Lekarz obłąkanych/Tom II/XXXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXXI.

— Jaką kurację zaordynuje pan dyrektor? — zapytał młody doktor.
— Zimny prysznic w zamkniętej szafie, bo kryzys przyjść może lada chwila — odrzekł Rittner. — Trzeba będzie zmusić koniecznie chorą do przyjęcia jakiego lekkiego posiłku. Za napój zimna woda z cytryną.
Po chwilowem zastanowieniu dodał, zwracając się do infirmerki.
— Potrzeba usunąć wszelkie przedmioty, któremi chora mogłaby się okaleczyć, albo życia pozbawić... Trzeba będzie także usunąć łóżko i pozostawić dwa jedynie materace na podłodze...
— Dobrze, panie dyrektorze.
— Jeżeli przyjdzie furja po pierwszej kąpieli, to dać natychmiast kąpiel drugą. Kiedy szał przyjdzie, owinąć chorą gorącemi kołdrami, a na głowę przykładać lód... Jeżeli kryzysu nie będzie, albo będzie bardzo słaby, włożyć tylko flanelową bluzę na pacjentkę.
— Dobrze, panie dyrektorze.
— Niestety! — mruknął melancholicznie Rittner, wszystkie te starania będą bezużyteczne z pewnością. Ta biedna kobieta zgubiona jest bez żadnego ratunku. Z celi Matyldy przeszedł Rittner do celi Joanny. Pani Delariviére, widząc wchodzącego doktora, wstała z fotelu i z błędnym uśmiechem postąpiła kilka kroków ku niemu.
— Kwiatów... kwiatów — powiedziała bezdźwięcznym swoim głosem — chcę pójść zrywać kwiaty z aniołem światłości.
— Będziesz pani zrywała, wiele ci się tylko spodoba, ale później trochę... A zwracając się do pomocnika, dodał:
— Dopilnujesz pan z łaski swojej, ażeby zaprowadzono panią do ogrodu na jaką godzinę po południu, a po powrocie dasz jej zażyć dwa miligramy datura w proszku.
— Dobrze, panie doktorze — odpowiedział młody pomocnik, zapisując sobie zalecenie w książeczce.
Odwiedzili z kolei wszystkie chore, znajdujące się w zakładzie. Skończywszy przegląd, pomyślał Rittner o córce Joanny. Od czasu, jak się czuł pewnym, jak przypuszczał, że mu nic nie przeszkodzi do ucieczki, że po za granicą będzie mógł żyć w zupełnym spokoju i używać swobodnie zebranej fortuny, którą miał nadzieję powiększyć coraz bardziej przy pomocy Renégo Jancelyn, nie czuł już takiej nienawiści do Edmy za to, że uciec usiłowała.
— Jakże tam panna Delariviére? — zapytał pomocnika.
— Źle, — odrzekł zapytany.
— Więc nie wróżysz pan nic dobrego z jej stanu zdrowia?
— Zdaję mi się, że ten stan codzień się pogarsza.
— Chodźmy do niej.
Obydwaj opuścili zabudowania warjatek i skierowali się ku apartamentowi, jaki zajmowała Edma na pierwszem piętrze pawilonu w ogrodzie.
W progu zaraz uderzyła Rittnera ogromna zmiana w rysach Edmy. Ujrzawszy doktora, zdawała się raczej być zdziwiona, niż przestraszona. Z wielkim wysiłkiem uniosła się na poduszkach.
— To pan, panie Rittner, — odezwała się osłabionym głosem, — myślałam, że pan sobie nie przypomni już nigdy o mnie.
— Niech mi pani wybaczy to pozorne zaniedbanie. Musiałem się wydalać. Szczęśliwy jednakże jestem, przekonawszy się na własne oczy, że jest pani daleko zdrowszą.
Edma uśmiechnęła się smutnie. Jej zapadłe policzki, jej blada cera, jej oczy zapadnięte i okrążone siną obwódką, bijąco zaprzeczały słowom doktora..
Rittner wziął ją za rękę i przyłożył palce do pulsu. Skóra była sucha, paląca, puls przyspieszony. Nieustanna gorączka niszczyła prześliczne ciało młodej dziewczyny.
— Pani cierpi — zapytał Frantz.
— Bardzo, panie doktorze.
— Co pani najbardziej dolega?
Edma przyłożyła rękę do czoła i do lewego boku piersi.
— Tu... i tu szepnęła.
— Czy to ból przemijający?
— Nie, panie doktorze... jednostajny i ciągły.
— Zapewniam, że nic pani nie będzie... Zapobieżymy temu...
— Niechże to nastąpi jak najprędzej, bo czuję, że siły mnie opuszczają.
— Pragnę uwierzyć obietnicy pańskiej, a teraz powiedz mi co o mojej matce...
— Mam dobre wiadomości dla pani. Pani Delariviére ma się nad podziw lepiej...
Oczy Edmy zajaśniały radością. Na chwilę nawet kolorki wystąpiły na jej bladą twarzyczkę.
Rittner mówił dalej:
— Właśnie wydałem rozkaz wyprowadzenia pani Joanny do ogrodu. Czy nie chciałabyś pani jej towarzyszyć?
— Błagam cię o to! — wykrzyknęła młoda dziewczyna. — Żebyś pan wiedział, jak mnie uczynisz szczęśliwą!
Pomocnik patrzał zdziwiony na swojego dyrektora.
Panna Delariviére nie była zdolną podejść jednego kroku, a Rittner, tak samo jak ona, wie o tem doskonale.
Edma po raz drugi usiłowała się podnieść, lecz siły jej nie dopisały. Nie mogła nawet usiąść na łóżku i upadła z powrotem na poduszki.
— Nie mogę!... nie mogę!... — szeptała boleśnie, a duże łzy spływały jej po policzkach.
— Niech się pani uspokoi, — odezwał się żywo doktor. — To bardzo naturalne osłabienie. Zwalczymy je w ciągu dni kilku... To tylko poprostu kwestja czasu...
— Dałby Pan Bóg! — westchnęła młoda dziewczyna.
Doktor warjatek i jego pomocnik opuścili pokój Edmy.
— Potrzeba przerwać tę gorączkę zadawaniem w dużych dozach chininy... — rzekł Rittner. — Walczyć potrzeba winem Bordeaux i krwistym befsztykiem, bo ta anemia się rozwija. Od dzisiaj także używać pan będziesz morfiny...
— Czego się pan obawia, panie dyrektorze?
— Obawiam się, aby serce nie było zajęte.
— Więc stan panny Delariviére wydaje się panu tak jak i mnie bardzo niebezpiecznym?
— Tak, mój kochany kolego, bardzo niebezpiecznym... prawie beznadziejnym poprostu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rittner udał się do Paryża, a po zjedzeniu śniadania poszedł do kasy Jakóba Lefébre z przekazem, podpisanym przez Grzegorza Vernier i podniósł z niej okrągłą sumę trzystu tysięcy franków w biletach bankowych.
Podczas jego nieobecności Paweł de Langenois przybył do Auteuil dowiedzieć się o Matyldę.
Wiemy już, jaką odpowiedź dał młody zastępca Rittnera.
— Czy nie mógłbym widzieć się z dyrektorem? — zapytał.
— Pan dyrektor jest w Paryżu...
— Przypuszczasz pan, że powróci niezadługo?
— Nie wiem tego.
— Przyjdę zatem jutro po południu.

