<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł My i Oni
Podtytuł obrazek współczesny
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1865
Druk Michał Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Małe powiatowe miasteczka w głębi Rosyi, położone opodal od wielkich traktów i pozbawione życia i spółki ze światem, są zwykle pustką, o jakiéj europejski mieszkaniec pojęcia mieć nie może. W wielu z nich możnaby się sądzić w XVI. lub XVII. wieku, tak wszystko zostało nieporuszoném, i żaden promyk cywilizacyi nie doleciał tam jeszcze. Odszczepione od ogólnego żywota, zasklepione w sobie te mieściny, wegetują zdane na łaskę i niełaskę urzędników, zarządzających w nich prawie despotycznie i nie dopuszczających nad sobą żadnéj kontroli, którą odległość od większych ognisk i mała ważność tych kątów zapadłych utrudnia.
Życie snuje się tu po staremu, to jest w patryarchalnym despotyzmie i samowoli, garstka ludzi wypotrzebowywana przez kilku stęka, boleje, męczy się, ale chodzi posłusznie w kajdanach, których zrzucić nie może, każde usiłowania stargania ich jeszcze je ciaśniéj zakuwa.
Do takich odosobnionych kątów należało miasteczko... do którego Juliusz i Marya przybyli na wygnanie. Przed niemi już trzech Polaków zesłano w to miejsce wprzódy, ale nie wielką być oni mogli dla nich pociechą. Jeden był umierającym starcem, który z łoża już nie wstawał, drugi na pół obłąkanym po stratach co go dotknęły, trzeci zobojętniałym na wszystko i odludkiem. Obłąkany był ze trzech najżwawszym i najszczęśliwszym, ale rzadko miał godziny przytomności, plątało mu się dziwnie w głowie i boleśnie nań było patrzeć, choć on sam prawie ciągle się uśmiechał, a jak wszyscy oszaleni, prawił, gadał lub mruczał nieustannie. — Niekiedy jednak wracała pamięć, z nią łzy a po nich szał i wesołość przerażająca...
Na towarzystwo miejscowe niewiele rachować było można. Mieścina licha była i mała, oprócz urzędników i kilku zamożniejszych kupców, nie mieszkał w niéj nikt prawie, tylko ubogie rodziny ludność składające, a obyczajami należące do innego wieku i świata nie naszego. Trudno przyszło nawet znaleść jakie takie mieszkanie, bo wszyscy wzdragali się na imie Polaków na równi ich mając z nieczystemi zwierzęty i pogany.
Kupiec Jakowlew, który bywał w Moskwie i Niższym Nowogrodzie, a przeto ocierał się już o różnych ludzi, zgodził się jakoś dać im mieszkanie w oficynie swego domu. Był to młody, żywy, roztropny człowiek, ale tak Moskal całą duszą, obyczajem i głową jak wszyscy. Uchodził on miasteczku za bogacza i miał prawie wyłączny monopol wykwintniejszego nieco towaru, który sam tylko dla błahorodnego towarzystwa sprowadzał.
Hierarchja urzędnicza składała się jak wszędzie ze sprawnika, horodniczego, kaznaczeja, sędziego i pomniejszéj gawiedzi kancellaryjnéj. Sprawnik, odstawny kapitan od piechoty, z żołnierskich dzieci, obarczony był liczną familią i wiódł życie wygodne, szanując miejsce które mu je dawało. Dom jego był w mieście najprzedniejszym, a Agafia Iwanówna, żona jego, najpoważniejszą matroną w powiecie. Sześć córek i czterech synów rozproszonych szczęściem po świecie składali rodzinę, do któréj należał także ubogi, na łasce żyjący, odarty, rozpity, niegdyś odsądzony od miejsca i praw stanu, brat saméj pani Nikita Gregorowicz Pułow. Sprawnik nie wiele się mięszał do rządu powiatu, którym w istocie władała jego żona, sekretarz którego ona protegowała i pełnomocnik jéj Pułow.
