczas dnia jedynym posterunkiem dla warty było poste — d’ecoute w lasku — nocą natomiast trzy.
Pierwszy dzień nasz w okopach Prunay minął zupełnie spokojnie, nawet wesoło.
Nazajutrz zbudzono nas wcześniej i wyznaczono pracę. — Pogłębialiśmy okopy. Łopatami i kilofami pracowaliśmy do dziesiątej. Choć pracowaliśmy z zapałem, wyniki jednak pracy naszej były niewielkie ze względu na nasza zupełną nieumiejętność i nieznajomość podobnej specjalności.
O godz. 1-ej i pół popołudniu, gdy po odpoczynku zabieraliśmy się do pracy, z świstem nadleciały pociski niemieckie, pękające to przed, to za naszemi okopami.
Grzmocenie w nas nie trwające dłużej niż pól godziny, już nie to, że nie budziło najmniejszego lęku, lecz było dla nas bardzo przyjemną atrakcją. Bombardowanie przeszło bez żadnych złych skutków, nikogo bowiem nie raniło.
Następne dnie schodziły nam na pracy, pogłębiania okopów, kopania rynsztoków, któremi spływała woda, gromadząca się na ścieżkach i t. p. Nie stzelaliśmy prawie zupełnie, było to poniekąd rodzajem pogardy dla naszych nieprzyjaciół, strzelających bez przerwy.
Bombardowanie naszych okopów powtarzało się codziennie o jednej i tej samej godzinie — było dla nas ciągle jeszcze rozrywką, która od początku naszego pobytu w okopach nikogo nie skrzywdziła.
W przeciągu kilkunastu dni niemcy, wyrzucając do stu pocisków dziennie, żadnego z nas nie ranili.
Po szesnastu dniach naszej bytności w okopach pierwszej linji — nocą przeszliśmy nad kanał Aisne na odpoczynek.
W ziemiankach nad kanałem mieliśmy bardzo dużo zajęcia z przyprowadzeniem rzeczy naszych do porządku.
Wszystko, poczynając od butów, a kończąc na karabinach wymagało starannego czyszczenia. Czas jednak schodził nam dosyć szybko. Po sześciu dniach odpoczynku wróciliśmy do okopów Prunay.
Ten pobyt w okopach mniej był dla nas szczęśliwy.
Pewnego popołudnia niemcy zaczęli wprost zarzucać okopy nasze różnego kalibru pociskami.
Jeden z większych granatów trafił w grupę żołnierzy; wszyscy z nich otrzymali bardzo ciężkie rany. Ranni przez dłuższą chwilę zostawali bez pomocy, ciągle bowiem nadlatujące pociski utrudniały ratunek.
Młody sierżant czwartej sekcji, który przez kilka minut leżał nieprzytomny we krwi, zerwał się i począł krzyczeć: „Vive la France”.
Twarz sierżanta była zupełnie niewidoczną, zerwana skóra z czoła i części twarzy, czerwona, krwawiąca zwisała aż na szyję. Gdy go prowadzono na Markizę — śpiewał Marsyljankę.
Młody, zaledwie dwudziestoletni, ten bohater był żołnierzem Legji Cudzoziemskiej, dokąd wstąpił w 16 roku życia.
Mayac, nazwisko sierżanta, został przedstawiony przez kapitana naszego do medalu wojskowego.
Trzech pozostałych rannych również odprowadzono na posterunek opatrunkowy do piwnic Markizy, skąd nocą zostali odesłani de szpitala.
Wypadek powyższy przygnębił nas i pociski zaczęły robić na nas wrażenie, tembardziej, że rannych było z każdym dniem więcej.
Do zwykłych naszych zajęć przybyła nam nocna praca zakładania drutów kolczastych przed okopami.
Wyjście z okopów, głównie pierwsze, robi na żołnierza tzw. „bleu“ wrażenie, jakby odarcia jednostki z jego pewności siebie, pozbawienia go siły. Wyrabia jednak w młodym żołnierzu rezygnację, która jest niezbędną na wojnie.
