Panna do towarzystwa/Część pierwsza/XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVII.

— A... — zaczął Filip drżącym głosem, gdyż pomimo panowania nad sobą, nie był w stanie ukryć wzruszenia — a czy nie powiedział ci, że jest depozytaryuszem testamentu?
— Nie ma on nic podobnego w swoich rękach — odrzekł Raul — nawet jest przekonany, że nasz wuj nie zostawił żadnego rozporządzenia. Z resztą gotowe ma dla nas, rachunki wartości deponowanych u niego i w banku...
— A czy radził ci jak postąpić?
— Nic mi nie radził zupełnie, wszystko pójdzie naturalną koleją rzeczy.
W tej chwili wszedł Honoryusz.
— Czego chcesz mój przyjacielu — zapytał Raul.
— Kazałem przygotować śniadanie — odrzekł stary sługa — myślałem, że pani baronowa i panowie będą potrzebowali jakiegoś posiłku...
— Miałeś słuszność, trzeba podtrzymać siły... będą nam one potrzebne... Honoryusz zostanie w tym pokoju, podczas gdy my zejdziemy do sali jadalnej... proszę cię moja ciotko.
Jedząc pośpiesznie, zredagowano zawiadomienie o śmierci i ułożono listę osób, które wypadało zaprosić na pogrzeb hrabiego de Vadans.
Przy stole siedzieli bardzo krótko.
Przed opuszczeniem pałacu, Raul wydał rozkazy Honoryuszowi co do drukowania i rozesłania biletów zapraszających.
Baronowa z synem powróciła do pokoju zmarłego. Jak tylko pozostali sami, Filip odezwał się do matki:
— Słyszałaś matko, nie ma innego testamentu prócz tego który mam w kieszeni...
— Tak — odrzekła pani de Garennes — i możesz teraz bez obawy zobaczyć, jaką część mój brat nam w nim przeznaczył.
Filip wyjął z kieszeni kopertę, której część górną przeciął scyzorykiem. Arkusz papieru stemplowego, włożony tam przez hrabiego pierwszy wpadł mu w oczy.
— Co to jest? — rzekł zadziwiony.
I półgłosem odczytał znane już czytelnikowi pokwitowanie Mikołaja Vendame z odbioru dziecka, wystawione na imię Honoryny Lefebvre.
Usłyszawszy nazwisko Mikołaja Vendame pani de Garennes zawołała:
— Vendame! ależ to nazwisko twego służącego.
— Tak jest — odpowiedział Filip — Julian Vendame pochodzi z Nanteuil-le-Haudoin, a Mikołaj Vendame jest jego ojcem, ale to nam nie wyjaśnia co znaczy ten papier...
— Obawiam się odgadnąć — rzekła pani de Grarennes. — Przeczytaj testament.
Filip wziął arkusz papieru i czytał głuchym głosem:
„Ja, Karol-Maksymilian hrabia de Vadans, zapisuję cały mój majątek, wynoszący sześć milionów, siedemkroć sto tysięcy franków, mojej prawej córce...“
— Jego prawej córce! — przerwała baronowa z gestem zdumienia. — On miał córkę!
— Słuchaj dalej, moja matko! — rzekł Filip, którego czoło potem było okryte. Czytał dalej:
„Mojej prawej córce zapisanej w książkach stanu cywilnego w Compiègne 17 grudnia 1863 pod imieniem Genowefy de Vadans, córki hrabiego Karola-Maksymiliana de Vadans i Joanny de Viefville, umieszczonej tegoż samego dnia u Mikołaja Vendame rolnika w Nanteuil-le-Haudoin, jak to zaświadcza dołączone tu pokwitowanie, które ma służyć egzekutorowi mego testamentu, do reklamowania mej córki i wprowadzenia jej w posiadanie majątku...“
— Córka! — zawołał Filip — jakaś nieznajoma kradnie nam nasze miliony!