Ponieważ brat sprawnika, także dziecko żołnierskie, dosłużył się był w Petersburgu wyższéj rangi i przez niego miał jakąś protekcyą stary Zyżyn, miał więc i pewną siłę, która go podtrzymywała, mimo niezadowolnienia powszechnego, gdyż urzędu swego używał więcéj na rzecz swoją niż cara jegomości. W ogóle w Rosyi pojęcia obowiązków publicznych są dziwnie wykrzywione, widzą w nich sposób do życia tylko, do zbogacenia się, a nie posługę społeczeństwu. Zyżyn téż wcale nie myślał o tém jak zarządza powiatem, ale tylko co mu to przynieść może, a mimo zdzierstwa nielitościwego żona jeszcze wymawiała mu nieustannie, że sobie w niczém rady dać nie umie i że gdyby nie ona, nie mieliby chleba kawałka. Passyą Zyżyna była gra... otoczony podwładnymi grał obyczajem satrapów, każąc sobie płacić gdy wygrywał, nie uiszczając się nigdy z przegranych. Czyniło to grę i bezpieczną i dosyć zyskowną, a uniknąć jéj z nim nie było podobna, bo mścił się niełaską na upartych.
Horodniczy Sawelin, nieżonaty, kobieciarz, hulaka, otyły burłak, był Don Żuanem miasteczka przyjacielem domu Zyżyna, w którego żeńskiéj połowie oddawna chciano mu narzucić żonę. Tymczasem jednak mimo poufałych stosunków o małżeństwie nie było mowy, choć dwie panny Zyżynówny zdawały się równie pewne, że go śmiertelnie rozkochały. Jedna z nich nawet często do niego chadzała w odwiedziny, pod rozmaitemi pozory... Kaznaczej ślepy na jedno oko ale bardzo bystry człowiek, który powiadał że umie po francusku i niekiedy wyrywał się z parę wyrazami niezrozumiałemi, uchodzącemi za francuszczyznę, stanowił tu trzecią matadorę. Miano go za dowcipnego i głębokiego polityka. trzymał Moskiewskie Wiadomości i Inwalida. Sędzia, Niemiec pochodzeniem ale wychowaniem i naturą Moskal, był dosyć ograniczoną istotą, któréj głuchota nie dozwalała nazbyt wielkiéj grać roli w towarzystwie; on, jego żona i jedyna córka byli nadzwyczaj skąpi, a że sprawnik i horodniczy żyć lubili, nieustannie się z ich oszczędności naśmiewano. Kaznaczej dowcipował z Niemca co wlazło. Córka wszakże miała wielu wielbicieli, nie z powodu wdzięków, ale dla reputacyi ojcowskiéj szkatułki. Agafia Iwanówna obawiała się bardzo, aby płochy horodniczy nie dał się jéj usidlić i średniéj jéj córki, któréj prawie przyrzekł ożenienie, nie porzucił dla bladéj i chudéj niemki.
Tam gdzie wyższą warstwę towarzystwa składały podobne opisanym istoty, łatwo sobie wyobrazić jakie było tło na którém ona spoczywała. Ludność miejska była tym ideałem massy stworzonéj dla despotycznych rządów, w któréj jest właśnie tyle cech ludzkich, aby usprawiedliwiały zapisanie do skazek (spisu ludności). Od wieków ani na jeden włos nic się tu nie zmieniło, nic nie wyrosło, ludzie rodzili się, żyli i marli w prawosławnéj wierze swych ojców i prawosławnéj ciemnocie a posłuszeństwie i przekonaniu, że inaczéj jak jest być nie może. Reszta Bożego świata wydawała im się poczwarną, zaprzedaną szatanowi i przeznaczoną na wiekuistą zagubę.