Do okopów naszych przyzwyczailiśmy się do tego stopnia, że często w nocy zatrzymani przez wartowników, drwiliśmy z ich gorliwości.
Podług regulaminu, gdy wartownik słyszy kroki, powinien krzyczeć „Halte-là“, a po chwili „Qui vive?“ Jeśli nadchodzący nie odzywa się, wartownik jeszcze raz pyta pełnym głosem „Qui vive“ „Halte-là“, gdy jednak i za drugim razem zostaje bez odpowiedzi — nabija karabin, przytem grozi, że będzie strzelał. Gdy jednak nadchodzący na pytanie „Qui vive?“ odpowie — wtedy wartownik woła: „Avance au rallignement“, trzymając bagnet na wysokości ludzkiej piersi.
Obcy zbliża się na długość karabinu z bagnetem, skąd szeptem mówi wartownikowi hasło. Wtedy tylko zostaje przepuszczanym. Hasło zmienia się codziennie.
U nas jednak odbywała się cała ta ceremonja po domowemu.
Gdy stojący na warcie zatrzymywał głośnym „Halte-là“, odpowiadano mu przeważnie: „Idź do djabła“, albo jak u drzwi kolegi „Cicho — to ja Janek!“
Z całą jednak surowością zatrzymywaliśmy władzę naszę, która musiała się długo legitymować, zanim została przepuszczona.
Wogóle, ze względu na zżycie się wspólne wszystkich, zmiana warty odbywała się aż nadto prosto. Przychodziło się na posterunek i do schodzących żołnierzy kolegów mówiło się: „No idźcie spać!“
Podług regulaminu zmiana warty jest bardziej skomplikowaną. Zmiana, jak również schodzący z posterunku prezentują broń, powierzają hasło, mówią czego i jak należy strzec, prócz tego ustępujący powinni opowiedzieć wszystko, co podczas ich czuwania zauważyli, widzieli, lub słyszeli.
„Patrz, tam na lewo, tam się coś czerni!“ Powiedziano czasem, przeważnie jednak: „Było zupełnie cicho i nic nie widać“.
Okopy Prunay stały się takim polskim kątem na froncie francuskim, gdzie język słyszało się tylko polski...
Następne dnie mijały spokojnie — przerywało je jedynie popołudniowe bombardowanie.
Dwutygodniowy pobyt nasz w okopach skończył się wymaszerowaniem kompanji do małego, pięknie położonego miasteczka Verzonay.
W Verzonay umieszczono nas w domach wielkich winnic. Domy te, przeznaczone dla robotników zbierających winne grona, posiadały wszelki, oddawna niewidziany przez nas komfort, mianowicie: Sale były tak wysokie, że nie potrzeba było się nachylać, ani wchodząc, ani wychodząc — przeciwnie, można było stać, chodzić zupełnie wyprostowanym. Po za tem w całym domu były okna z szybami. Do spania były specjalne nary ze świeżą słomą. Na podwórzu była wielka studnia. Jednem słowem, było wszystko, o czem może zamarzyć żołnierz po kilkotygodniowym pobycie w okopach.
Z jaką niewypowiedzianą rozkoszą zdejmowaliśmy ciężkie, żołnierskie buty pierwszy raz po kilku tygodniach, nieustannego w nich pozostawania!
Gdyby nas nie obudzono, spalibyśmy ze trzy doby bez przerwy.
Odpoczynek nasz jednak nie zapowiadał się nawet w części tak pięknie, jak sądziliśmy. O godzinie ósmej rano zapowiedziano nam rewję karabinów przez szefa sekcji. Przegląd wyznaczono na godz. trzecią popołudniu. Karabin musiał być zupełnie rozebrany, każda najmniejsza część jego wyczyszczona i ułożona na płótnie od namiotu.
Wyczyszczenie karabinu systemu Lebela, ze względu na skomplikowany mechanizm, jest dosyć trudne i uciążliwe. To też cały ranek spędziliśmy na oczyszczaniu każdego szczegółu.
Od godziny 2 p. p. układaliśmy, każdy na swojem legowisku, błyszczące części karabinu.