Tym razem baronowa przerwała:
— Czytaj dalej, czytaj! Czyż nie widzisz, że siedzę jak na rozpalonych węglach.
Młody człowiek czytał dalej:
„mianuję siostrzeńca mego Raula de Challins egzekutorem mego testamentu i pragnę, jeżeli serce jego jest wolne, aby zaślubił porzucone okrutnie przezemnie dziecko od czasu śmierci jego matki, za co błagam Boga o przebaczenie.
„w Paryżu 25 lipca 1881 „Maksymilian de Vadans“.
Filip wyczerpany, dyszący, zwiesił głowę na piersi.
— Rozumiem wszystko — rzekła baronowa. Tajemnica, którą podejrzywałam osiemnaście lat temu, jest dla mnie dziś jasną. Hrabina Joanna kochała sWego szwagra Gilberta. Maksymilian zabił Gilberta i ukrył trupa, rozgłosiwszy o śmierci jego w Ameryce. Joanna wkrótce za nim poszła do grobu. Hrabia usunął dziecko nienawidząc go zapewne, potem po osiemnastu latach, osłabł na umyśle i ogarnęły go niedorzeczne wyrzuty sumienia, wtedy napisał testament.
Filip szybko podniósł głowę.
— A więc cóż, cóż nas to obchodzi! — odrzekł dzikim jakimś tonem. Testament w moich jest rękach! Ta dziewczyna nigdy się nie dowie kto był jej ojcem... pozostanie Genowefą, niczem więcej jak Genowefą...
— Czyż to podobna?
— Dla czegóżby nie?
— Śmierć twego wuja wiadomą będzie wszędzie, za kilka dni.
— A więc?
— Ludzie, którym dziecko zostało powierzone nie będą milczeć...
— Vendamowie? jakżeż mówić mają, kiedy nie znają nazwiska ojca Genowefy?...
— Ale ta Honoryna Lefebvre, ta wie dobrze! Może wydać tajemnicę, a raczej sprzedać...
— Zajmę się nią, i jeśli będzie potrzeba, kupię jej milczenie... Genowefy nie ma się co obawiać. Miliony do nas należą!!
Mówiąc to Filip włożył papiery w kopertę, a kopertę do kieszeni...
— Miliony... — powtórzyła pani de Garennes.
— Naturalnie.
— Chcesz powiedzieć, połowa tych milionów, bo jak nie ma testamentu, Raul bierze swoją część.
Młody baron potrząsnął głową.
— Raul nic nie weźmie... — rzekł. — Wszystko będzie nasze!
— Nie rozumiem... o czem ty myślisz? Wytłomacz się.
— Chcesz tego matko?
— Proszę cię...
— A nie uczujesz słabości, ani przerażenia? Nie zechcesz sprzeciwić się mojemu planowi?
— Wiem, że toby się na nic nie przydało, że nikt w świecie, nie mógłby przeszkodzić ci dokonać tego co raz postanowiłeś.
— Posłuchaj więc moja matko... Nie znasz kodeksu, ale ja który jestem adwokatem, a tem samem prawnikiem, znam go we wszystkich szczegółach... Otóż artykuł 727 kodeksu cywilnego, księga 3, tytuł 1, rozdział 2 mówi:
„Niegodni są brania spadku, i jako tacy wyłączeni od sukcesyi: 1-o ten który zostanie skazany za targnięcie się na życie zmarłego...“
— Nieszczęśliwy!! — zawołała pani de Garennes. Co za przerażająca myśl przyszła ci do głowy?
— Myśl zabrania bez podziału milionów mojego wuja... Cóż nad to prostszego?
— Obawiam się zrozumieć cię...
— To znaczy, że mnie rozumiesz...
— Chcesz zgubić Raula...
— Chcę mieć miliony... Tem gorzej dla Raula jeżeli mi staje na zawadzie!
— Cóż chcesz uczynić?