Oprócz dwóch gazet moskiewskich, utrzymywanych przez kaznaczeja, więcéj tu żadne pisma nie dochodziły, Gubernialne Wiadomości wydawane czasem w Wołogdzie utrzymywał sąd, a nieurzędowa ich część służyła kancellistom do zawijania tytuniu i oprawy świec. Parę odartych książczyn krążyło wprawdzie po miasteczku od lat kilku, ale nie wiele osób czuło potrzebę zaglądania do nich. Kobietom czas schodził na krzątaniu się około domu, gawędkach o kawalerach i jedzeniu orzechów lub ziarnek kawonów, konfitur suchych i jagód. Oprócz tych co byli do ciężkiéj pracy zmuszeni, nikt nic nie robił, próżnowanie królowało wszędzie, wydając się najwyższém dobrem. Rodziło ono rozmarzenie dziwne, zepsucie dziwaczne bo prawie beznamiętne i jakąś tęsknicę nieuleczoną.
Przybycie Juliusza i Maryi na chwilę naturalnie zajęło całe miasteczko, ale gdy sprawnik przekonał się że oboje byli chorzy, gdy horydniczy zobaczył że Marya nie kwalifikowała się do jego doraźnych romansów, kaznaczej doszedł że się tam z francuszczyzną popisywać nie będzie mógł, dano im pokój. Zostali więc osamotnieni, a z trzech ziomków których tu zastali, jeden do nich przyjść nie mógł, drugi nie chciał, zjawił się tylko nazajutrz obłąkany.
Był to mężczyzna mogący mieć lat czterdzieści, człowiek niegdyś majętny, rodem z Warszawy, właściciel znacznéj fabryki, którego zrabowano przy jakiejś pomście za popełnione w ulicy zabójstwo; żona mu młoda zmarła z przestrachu po tym gwałcie, a jedyne dziecię zginęło z razów zadanych przez Moskali... Stary ojciec wkrótce téż życia dokonał... Blum (tak się nazywał) dostawszy lekkiego pomięszania po tych bolesnych ciosach, upominał się o sprawiedliwość u rządu za rabunek i zabójstwo w jego domu spełnione, to spowodowało że go w głąb Rosyi zesłano. Nagła zmiana losu, zubożenie, sieroctwo i to uczucie ucisku oburzające uczciwego człowieka, zachwiały rozumem Bluma do reszty... Wywożono go już z Warszawy śpiewającego i płaczącego na przemiany, ale stan ten nie zmienił jego losu, rząd uznał że należało sprzątnąć z przed oczów ofiarę, aby nie świadczyła o jego gwałtach i ucisku. Wysłano Bluma do Wołogdy, a tu z każdym dniem obłąkanie się jego zwiększało. Nie było ono niebezpieczném, w chwilach pewnych oprzytomniawszy milczący był, smutny i spłakany, zwyczajnie zaś wielomowny, ożywiony, wesół, naprzykrzony, bo potrzebował koniecznie towarzystwa ludzi. Samotność otoczała go widmami niepokojącemi.
Nazajutrz po przybyciu Juliusza i Maryi i zamieszkaniu ich w domu kupca Jakowlewa, po wszystkich urzędowych odwiedzinach, ku wieczorowi Blum się zjawił wystrojony o ile mógł, w rodzaju czamarki, którą sam z surduta przerobił, w czapce czworograniastéj i z lornetką bez szkiełka w oku. Słodki uśmiech krążył po bladych jego ustach.
Zaprezentowawszy się przyzwoicie usiadł na podaném krześle... Juliusz już z opowiadań sprawnika wiedział o nim i domyślił się z kim miał do czynienia; Marya przyjęła go ze współczuciem i obawą.
— Pozwolą się państwo spytać, rzekł po chwili, z którego przybywacie świata?
— Jak to pan rozumie? szepnął Juliusz.
— To jest czy z nieba, czy z piekła, czy z ziemi?
— Jedziemy z Polski...
— No, to wszytko jedno co z piekła, bo tam teraz szatani panują, rzekł Blum; ale po drodze nie widzieliście się z kim ze znajomych?
— Z nikim, rzekł Juliusz.
— Tu dużo osób bywa wieczorami, dodał obłąkany, przychodzą i z nieba... moja żona z synkiem... ojciec, niektórzy z powieszonych także, bywają i diabli, nareszcie tutejsze towarzystwo miejscowe... a państwo, rzekł ciszéj po chwili, jeśli wolno spytać, żywi czy umarli?
