Panna do towarzystwa/Część druga/XXXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXII.

Rozmowa z wdową Magloire, nie trwała długo.
Dwunasta biła, kiedy przybyli do la Chapelleen-Serval do oberży pod „Białym Koniem“.
Wilhelm był już z poleceniami od swego pana.
Stół nakryty w pokoju na pierwszem piętrze, w którym miesiąc temu, Filip z Vendamem obiadowali sam na sam, oczekiwał na gości.
Podejrzenia doktora Gilberta, prawie jak gdyby już się rozchwiały.
Ostatnia ta konfrontacya przygotowana przez niego, powinna, jak myślał, usunąć je w zupełności.
Pan de Garennes i jego kamerdyner, pomimo gwałtownego wzruszenia wewnętrznego, weszli do oberży pozornie z najzupełniejszym spokojem.
Oberżystka uprzedzona, przypatrywała się wchodzącym z ogromną uwagą, i po ścisłym egzaminie, spojrzała na doktora Gilberta, poruszając głową przecząco. Co jawnie znaczyło:
— Nie poznaję żadnego z tych dwóch ludzi.
Pan i lokaj zrozumieli.
Żaden muskuł na ich twarzy nie poruszył się, lecz uczuli, jakby im jakiś przygniatający ciężar zdjęto z piersi.
Usiedli do śniadania.
Filip, bardzo był wysoły i wiele mówił.
Po śniadaniu oberżystkę wybadał młody adwokat, lecz ta nie mogła nic więcej mu powiedzieć, nad to, co już przedtem wyjaśniła doktorowi Gilbertowi.
— Widocznem jest, rzekł pan de Garennes, po ukończeniu badania — że jedyna dla nas szansa znalezienia śladów dwóch tych łotrów, jest w okolicy placu Saint-Sulpice i na ulicy Garancière.. Tam ich szukać należy.
Powrócili do Morfoutaine, gdzie ułożono, że Raul wraz z kuzynem przenocują.
Nazajutrz powrócili do Paryża wraz z doktorem Gilbertem, któremu towarzyszyć mieli do pałacu Sprawiedliwości, aby zażądać od sędziego śledczego owych listów anonymowych, oskarżających Raula, a to dla ich skopiowania.
Doktór Gilbert czuł się cokolwiek upokorzonym, że dał się uwieść fałszywym pozorom, i pomimo przewidywań, całkowity spotkał go zawód.
Wyrzucał sobie przy tem swój sąd nierozważny względem pana de Garannes, i nie mógł wybaczyć sobie, że go obraził, okazując mu tak niesłuszne podejrzenie.
Ta zmiana obejścia się widoczną była dla Filipa, i przekonywała go o całej rozciągłości odniesionego zwycięztwa.
— Udało nam się uniknąć wielkiego niebezpieczeństwa... myślał.
Ze swej strony myśli Yendame’a były indentyczne, wyrażały się tylko energiczniej:
— Stary pysznie jest wzięty na kawał!..


W Bry-sur-Marne pani de Garennes, ściśle stosowała się do programu nakreślonego przez syna.
Trzeciego dnia po zainstalowaniu się dwóch kobiet w willi, Genowefa pochłonęła w filiżance mleka, przysłanej jej przez baronowę, znowu dwie krople digitaliny.
Zarówno jak i poprzedniego dnia ostry ból uczuła wkrótce po wypiciu zatrutego napoju, z tą różnicą, że bóle dłużej trwały jak poprzednio, a po nich nastąpiło krótkie omdlenie.
Pani de Garennes śledząc pilnem i uważnem okiem działanie trucizny, tak nikczemnie przez nią zadawanej młodemu dziewczęciu, wydawała się pozornie bardzo wzruszoną i zaniepokojoną, znowu zapytała jej czy nie życzyłaby sobie, aby posłano po lekarza.
Genowefa odmówiła, lecz baronowa, zastanowiwszy się, że rozsądniej będzie zachować wszelkie na swoją stronę pozory, posłała do Bry-sur-Marne z prośbą do doktora Loubet, aby niezwlekając przybył do Willi.
Panna do towarzystwa zaraz po śniadaniu zmuszoną była udać się do swego pokoju.
Wielkie osłabienie, z jakąś dziwną sztywnością członków, nie dozwalało jej prawie utrzymać się na nogach.
Baronowa udając żywą i czułą sympatyę, poświęcenie niby macierzyńskie, zainstalowała się przy swojej lektorce w pawilonie.
Widząc wchodzącego doktora, młoda dziewczyna nie mogła ukryć zadziwienia.
— Nacożeś pani trudziła pana doktora?.. wyjąknęła... Prosiłam, żeby tego nie robić... Osłabienie moje nie ma żadnej ważności.
