Macocha (de Montépin, 1931)/Tom IV/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Macocha
Podtytuł Powieść
Data wyd. 1931
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków — Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Marâtre
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Z pałacyku przy ulicy Linne, hrabina Kouaravieff pewna już swojego zwycięstwa, udała się do siebie i kazała przywołać Jarry’ego.
— Jak się ma warjat? — zapytała tonem oschłym, jaki zawsze przybierała mówiąc do niego, od czasu nieudanego podstawienia Pauliny.
Dosyć dobrze.
— Spokojny?
— Od ostatniego ataku najzupełniej.
Czy od tego, który wywołała twoja głupota? Zapewne tak... Ale wróćmy do Gastona Dauberive. Cóż mówi on teraz?
— Nic.
— Jakto nic? Ani słowa?
— Nic oprócz wyrazów oderwanych, które przerywa, zaledwie je zacznie. Marzy ciągle o swojej córce.
— Tem lepiej. Zadowoloną jestem z tego bardzo. Posłuży mi to wybornie, gdyż właśnie odnalazłam jego dziecię, tym razem prawdziwe.
— Ach, pani hrabino, dokazałaś pani sztuki nielada!
— Podziwienie na potem, teraz uprzedź rzeźbiarza, że chcę z nim mówić.
Jarry otworzył drzwi. Gaston siedział przy oknie i czytał. Zdawał się być zupełnie spokojnym, a spojrzenie jego mniej błędne niż zwykle.
— Pani hrabina pragnie mnie widzieć — zaczął nieszczęśliwy — niech przyjdzie, wizyta jej będzie mi bardzo przyjemną.
— Dziękuję panu serdecznie, mój artysto, za te uprzejme wyrazy — odpowiedziała pani Kouravieff wchodząc i siadając obok Gastona, którego jednocześnie wzięła za rękę.
— Powinszować ci — mówiła dalej. — Zdaje się, że pan już zaczynasz wchodzić w perjod, który poprzedza kompletne wyzdrowienie. Rzeczywiście pan de Lorbac jest sławnym doktorem, a dobre wieści, które przynoszę, posuną jeszcze sprawę, tak dobrze przez niego zaczętą.
— Gaston zwrócił na hrabinę oczy, w których się rozżarzył odblask niecierpliwości i oczekiwania.
— Szczęśliwe nowiny? — powtórzył.
— Tak jest.
— Jakie?
— Gotową jestem ich panu udzielić, pod warunkiem jednak, że będziesz panował nad sobą, i że nie będę musiała obawiać się ataku, wywołanego przez radość.
Rzeźbiarz zbladł nagle.
— Atak, o którym pani mówi, był dla mnie nauką. Będę spokojnym i panem siebie, widząc przed sobą moją córkę, ponieważ ją zobaczę. Jestem pewny tego. Zobaczę ją wkrótce. Ona jest niedaleko odemnie.
Pani Kouravieff niespokojna spojrzała na obłąkanego.
— Co pan mówisz? — wyszeptała.
Prawdę! Potrzebuję tylko zamknąć oczy, żeby ją zobaczyć, młodą, uśmiechniętą, z zaróżowionemi policzkami, powabną, piękną... Zbliża się ku mnie i szepcze cicho a czule: „Ojczulku, bądź spokojnym i cierpliwym, będę wkrótce przy tobie, a ja jestem jej posłuszny i czekam“. Widzisz pani, że nie masz się czego obawiać... Ona jest tak piękną, ta moja córeczka, ze swemi oczami słodkiemi a skromnemi, włosami jedwabnemi, z twarzą anioła a postawą królewny.
— Rzeczywiście, podobną jest dosyć do portretu któryś pan odmalował.
Gaston porwał się z miejsca i ścisnął silnie rękę hrabiny.
— Więc ją pani widziała?
— Widziałam.