— Jeszcześmy żywi, rzekł wzdychając Juliusz.
— Ja także zdaje się że jestem żywy, dodał Blum, ale radbym co najprędzéj tę głupią komedyą skończyć, bo umarli są swobodniejsi... naprzód że wolno im bez pasportów jeździć, kontrybucyi nie płacą i już ich ani wieszają, ani rozstrzeliwają.
Mówił to wszystko z największą seryą na pozór przytomny.
— Cóż w Warszawie, spytał po chwili, czy Turków nie ma jeszcze?
— Nie słyszeliśmy...
— Bo mają przyjść niezawodnie, ale tylko ci którzy od stu lat pomarli, ma być z nich wysztyftowana armia doskonała, i ta przyjdzie pewno w pomoc. Ale że się to te nieboszczyki rozpierzchły, wiadoma rzecz, człowiek jak się wyrwie z ciała leci licho wie dokąd, więc choć archaniołom kazano na nich na cztery rogi świata zatrąbić, jeszcze się te ciury widać nie zwlokły. Krążą także pogłoski że Alexander W. Macedoński, którego cesarz austryacki mianował feldmarszałkiem swoim, ma tą armią dowodzić, książę Józef i Kościuszko sprawiają przy nim szarże adjutantów... panna Plater i Tomaszewska dodane mu są dla towarzystwa i konwersacyi... Nic państwo o tém nie słyszeli?
— Nic a nic... rzekł Juliusz z westchnieniem.
— Mnie o tém pod sekretem mówił nieboszczyk ojciec, ale proszę państwa nie rozgadujcie, sprawnik jest szpieg, horodniczy szpieg, nawet panna Natalia córka sprawnika należy do tajnéj policyi i chodzi wieczorami zdawać raporta horodniczemu...
Na tém chwilowo przerwała się rozmowa... Blum uśmiechał się przyjemnie i poprawiał czamarkę.
— Proszę państwa, a gdyście wyjeżdżali z Warszawy, czy wiele stało szubienic po kościołach?
— Jak to po kościołach? spytała Marya.
— A bo podobno Moskale mają teraz zwyczaj wieszać w katolickich kościołach, naprzeciw wielkich ołtarzy, w czasie summy w niedzielę...
— O tém nie słyszeliśmy.
— Może téż to i bajka, tyle krąży plotek, rzekł Blum, to pewna jednak, dodał, że w saskim ogrodzie codzień sołdaci strzelają do celu... a celem są dzieci, które na to wypędzają z domów umyślnie. Nabili ich już dużo i solone posyłają do Petersburga na stół N. Pana... potrawa delikatna... Zjedli tak mojego Stasiuszka biednego, ale to nic, widziałem go wczoraj ze skrzydełkami różowemi, lata jak motylek...
Obłąkany mówił szybko, z uśmiechem, a Maryi łzy ciekły z oczów... wesołość jego straszniéj była przejmującą od największéj rozpaczy. Juliusz napróżno usiłował sprowadzić go do przytomności, kierując rozmowę na przedmioty mniéj draźliwe życia powszedniego, Blum wylatywał zaraz na te przestworza, w których wyobraźnia jego swobodniéj bujać mogła.
Nareszcie po nużącéj godzinnéj blizko rozmowie, którą on sam podsycał i utrzymywał zawsze w jednym tonie, wyszedł ofiarując nowo przybyłym swoje usługi i obiecując im sprowadzić znajomych z któregoby sobie życzyli świata...
To była jedyna smutna próbka kraju jaką tu znaleźli; mylimy się, drugą był zapomniany przez nas lekarz powiatowy, młody człowiek któremu nie dowiedziono żadnéj winy politycznéj, ale że kończył nauki w czasie rozruchów uniwersyteckich w Moskwie a należał do stypendystów skarbowych, posłano go w ten kąt zapadły na powiatowego doktora, oddając pod sekretny dozór policyjny.