„Garde a Vous!“ rozległ się głos sierżanta, oznajmiający wejście adjutanta, mającego robić przegląd.
Adjutant szybko obszedł salę, tu i ówdzie spojrzał — nie chwalił, nie ganił — wyszedł.
Inaczej się rzecz miała, gdyśmy usłyszeli głośne: „A vos rangs fix!“[4] poczem ujrzeliśmy naszego staruszka — kapitana. Zdjęliśmy czapki — staliśmy nieruchomo.
„Repos“[5] rzucił kapitan, poczem zabrał się do oglądania broni. Staruszek robił przegląd z widoczną lubością, każdy szczegół kilkakrotnie obracał, mrucząc coś pod nosem. Rzadko chwalił, zadowolenia swego wogóle staruszek nie lubił pokazywać. Biada natomiast, gdy znalazł coś nie w porządku, złościł się, często powtarzając: „karabin dla żołnierza — to wszystko, to jego żona, kochanka, wszystko — trzeba to zrozumieć, wiedzieć i dbać, dbać!“
Stary kapitan miał zwyczaj, często spotykany u ludzi starszych, powtarzania kilka razy słowa, a to może dla podkreślenia go, wbicia w pamięć słuchającego. Gdy czasem winny niebacznie coś odpowiedział — staruszek, odchodząc, twarz krzywił, mówiąc: „Mais taisez Vons!“ (Ależ milczcie!)
Po przeglądzie zaczęto się przygotowywać do wyjścia i popatrzenia na cywilnych. Cywilny dla nas był rzadkością, czemś zapomnianym, odgrzebanym z pod kurzu, nie człowiekiem.
Po piątej wyszliśmy do miasteczka.
Przeważającą ilość mieszkańców Verzonay stanowili żołnierze. Ci albo przesiadywali w kawiarniach, albo włóczyli się po ulicach bez żadnego określonego celu. Właściwie, niewiadomo było, jak wyzyskać czas wolny od piątej do dziewiątej wieczorem, tj. do godziny apelu.
Dyżurny sierżant wchodził na salę.
„Silence à appel“ krzyczał towarzyszący mu kapral. Szefowie escoude kolejno podchodzili do sierżanta, raportując: „Tout le monde present!“ Po apelu jeszcze godzinę dokazywano, śpiewano chórem. O godzinie dziesiątej zgaszono światło.
Nazajutrz rano sierżant oznajmił nam, że o trzeciej popołudniu odbędzie się przegląd ubrania przez kapitana. Wszystko ma być wyczyszczone, zreparowane. Znów więc cały dzień czyszczenia, trzepania, szycia. A o trzeciej prezentowanie się przodem, tyłem, przed uważnie oglądającemi oczyma dowódcy kompanji.
O piątej rewja butów, które trzeba było wyczyścić wewnątrz i zewnątrz, poczem natrzeć specjalnym tłuszczem.
Dziwię się kapitanowi, który bez zmęczenia szczegółowo oglądał wszystkie części garderoby dwustu pięćdziesięciu żołnierzy.
Na trzeci dzień naszego pobytu w Verzonay odbył się ogląd „revue de detailles“ drobiazgów, t. j. żywności, zapasowej bielizny, piętnastu paczek nabojów, gameli, pasków, bidonów[6], torb, ładownic i t. p.
Brakujące rzeczy kompletowano w magazynie, co nie obchodziło się bez narzekania staruszka. Na czwarty i piąty „wolny“ dzień nasz w miasteczku zapowiedziano w raporcie dwa nocne marsze wojskowe.
O godzinie dziesiątej wieczorem wyprowadzono kompanję moją na trzydziestokilometrowe marsze. Co godzina drogi odpoczywaliśmy dziesięć minut. Górzysty teren, a przytem noc kazały nam przeklinać nie tylko marsz, ale cały nasz „odpoczynek“, który był jednem wielkiem zmęczeniem. Stokroć razy czuliśmy się lepiej w okopach Prunay, niż zdala od frontu, w mieście.
Siódmego dnia maszerowaliśmy do znajomych nam już nor nad kanałem.