— I ja mam również nadzieję, że to nic ważnego, odpowiedziała pani de Garennes, ale nie chcę, żebyś chorowała! Twoje cierpienia zbyt wiele robią mi przykrości!! Najlżejsza zresztą niedyspozycya, może przybrać większe rozmiary... lepiej ją zwalczyć od razu, aniżeli pozwolić się rozwinąć.
— Pani baronowa ma słuszność zupełną, dodał doktór. — Nic lepszego według mnie jak środki zapobiegające.
Doktór Loubet był to siedemdziesięcioletni staruszek, który przeszło od lat czterdziestu praktykując rzemiosło uzdrawiającego, nie postąpił ani o jeden krok naprzód.
Postęp nauki współczesnej, nie istniał dla niego wcale.
Nie zadawalniał się nawet okazywaniem pogardy dla postępu, ale poprostu przeczył jego istnieniu; bardzo uczciwy człowiek, w głębi duszy ożywiony najlepszemi zamiarami, uważał się bona fide za znakomitego praktyka, i według wszelkich reguł ekspedyował chorych na cmentarz.
Dobry ten doktór, położył swój kapelusz o szerokich skrzydłach na krześle, razem z olbrzymim parasolem, z którym nigdy się nie rozstawał, służącym mu w lecie podczas upałów od słońca, poczem usiadł przy baronowej naprzeciwko Genowefy.
— No, no, cóż to tam takiego... zobaczmy... rzekł, biorąc za rękę Genowefę z przestarzałą galanteryą... Cóż to jest temu ładnemu dziecku... Zwyczajne bobo zapewnie. Przycisnął dwoma palcami arteryę ręki i dodał:
— Ehe! cokolwiek gorączki... skóra sucha i gorąca, jakiegoż to rodzaju cierpienia doświadczasz pani.
Genowefa w krótkości opowiedziała co uczuwała wczorajszego dnia i dziś rano.
— Wybornie! rzekł lekarz. — A zatem siedlisko choroby jest w sercu! Wszak bije z większą siłą niż zwykle, to serduszko?
— Tak panie, chwilami zdaje się, że się wydyma, jak gdyby miało pęknąć.
Doktór Loubet skrzywił się cokolwiek i zapytał:
— Ile wiosen liczysz sobie pani? Innemi słowami, wiele masz lat?
— Osiemnaście...
— A czy doświadczałaś już pani w epoce mniej lub więcej oddalonej, podobnych cierpień do tych, które mi opisałaś?
— Nie panie.
— Przyszły one nagle, odrazu, nic ich nie zapowiadało?
— Tak panie doktorze.
— A po takim ataku, czujesz się wyczerpaną, zmęczoną, jak gdybyś zrobiła długą drogę piechotą?
— Tak panie.
— Doświadczasz jakiegoś jakby stężenia w muskułach, które utrudnia wszelkie ruchy, aby nie powiedzieć, że je czyni niemożliwemi.
— To właśnie uczuwam panie.
Doktór Loubet kręcił głową z uroczystym wyrazem twarzy.
— Hm, hm, bardzo dobrze uczyniono wzywając mnie. — Jesteśmy wobec rozwijającej się choroby serca, która zaczyna się z niezwykłą gwałtownością i groźnemi symptomatami. — Pomimo to nie należy się przerażać! Na szczęście jestem tu, moje dziecię!! Będę walczył energicznie i chorobę zwyciężymy.
— Niemasz pan żadnej obawy, doktorze?
— Najmniejszej kochana pani... jeżeli tylko wykonane zostaną z całą ścisłością moje zalecenia.
— Zostaną wykonane, nie wątp pan o tem, doktorze!
— W takim razie odpowiadam za wszystko.
— Cóż więc trzeba robić?
— Napiszę receptę.
Stary doktór wyjął z kieszeni notatkę i na jednej z kartek napisał ołówkiem kilka słów.
Baronowa przyglądając się piszącemu, z trudnością mogła powstrzymać ironiczny uśmiech pod noszący kąty jej ust.
— Będziemy działać energicznie!! rzekł doktór podpisując receptę. Użyjemy digitaliny... Aptekarz przyrządzi według tej oto recepty miksturę, której panienka będzie brać łyżeczkę od kawy co wieczór w szklance ocukrzonej wody, przed położeniem się do łóżka.
— Digitalina! powtórzyła baronowa z wybornie odegranem zadziwieniem.
— Tak jest pani.
— Ależ to jest trucizna, doktorze!
— Tak jest pani, nawet gwałtowna trucizna?
— I pan ją zapisujesz?