Sacharow był owocem dojrzałym cywilizacyi moskiewskiéj, pełnym najdziwniejszych sprzeczności. Umysł to był niepospolity, ale zwichnięty edukacyą jaką tylko Moskwa daje dzieciom swoim: republikanin i despota, demagog i czerwony, a mimo to wierzący w posłannictwo jedyne Rosyi i odrodzenie rodzaju ludzkiego za pośrednictwem dziczy azyatyckiéj. Napił się on zawczasu i Hercena i Pogodina i najosobliwszych płodów samorodnych literatury autodydaktów słowianofilów, i Proudhona, i filozofii pozytywnéj francuzkiéj i mrzonek niemieckich,czytał Straussa i Renana — ale z tego wszystkiego niestrawioną nielogiczną utworzył sobie jakąś całość i system podobny do tego, którym właśnie się rząd posługiwał. Sacharow naturalnie Polaków nie cierpiał, mając ich za najzgnilszych posłanników i reprezentantów zgniłéj cywilizacyi zachodu. Nie żył on w miasteczku z nikim; spełniał obowiązek ściśle, zamykał się z książkami, a bawił dyssekcyą trupów, których mu lazaret i turma obficie dostarczały. Zapraszany przez sprawnika i jego rodzinę, która na każdego młodego człowieka polowała, przychodził rzadko, mówił mało i pannom zaczepiającym go na różne sposoby, przystępu do siebie nie dawał. Kaznaczej który z nim jako z człowiekiem uczonym chciał wejść w stosunki, mówił o nim potém że mu niewiele brakło do waryacyi. W ogóle szorstki, dziki choć uczciwy, nikogo sobie zjednać nie potrafił w miasteczku: ale go oszczędzano bo wszyscy go jako lekarza potrzebowali.
Juliusz któremu stan zdrowia Maryi co dzień się zdawał groźniejszym, w kilka dni poszedł go odwiedzić i prosić aby był łaskaw nie dając poznać celu w jakim przybywa, zaszedł kiedy do nich i chciał Maryą wybadać.
Sacharow przyjął go milcząco i dziko; wysłuchał i nic nie odpowiedział, skinął tylko głową. Zastał go wygnaniec nad książką i preparatem jakimś anatomii patologicznéj i porzucił nie poruszonego z miejsca. Rozmowa była krótka, jeśli to rozmową nazwać można, mruknął coś i niby się skłonił. Zdawał się jednak rozumieć o co chodziło.
Nazajutrz o południu zjawił się u Juliusza, był nieco jaśniejszéj twarzy i dobrze się znalazł, bo upozorował swe odwiedziny tak, że Marya ich celu domyśleć się nie mogła. Juliusz radził się go o siebie, a doktor mało zwracając na pozór uwagi na Maryą, począł z nią mówić grzecznie i wybadał bardzo zręcznie. Sam on nie wiedział dla czego jakieś tajemne współczucie pociągało go do tych Polaków, może iż się nie skarżyli, nie boleli i godnie znosili nieszczęście.
Mylimy się zresztą może zowiąc to współczuciem, Sacharow który nie cierpiał zachodu Europy, a tém samém i Polaków, dobrze już było że im nie okazał wstrętu, że dla nich stał się łagodniejszym niż zwykle. Z ciekawością poglądał on na tę parę szukając w niéj wad które a priori spodziewał się znaleść: próżności, lekkomyślności, rozpieszczenia, miękkości i exaltacyi zarazem.
Marya i Juliusz wydali mu się wyjątkiem, ale ich badać postanowił. — Grają przedemną komedyą stoicyzmu, pomyślał w duchu.
Próba którą na Juliuszu uczynić postanowił była nieludzką, ale zdała mu się usprawiedliwioną, bo nie potrzebował kłamać aby ją dopełnić. Marya odeszła na chwilę, Juliusz pospieszył z zapytaniem.
— Jakże ją znajdujesz doktorze?