— Mistrzowski zamach, bądź pewna, gdyż znalazłem to czego szukałem... przypadek nastręcza mi sposobność, mam pod ręką człowieka który może mi pomódz, sam bowiem działać nie mogę.
— Któż jest ten człowiek?
— Julian Vendame.
— Twój lokaj?
— Tak jest.
— I ośmielisz się zaufać mu? Wziąść go za wspólnika?
— Wybrałbym go z tysiąca... Jestem jego pewny...
— Wierzysz w jego poświęcenie?
Filip pogardliwie wzruszył ramionami.
— Jego poświęcenie! — powtórzył śmiejąc się — oh! bynajmniej! Julian poświęca się tylko dla własnego interesu. Otóż w jego interesie leży pomagać mi... Z resztą wskutek pewnych szczególnych okoliczności znajduje się on w absolutnej odemnie zależności... A zatem nic nie ryzykuję a mam prawo na niego rachować... Pozostań tu moja matko... Wychodzę na godzinę.
— Gdzie idziesz?
— Idę do siebie...
— Widzieć się z tym lokajem, zapewne?
— Właśnie.
— Ostrzegam cię raz jeszcze, strzeż się...
Filip nic nie odpowiedział i wyszedł. Na dziedzińcu spotkał odźwiernego.
— Berthaud — rzekł mu — jak Honoryuaz powróci, uprzedź go, że interes powołuje mnie do sądu... Za godzinę lub dwie powrócę...
— Polecenie pana barona, zostanie spełnione — odrzekł Berthaud.
Młody człowiek poszedł ulicą Garancière, minął ogród Luksemburski i w niecałe dziesięć minut znalazł się na ulicy d’Assas, w domu który zamieszkiwał. Julian Vendame porządkował w mieszkaniu.
— Pan baron, już powraca! — zawołał — sądziłem, że pan baron będzie w mieście jadł śniadanie... Czy przynieść kotlety?
— Niepotrzeba — odrzekł Filip — mam z tobą do pomówienia. Chodź ze mną do gabinetu.
Kamerdyner udał się za swym panem, nie bez pewnej niespokojności. Badał swoje sumienie. Czy nie zbroił czego za co by mógł mieć głowę porządnie zmytą?
Filip usiadł przed biurkiem.
— Zamknij drzwi — rozkazał.
Vendame drzwi zamknął.
— Teraz, posłuchaj mnie uważnie.
— Panie baronie, słucham z całą uwagą.
— Mogę liczyć na ciebie stanowczo, nieprawdaż?.
— Mam nadzieję, że pan baron nie wątpi o tem! — odrzekł kamerdyner tonem przejętym, nadając swej twarzy wyraz hypokryckiego rozczulenia. — Mam pamięć serca, wiem dobrze com winien panu baronowi i nigdy niezapomnę! Dałem się uwieść... dostałem się przed sąd policyi poprawczej... Pan baron raczył się mną zainteresować, i siłą swego talentu zmusił sąd do uwolnienia mnie.
— Wyrywając z twoich akt, które mi sąd powierzył, dowód stanowczy...
— Nie ma wątpliwości, że pan baron odegrał dla mnie rolę Opatrzności!...
— Dowód ten pociągał za sobą twoje potępienie — mówił dalej Filip. — Zachowałem go... Znajduje się w pewnem miejscu... i znalazłby się w potrzebie.
— Wiem o tem, ale pan baron nie potrzebował wcale tego środka, aby mnie do siebie przywiązać... Dla duszy człowieka dobrze urządzonego jak ja, wdzięczność silniejszym jest bezporównania węzłem, aniżeli obawa.
— Mówisz o twej wdzięczności.
— Z całą szczerością, panie baronie... przysięgam.
— A więc zdarza się sposobność dać mi jej dowody.
— Jestem gotów!.. Po słowach, czyny! Takim jest mój charakter...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.