— Mów więc pani, mów, zaklinam cię... Będę spokojnym, zobaczysz, ale mów, ja słucham.
— To właśnie ta wieść dobra, którą panu przynoszę. Córka pana się znalazła.
Gaston nie odpowiedział ani słowa, lecz przycisnął oboma rękami serce, gwałtownie bijące, a twarz jego siała się promienną radością niewypowiedzianą.
Hrabina mówiła dalej.
— Oddam ją panu. Jednakże zanim to uczynię, musisz mi pan dać ze swojej strony obietnicę...
— Nie mogę nic pani odmówić, jako tej, która wróciła mi wolność i oddała dziecię. Możesz żądać odemnie wszystkiego, nawet krwi mojej.
— Córka pańska, aczkolwiek zachwycająca, nie ma ani urodzenia, ani majątku, a pan jej nie zapewnisz ani nazwiska, ani posagu.
— Niestety!
— Na szczęście syn mój spotkał pańską córkę i zapłonął do niej miłością żywą, choć pełną szacunku, i mam zaszczyt prosić pana z tego powodu o jej rękę. Mój syn jest bogatym, przyniesie więc żonie swojej nietylko zacne imię, nietylko tytuł hrabiny, ale także i życie bez troski, pełne zbytku.
— I kocha moją córkę?
— Ubóstwia ją! Czyżbyś pan chciał jej mu odmówić?
— Odmówić mu? — zawołał Gaston z zapałem. — Pani mi oddajesz moją córkę, a ja miałbym jej nie dać pani synowi, który ją kocha? Nie, i sto razy nie... Ale kiedy ją pani mi odda?
— Wkrótce.
— Jakim sposobem się pani o niej dowiedziała? Kto ci ją dał poznać?
— Pan sam.
— Ja? — powtórzył rzeźbiarz zdziwiony. Ja, a to jakim sposobem?
— Na ślad jej wprowadziło mnie popiersie, które pan wymodelowałeś. Biust ten zwrócił nie na darmo moją uwagę. Zdawało mi się, iż odnajduję w niej rysy kobiety znanej mi dobrze.
— Jej matki, nieprawdaż? Jej matki? — zawołał Gaston.
— Kobiety zamężnej...
— Więc ona jest zamężną?
— Tak. Wydaną została za mąż, a raczej zmuszoną do tego przez macochę, przed którą zawsze drżała, przed którą drży dotychczas.
— Oh, ta macocha! Ona jest przyczyną naszego nieszczęścia, ona mi zabrała to, co ukochałem... Kazała mnie zamknąć... Jakto, więc ten potwór żyje dotychczas?
— Szczęśliwa w dodatku, do tego i bogata obok swej córki.
— Niegodna!
— Powiedziałeś pan, że to ona jest przyczyną wszystkiego złego. Otóż ze względu na tę, którą kochałeś, która była ofiarą lecz niewinną, przez wzgląd na uczciwego człowieka, który został jej mężem, przez wzgląd na dziecię z tego małżeństwa, i na twoją córkę nareszcie, nie trzeba czynić głośnem imienia matki. Żaden skandal nie powinien zabrudzić białej sukienki Pauliny... Rozumiesz mnie pan?
— Rozumiem i będę milczał.
— Potrzeba także, ażeby Paulina była przyjętą przez swoją matkę i mieszkała przy niej.
— A zarazem przy tej wstrętnej istocie, która zabrała mi wszystko i uczyniła szaleńcem...
— Tak trzeba!
— Ależ one obie nauczą ją mnie nienawidzieć.
— Nie myśl pan o tem, córka pańska ma dla niego czułość nadzwyczajną... Powiedziano jej, że umarłeś...
W tej chwili dwa uderzenia w drzwi przerwały rozmowę. Hrabina otworzyła i z zdziwieniem dowiedziała się, że jakaś młoda osoba pragnie z nią mówić...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Róża, albo raczej Paulina Dauberive, wyszedłszy od Eugenji, udała się do swojego pokoju. Łkanie wstrząsało nią całą... Sen, jaki śniła był roskoszny, tem straszniejsze jednak przebudzenie. Czuła że jej serce krwawi się jedną wielką raną.