— Nie będę wam krył, bardzo źle, odparł Sacharow — nasz klimat dla tego rodzaju chorób piersiowych bywa zabójczy, droga pogorszyła stan... Mogę się mylić i daj Boże bym się mylił, ale zdaje mi się że sztuka lekarka nie ma środków któremi by ją ocalić mogła... Podróż na Maderę, do Nicei...
Juliusz stał blady i nie rzekł słowa, doktor wpatrywał się w niego bacznie, długo i postrzegł tylko drzenie muskułów w jego twarzy.
Słowa nie rzekłszy więcéj rozstali się.
— Jestem okrutny, mówił sobie w duchu Sacharow wracając do domu, cóżby mi kosztowało odpowiedzieć ni to ni owo, a zostawić mu nadzieję? Człowiek ten nie jęknął, cywilizacya więc nie wszystkich zmiękcza i obiera z siły, nie wszyscy, jak ci trzéj, dostają waryacyi, melancholii lub nieuleczonéj choroby!!...
Zamyślony poszedł do domu.
Gdy Marya powróciła do pokoju, zastała Juliusza z dwoma łzami na policzkach, ale je otarł prędko, w rozmowie nie dał jéj poczuć że nosił śmierci groźbę na sercu... Ale wieczorem począł powoli namawiać Maryą na podróż do cieplejszego kraju dla zdrowia...
— Jesteś znużona, chora, potrzebujesz wypoczynku, mówił, mnie tu choć tęskno nie byłoby tak źle czekając na twój powrót, przywiozłabyś mi z sobą świeże tchnienie wiosny, zdrowie, wesołość i przyszłość.
— Cóż za urojenie znowu? odparła kobieta, możeszże ty nawet o tém pomyśleć? chciałżebyś się mnie pozbyć? sądzisz żeby mi na zdrowie poszło jechać bez ciebie, saméj, zostawiwszy cię tu na męczarnie samotności, samego, bez opieki? Co za myśl! co za myśl! Czyż sądzisz że jestem tak chorą? A gdybym nią w istocie była, czyż myślisz że mi to życie tak drogie, bym je samolubném odosobnieniem przedłużać pragnęła?... Wiesz mój drogi, śmierć dla ludzi którym życie choć dziś szczęśliwe, jest zgryzotą przez swą przeszłość — nie tak straszna jak się zdaje. Dla mnie mogłożby być większe szczęście jak umrzeć teraz przy tobie, nie idąc już daléj, bo cóż znajdę więcéj? co lepszego? może mnie tylko spotkać smutek, straty, boleści... Więc... dajmy temu pokój i cieszmy się tém co Bóg dał...
W istocie los dwojga wygnańców nie był tak strasznym jak innych, bardziéj osamotnionych lub skazanych na nieustanne stykanie się z dziczą moskiewską. Życie wprawdzie nie było łatwém, ale stało się znośném, oboje na nie pracować musieli, a trud zajmował godziny któreby pożarła tęsknota. Jakowlew nieco cywilizowańszy Moskal odstąpił był im wprawdzie mieszkania, ale nie znaleźli sługi coby się podjąć chciała w gospodarstwie im pomódz, wszyscy chronili się zetknięcia jak z zapowietrzonymi.
Marya więc sama wesoło i ochoczo musiała się podjąć kuchni i tysiąca drobnostek w utrzymaniu domu niezbędnych, czyniła to z zapałem, z niezmierną gorliwością, ale widocznie upadała na siłach. Kaleka bez ręki pomagał jéj, siedział przy niéj, ale pozostała mu dłoń jedyna nie na wiele czyniła przydatnym. W pole płaszcza nosił drewka, niekiedy na targ chodził, ale w wielu robotach kalectwo zupełnie go obezwładniało. Ona krzątała się, a na twarz jéj występowały rumieńce, potém przychodził kaszel suchy, potém osłabienie, i gdy dzień mozolny zbliżał się do końca, gorączka ją paliła, siły opuszczały. Ale duch wiele może nawet w chorobie, a potęga jego często najsłabsze ciało czyni potężném, często samą boleść zatamowuje lub odracza... Marya pragnęła nie dać poznać po sobie że cierpiała, że upadała, i udawało jéj się to cudownie, dopiero gdy przeszła kres mocy ludzkiéj, zapłakana, zrozpaczona, nocą padała na łóżko czując się co dzień gorzéj i ciężéj chorą.