Nad kanałem, coprawda, nie bardzo zapędzano nas do pracy, za to mieliśmy ustawiczne „rassem-blement“[7] sekcji... Dla zamiecenia drogi przed ziemiankami — „rassemblement“, dla przyniesienia wody — „rassemblement“, przyniesienia drzewa — „rassemblement“. Jednem słowem, nie było możności napisania listu, zaczęcia rozmowy, by jakieś nowe „rassemblement“ nie kazało nam przerwać zaczętej pracy w najciekawszem miejscu i ustawia się w dwurząd. Jakże bardzo cieszyliśmy się, kiedy nocą powracaliśmy do znanych ziemianek w okopach!..
Wiedzieliśmy, że tu nie będzie żadnych rewii, ani marszów. Okopy posiadały dla nas jeszcze pewien urok wojenny, którego stanowczo nie znajdowaliśmy w przygnębiających nas norach nad kanałem.
Parę słów o naszym wzajemnym stosunku koleżeńskim. Dla każdego z kolegów oddział polski był czemś bliskim, świętym, doskonałym. Na oddział polski nie wolno było, ani powiedzieć nic złego, ani popatrzeć nań źle.
O doskonałości oddziału naszego byliśmy najzupełniej przekonani i niezachwianie weń wierzyliśmy.
Cała ta garść polaków była jakby otoczona żelaznym kręgiem naszej miłości narodowej.
Wewnątrz tego kręgu wszystko już miało charakter osobny, tylko i wyłącznie nasz. Drobne, czy poważne zatargi momentalnie cichły, gdy ktoś obcy próbował się wmieszać, lub sądzić.
Prócz tego dzieliliśmy się na grupy przypadkowo stworzone przez podział na sekcje i escouade’y.
Każda poszczególna sekcja polska była w jej oczach lepszą od innej, dalej — każda escouade wyżej stojącą pod każdym względem od pozostałych.
Najciaśniej związani przyjaźnią byli zwykle mieszkańcy jednej ziemianki. O lepszy kąsek mięsa dla kolegów z wspólnego lochu walczono zawzięcie. Tak było ze wszystkiem.
Ciekawe było życie nasze w ziemiankach, głównie noc, która była czemś, o czem ludzie cywilni nie mają wyobrażenia i pojęcia.
Noce nie zajęte przez wartę, często bardzo mieliśmy zupełnie wolne, zaraz po przyniesieniu żywności do magazynu w czerwonym domu.
Od godz. jedenastej zabieraliśmy się do snu. Po wypaleniu papierosów, gawędzie na temat wypadków dnia, kolega w głębi ziemianki układał się pierwszy, ma się rozumieć na jakiś umówiony zgóry bok, potem następny kolejno, aż do ostatniego, t. j. tego, który leżał przy wejściu.
Gdy już wszyscy ułożyli się, gaszono świece i natychmiast zasypiano. Mimo ciasnotę, częstokroć chłód, lub wpadający zzewnątrz deszcz, spanoby noc całą bez przebudzenia, gdyby nie wszy. One były tą nie do zwalczenia plagą, doprowadzającą nas do rozpaczy. Gdy jeden z wrażliwych kolegów wykonał jakiś gwałtowny ruch, wywołany swędzeniem nie do wytrzymania, budził wszystkich. Przebudzeni siadali i przy zapalonej świecy rozpoczynali polowanie.
Po względem zaspokojeniu swych pragnień, wypaleniu papierosów układano się na nowo. Czasem podczas nocy polowanie odbywało się kilka razy. Dochodziło do tego, że przed snem wszyscy przyrzekali nie poruszyć się, „żeby tam nie wiem co!...“ „nie wiem jak!“. Nie zawsze jednak dotrzymywano przyrzeczenia.
Bywały omyłki, że ktoś w rozdrażnieniu i swoim rozpędzie myśliwskim polował nie na swoim terytorjum. Żywe protesty przyjaciela w ciasnym ciemnym lochu sięgały często najniewinniejszych, dalej leżących kolegów.