— Niewątpliwie... Trucizna ta zadana w wielkiej dozie, sprowadza chorobę serca śmiertelną, prawie piorunującą, kiedy zaś jest dawaną w małych dozach, staje stanowczym antydotem przeciwko chorobom serca, nie powstałym z powodu jej zażycia... Jest to jeden z tych fenomenów, jakich trucizny roślinne wiele dają przykładów... Oto recepta pani baronowo... Poślij pani zaraz do apteki.
— Żadnych innych szczególnych poleceń nie dajesz pan temu kochanemu dziecku.
— Żadnych — niech w niczem nie zmienia swoich przyzwyczajeń, używa cokolwiek ruchu, lecz niech się nie męczy... Dodam, że należy podczas tych upałów unikać chłodów wieczornych, które bardzo się dają uczuwać nad brzegami Marny.
— Bądź spokojny doktorze, Genowefa nie będzie wychodzić wieczorem, nawet do parku.
— Tego właśnie potrzeba. — Zachowując pewną ostrożność, wyleczenie jest pewnem.
— Co za szczęście! tak ją kocham tę małą!
I pani de Garennes nachylając się nad młodą dziewczyną, pocałowała ją w czoło.
Genowefie po ustach przemknął blady uśmiech.
— Dziękuję pani, wyszeptała — jesteś pani dobrą.
— Pani baronowo, rzekł stary doktór, składam pani moje uszanowanie...
— Kiedy znowu przyjdziesz doktorze?
— Wkrótce, aby ocenić skutek mojego lekarstwa. Do widzenia panienko.
Pan Loubet wyszedł w towarzystwie baronowej odnoszącej receptę.
Oboje weszli na korytarz łączący pawilon z głównym korpusem domu.
— Doktorze, teraz kiedy ona nas usłyszeć nie może, powiedz mi, jak ją naprawdę znajdujesz... rzekła pani de Garennes.
Doktór poruszył głową, odpowiadając:
— Bardzo chora... bardzo...
— Ależ nie ma niebezpieczeństwa?
— Ehe! Pomimo energicznej kuracyi, nie zadziwiło by mnie wcale, gdyby hypertrophia szybszą była od nas.
— A wtedy?
— Ba! wtedy nastąpiłaby śmierć.
— Jakto, doktorze, tak więc myślisz! zawołała baronowa.
— Ja tak nie myślę... ale się obawiam... Jeżeliby zdarzyło się coś nowego, anormalnego, przyślij pani po mnie natychmiast.
— Dziękuję ci doktorze.
— Poślij pani do apteki, i dziś wieczór daj jej jedną łyżeczkę...
— Licz pan na moją akuratność.
— Do widzenia, pani baronowo.
— Do widzenia doktorze.
Lekarz poszedł.
Pani de Garennes zawołała służącego, dała mu receptę, i posłała do wiejskiej apteki, aby spreparowano miksturę.
Wracając do pawilonu mówiła sobie:
— Bardzo naiwny ten stary doktór, ale ta jego naiwność odda nam niesłychane usługi. — Dzięki jemu, możemy teraz działać bez najmniejszej obawy. — Cokolwiek się stanie, żadne podejrzenie nas dotknąć nie może. Wszak doktór właśnie digitalinę przepisuje jako lekarstwo! A więc, jeżeli przypadkiem śmierć cokolwiek zbyt nagła Genowefy, zadziwiłaby kogo, i jeżeliby sprawiedliwość wdała się w te rzeczy, recepta doktora Laubet wszystko tłómaczy.
Tak monologując, baronowa, weszła do pokoju swej panny do towarzystwa.
Młoda dziewczyna czuła się cokolwiek lepiej i mogła udać się do salonu, gdzie haftowała, oczekując godziny obiadowej i myśląc o swym ukochanym Raulu.
Służący powrócił ze wsi, przynosząc miksturę przepisaną przez doktora wraz z receptą.
Wręczył to wszystko pani de Garennes w obecności Genowefy.
— Ja sama będę cię pielęgnować, moje drogie dziecko, — rzekła do niej baronowa. — Co wieczór przyrządzę ci lekarstwo. — Nikomu tego nie powierzę.
Genowefa odpowiedziała z uśmiechem:
— Dzięki pani dobroci, role będą całkiem zmienione... Ja jestem u pani na służbie, a tymczasem pani mnie będzie usługiwać...
— Wszak wiesz moja mała, jak ja cię kocham... Szczęśliwą jestem postępować z tobą tak jak matka z ukochaną córką by postępowała.
Panna do towarzystwa spojrzała z niewypowiedzianą wdzięcznością, na to ohydne stworzenie, swego kata.
Po obiedzie pani de Garennes poradziła Genowefie, aby się udała na spoczynek, i dała jej zażyć własną ręką pierwszą dozę mikstury doktora Loubet.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.