Sacharow niekiedy przychodził, popatrzał i podziwiał ich.
Za jego usilném staraniem znaleziono przecie jakąś sługę, która się podjęła u „niechrześcian“ za dobrą zapłatę zamieszkać. Tym sposobem Marya odzyskała trochę swobody, ale niestety! zapóźno... Zdrowie jéj już było ostatnim błyskiem lampy bliskiéj zgaśnienia. Z każdym dniem stawała się słabszą, gorączka paląca zwiększała się, rosła, kaszel męczył straszliwy, krew rzucała się ustami... i jednego wieczora całując w rękę Juliusza, na którego szyję zarzuciła ręce płacząc... skonała...
Nikogo nie było w domu gdy się to stało, Juliusz sam martwe ciało zaniósł na łóżko, zamknął jéj oczy, złożył ręce i ostatni pocałunek na bladém czole, a potém ukląkł i modlił się duchem u zwłok biednéj istoty.
Tak go w ciemności zastał przybyły Sacharow... domyślił się on łatwo wypadku który był aż nadto przewidziany, a widząc Juliusza tak na pozór spokojnym, tak w boleści trzeźwym, zdumiał się sile jego duszy... Mimowolnie tknięty litością przesiedział przy nim całą noc prawie, podziwiając moc z jaką walczył z sobą, twarz jego wydawała rozpacz która szarpała łono, ale przez usta jeden wyraz szału się nie dobył. — Poleciwszy starania o pogrzebie przyjętéj kobiecie, chciał go Sacharow odciągnąć z sobą, aby mu bólu oszczędzić; Juliusz się oparł stanowczo.
— Nie godzi mi się odstąpić jéj zwłok, rzekł do doktora — ona mi poświęciła życie, jam winien poszanowanie temu martwemu ciału którego serce biło dla mnie... Chcę na nie patrzeć, aby jéj obraz wyrył mi się w pamięci, abym zapamiętał tę gorzką chwilę rozstania, która mnie czyni sierotą...
Nad rankiem całe już miasteczko wiedziało o zgonie Maryi, a najpierwszy przybył Blum do Juliusza. Był strojny jak na najweselszą uroczystość.
— Winszuję panu, zawołał ściskając Juliusza... pani ozdrowiała i teraz z tamtego świata odwiedzać nas będzie... poznają się tam z moją żoną... Umrzeć to nic, kochany panie... przesąd, stary przesąd... ludzie nie wiedzą że to jest przejście do nowego życia...
Na ten raz szaleństwo jego wyglądało bardzo rozumnie. — Juliusza nawet nie raziło; Blum był weselszy niż kiedykolwiek...
Za pogrzebem zjawił się i ów wygnaniec odludek, który z nikim nie żył i nigdzie się nie pokazywał.
Bez księdza, bo katolickiego nie było bliżéj nad kilkaset werst, a prawosławny za pogrzebem Polaka iść nie mógł, odprowadzono ciało na smętne mogiłki położone na łysém wzgórzu za miasteczkiem.
Tu w kątku osobnym, w którym już para drewnianych krzyżów świadczyła, że komuś Bóg zesłał koniec męczarni w téj pustyni — wykopano mogiłę i złożono w niéj biedne ciało niewiasty, nad którem pokląkł Juliusz i długo, długo się modlił. — W téj modlitwie przebiegł całe jéj i swoje życie, ale mu ona zrobiła ulgę i natchnęła silném postanowieniem. Wstał jakby z tego grobu wionęła nań myśl zmarłéj, wyznaczająca mu dalszą drogę...
Blum ukłoniwszy się żółtéj mogile z uśmiechem, wesoło pobiegł do domu...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.