Zauważyłem, że żołnierz w okopach, prawie nigdy nie siedzi. Rzadko chodzi, wiele stoi, resztę leży. Nizkie lochy nie pozwalają na względne choć wyprostowanie się podczas siedzenia, co męczy i bynajmniej nie jest odpoczynkiem. Stąd, gdy się raz weszło do ziemianki, natychmiast układano się na wznak i... zasypiano.
Po paru tygodniach pobytu w okopach Prunay spytano, kto chce z nas pójść w nocy na ochotnika, na patrol. Patrol ma na celu obejście całej przestrzeni między okopami i sprawdzenia, czy nieprzyjaciel nie zamierza jakiejś niebezpiecznej dla naszych okopów pracy.
Patrole są także po to, by podczas swej nocnej wycieczki schwytać i żywym przyprowadzić jeńca, od którego można by było zasięgnąć języka.
Ochotników znalazło się za dużo. O godzinie dziesiątej w nocy, kilkunastu wolontaryuszów bez szyneli, z założonymi na karabin bagnetami przechodzili wąską, tajemną ścieżką między drutami w stronę okopów niemieckich. Warta została uprzedzona, że wyszedł patrol i strzelać nie wolno. Pozostali w okopach koledzy wyobrażali sobie, że uczestnicy nocnej wycieczki napewno nie wrócą wszyscy. Po północy jednak cali i zdrowi schodzili na poste d’ecoute do wązkiego głębokiego rowu wszyscy, którzy brali udział w wyprawie. Oprócz patroli co noc dwie escouade’y wychodziły na t. zw. embuscade’ę[8]. Kilkunastu żołnierzy podchodziło blisko linji nieprzyjaciela i tam, kryjąc się albo w brudzie, albo za czemś ponad powierzchnię ziemi się wznoszącem leżeli od 3—5 godzin.
Miejscem zwykłym dla naszych zasadzek było ściernisko, na którem oddawna leżały na pół już zgniłe snopki owsa.
Leżąc za niemi, czasem podczas deszczu i śniegu przez kilka godzin zrzędu, wypatrywaliśmy wrogich sylwet, które jednak nie zawsze się ukazywały na horyzoncie. Podczas jednej z embuscade, leżąc za znanemi nam już snopkami, zobaczyłem szeroki płomień światła, idący z za okopów niemieckich. Po chwili długi szeroki promień, błyskawicznie upadł na ziemię, po której zaczął wolno, równo pełzać. Doszedł do snopków, jedynego naszego ukrycia, przebiegł dalej, poczem wrócił i zaczął drżeć, jakby radośnie trzymając nas w swojem ślepiącym świetle. Miałem wrażenie, że jestem złapany na gorącej przewinie. Całą wiarę i nadzieję ocalenia kładłem w te wątłe obojętne na mój lęk snopki, które jakby rade światłu rozzłociły każdą wilgotną słomkę blaskiem i zadowoleniem.
Po krótkiej chwili, która jednak, aż nadto się dłużyła, promień świetlny zniknął. Posypały się strzały. Przywarliśmy zupełnie do ziemi, twarze wtuliśmy w wilgotną, miękką glinę.
Słyszałem parę razy, przelatującą nad głową kulę, która zatrzymywała się nad snopkiem, tylko chyba dla rzucenia w nadsłuchujące ucho moje swoje „tssynk“.
Szereg salw niemieckich nikogo w rezultacie nie ranił, natomiast nastraszył. Głównie nabawił nas lęku reflektor.
Rezultatem codziennych zasadzek był jeniec Polak ze Śląska G. Byłby zapewne wszedł nam na głowy, gdyby nie sierżant, który głośnym szeptem skomenderował „chargez“ nabijcie broń (raczej z magazynu, lub łożyska wprowadzić kule do lufy).
Kilkanaście pod komendą poruszonych zamków, stąd głośny chrzęst, nastraszyły niebywałej wprost wielkości polskiego chłopa z armji niemieckiej. Rzucił karabin, ręce wzniósł do góry i poddał się. Słysząc wkoło siebie polską rozmowę zupełnie szczrze nas spytał:
„Czy daleko Warszawa i że go.. psiekrwie oszukali, bo mówili, że on na Francuzów idzie“.