∗             ∗

Młody człowiek, głęboko zasmucony wsiadł do doróżki.
Frantz Rittner powrócił nad wieczorem i dołączył przywiezioną pakę biletów bankowych do tych, jakie już miał w swoim skórzanym worku.
— Nie potrzeba, — mówił do siebie, — pozostawiać nic takiego, co by mogło wzbudzić podejrzenie w moim następcy. Muszę zerwać drut, który mi zwiastował przybycie moich wspólników, kiedy w nocy wchodzili przez furtkę z bulwaru Montmorency. Ta furtka będzie zapewne w użyciu, a doktor Vernier zdziwiłby się słusznie, gdyby dzwonek elektryczny rozbrzmiewał niespodzianie w jego gabinecie i pokoju sypialnym.
Powiedziawszy to, doktor warjatek wziął małe ostre szczypczyki, jakich używają jubilerzy, wszedł na krzesło i przeciął drut.
— Wszystko idzie jak najlepiej, powtarzał sobie, — wyjadę jutro wieczorem. Pojutrze będę w Genewie, wolny od wszelkich podejrzeń i niebezpieczeństw, osłonięty zupełnie nazwiskiem Hermana Kautzera!... Poprowadziłem mój statek niby zręczny marynarz, bo przez przeróżne przepaście, pośród których każdy inny utonąłby dziesięć razy!... Nikt mi teraz nie przeszkodzi w dopłynięciu do portu bezpiecznie.
Położył się do łóżka i najspokojniej przespał do rana. Wstał o ósmej.
W trzy kwadranse na dziesiątą odgłos dzwonka rozległ się po zakładzie, oznajmiając wizytę. Szwajcar pobiegł z oznajmieniem, że pan, co był pozawczoraj przyszedł z jakąś młodą panną i że oczekują w salonie.
— Młoda dama! — powtórzył doktor, a co to może być za dama?
Zeszedł bardzo zaintrygowany.
Czytelnicy nasi domyślili się zapewne, że byli to pan Grzegorz Vernier i panna Paula Baltus.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.