Otarła jednak łzy szybko i ubrała się w jednej chwili.
— Trzeba je ocalić — rzekła. — To dla mojej matki. I w chwilę potem dążyła już do pałacyku hrabiny Kouravieff. Ażeby znaleść się tam prędzej, pobiegła na stację dorożek. W drodze jednak spotkał ją Rene, wracający z sądu, a zaintrygowany, iż widzi ją samą, kazał jechać za jej fiakrem. Gdy ten się zatrzymał, zobaczył, iż Róża wysiada przed pałacykiem hrabiny.
Renego czoło na ten widok okrył pot zimny, a serce niepewność trapić zaczęła, pytał się sam siebie, co jego narzeczona robić może w mieszkaniu człowieka, który urządził na nią zasadzką...
— To niemożliwe, zupełnie niemożliwe — powtarzał sobie po długiem zastanowieniu... — Jestem zwiedziony... Uwiodło mnie chyba nadzwyczajne podobieństwo. To nie Róża tam weszła, ona nie ma nic do czynienia w tym domu. Nic jej nie mogło tam zaprowadzić.
Powtarzając sobie to wszystko Rene, spacerował wzdłuż i wszerz przed pałacykiem, z podnieceniem nerwowem, łatwiejszym do pojęcia, jak do opisania.
Dziesięć minut upłynęło, a potem długi kwadrans.
Spodziewał się, iż drzwi się otworzą, że zobaczy młodą dziewczynę wychodzącą, i że zda sobie sprawę z tego dziwnego podobieństwa.
Drzwi jednak pozostały zamknięte, a trapiące go męczarnie zazdrości, zwiększały się z chwilą każdą.
— Gdybym zadzwonił — mówił sam do siebie — gdybym wszedł, gdybym się zapytał...
Ale obawa śmieszności kazała mu wyrzec się tej myśli.
Zresztą bezwątpienia jest tylko igraszka jakiejś pomyłki.
Wskoczył do powozu, wołając na woźnicę;
— Ulica Linne, pędź co koń wyskoczy.
Koń pobiegł galopem. Renemu jednak zdawało się, iż nigdy nie dojedzie. Nareszcie powozik się zatrzymał, a młody człowiek mógł rzucić odźwiernemu pytanie.
— Czy panna Róża wychodziła teraz?
— Nie sądzę, proszę pana — odpowiedział tenże. — Przynajmniej nie widziałem jej wychodzącej.
— Ostatnich słów nie dosłyszał już młody adwokat, który przeskakując po dwa i trzy schody, biegi ku pokojowi nauczycielki.
Drzwi były otwarte.
Wszedł.
Nie zobaczył nikogo.
Zawołał Różę po imieniu.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Zaniepokojony jeszcze bardziej, zszedł do wspólnego salonu, gdzie znalazł siostrę.
— Ach jakiś ty zmieniony? Co ci się stało? — wykrzyknęło dziewczę.
Na to zapytanie Rene odpowiedział innem.
— Gdzie jest Róża?
— Ależ u siebie bezwątpienia. Jeśli nie byłeś powiedzieć jej dzień dobry, ja ci ją tu przyprowadzę.
— Jak dawno jej nienawidziałaś?
— Godzinę może, lub trochę więcej...
Rene wstał i udał się do pani de Lorbac, którą przyzwyczaił się nazywać matką, i którą jak matkę traktował.
Teresa podniosła się drżąca.
— Kto tam? — zapytała głosem niepewnym, jak gdyby się spodziewała nowego nieszczęścia.
— Otwórz mi mateczko, to ja Rene... Muszę cię widzieć natychmiast...
Drzwi się otworzyły.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.