Jako jeden z najlepszych strzelców kompanji naszej zostałem wybrany wraz z innymi trzema kolegami na punkt obserwacyjny.
Codziennie o 6-ej rano zaopatrzeni w wielką lunetę zajmowaliśmy miejsca na poste-decoute.
Czynność nasza polegała na tem, by do każdego niebacznie, czy umyślnie wychylającego się niemca strzelać.
Jeden z nas patrzał przez lunetę wzdłuż okopów niemieckich, gdy dostrzegł wystawioną ponad nasyp głowę, lub korpus niemca, dokładnie określał nam punkt, do którego salwą strzelaliśmy. Często po strzale obserwujący mówił z zadowoleniem: „Zleciał!“ Na ile jednak było to prawdą, trudno się było przekonać. Na posterunku zostawaliśmy po trzynaście godzin na dobę, co jednak zupełnie nas nie męczyło — przeciwnie pozwalało w nocy spać spokojnie do rana.
Samo stanie na punkcie obserwacyjnym było bardzo przyjemne i urozmaicone. Znudzeni czasem próżnem wypatrywaniem, strzelaliśmy do królików lub kuropatw. Zabite — nocą przynosiliśmy do okopów.
Podczas omawianego właśnie okresu naszego pobytu w okopach Prunay z ziemianką, w której mieszkałem, stał się spodziewany, groźny, bardzo jednak szczęśliwie zakończony dla mieszkańców wypadek.
Współlokatorami moimi byli: S. Sztejkeller, W. Liszewski, Dobrowolski, Trzebiatowski, Wiweger. Wszyscy wyżej wymienieni, jako żołnierze jednej escouade’y w nocy pracowali nad kopaniem nowych okopów, podchodzących bliżej linji nieprzyjaciela. Nad ranem wrócili do ziemianki, gdzie po pewnej chwili zmęczeni zasnęli. O godzinie ósmej bez widocznego powodu wszyscy się obudzili i zaczęli gwarzyć.
Nagle rozległ się świst i nieopodal ziemianki uderzył pocisk niemiecki. Bez żadnej wytłomaczonej, ze względu na codzienne bombardowanie, przyczyny, najgłębiej siedzący Wiweger wyskoczył z ziemianki do okopu, za nim, nie zdając sobie sprawy dlaczego, wybiegła reszta kolegów. Zaledwie zdążył wybiedz ostatni, gdy mieszkanie nasze zostało zawalone pociskiem trafiającym w sam środek ziemianki.
Opatrzność?! Przeczucie?!
Pod ziemią, załamanemi deskami, znaleziono rzeczy nasze: karabiny, szynele, tornistry doszczętnie zniszczone. Jak się wyraził sierżant: „wystarczyłoby, gdyby nie wyszli, postawić krzyż na wierzchu zawalonej ziemianki i przejść do porządku dziennego“.
Nie wiem, jak żałowałby kapitan zabitych wolontarjuszów, smutek jego po poszarpanych tornistrach i połamanych karabinach był wielki. Cudownie ocaleni powtarzał.: „No, teraz nas już djabli nie wezmą, z Jankiem gorzej!“.




  1. Wiwry — francuski vivre — spolszczone przez legionistów, jak wiele słów, którym nadano brzmienie polskie.
  2. Czwarta część sekcji składająca się z 14—16 żołnierzy.
  3. Gamelle — blaszane naczynie żołnierskie z pokrywą, w którem można także i gotować, ma każdy żołnierz i nosi przytroczone do tornistra, (Spolszczono — Gamela).
  4. A vos rangs-fix! Znaczy: Na miejsce — nieruchomo! Powyższe słowa krzyczy się przy wejściu tzw. starszego oficera — wszyscy wówczas obnażają głowy.
  5. Odpoczynek.
  6. Bidon, blaszana butelka żołnierska, obszyta granatowem suknem.
  7. Rassemblement — Zbiórka.
  8. Embuscade — zasadzka — czas embusquer — kryć, czaić się, być ukrytym za czemś.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Żyznowski.