Panna do towarzystwa/Część pierwsza/XXIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.

Filip de Garennes był w błędzie przypuszczając, że prokuratorya i prefektura policyi, nie zwróciły uwagi na anonimy do nich adresowane.
Przyjmując z pogardą na jaką zasługują podobnie nikczemnie denuncyacye, pisane przez ukrywających swą osobistość, biorą je jednakże względnie pod uwagę.
Dziewięćdziesiąt dziewięć listów anonimowych na sto bywa czystą potwarzą, wykręcającą najniewinniejsze fakta, lecz jedna setna zwraca czasami uwagę na jakąś zbrodnię, która bez tego nigdy nie byłaby wykrytą.
Dwa listy Filipa przybyłe wieczorem, zostały wręczone jeden w biurze prokuratora Rzeczypospolitej drugi w gabinecie szefa Bezpieczeństwa Publicznego.
Szef Bezpieczeństwa przychodzący co rano bardzo wcześnie dla rozpatrzenia korespendencyi i raportów agentów, pierwszy ów list przeczytał.
Po chwili namysłu, schował go portfelu i zajął się dalszem rozpatrywaniem codziennych spraw. Ukończywszy tę pracę, i wydawszy rozkazy udał się do Pałacu Sprawiedliwości i kazał się zameldować u prokuratora Rzeczypospolitej, który przyjął go natychmiast, i powiedział jak tylko się ukazał:
— Przychodzisz pan właśnie w porę... Miałem kazać pana prosić abyś przyszedł pogadać ze mną.
— O czem?
— W przedmiocie listu, który znalazłem w mojej dzisiejszej poczcie.
Prokurator biorąc drugi list Filipa ze stołu, podał go szefowi Bezpieczeństwa.
Ten ostatni szybko go odczytał. Poczem otworzywszy swój portfel wyjął z niego pierwszy list.
— To bardzo ciekawe — rzekł — właśnie przychodzę zakomunikować panu list bardzo do tamtego podobny.
Z kolei prokurator odczytał anonymową denuncyacyę, i rzekł:
— Idzie tu o tę samą sprawę... Chociaż pismo jest różne, listy mogą pochodzić od jednej i tej samej osoby...
— Niewątpliwie.
— Oskarżenie pomimo to może być uzasadnione.
— Być może... Czy znałeś pan tego hrabiego de Vadans?
— Wiele o nim słyszałem. Był to człowiek dawnej rasy, posiadał ogromny majątek, ale przytem dziwny oryginał, oddawna siedział zamknięty w swoim pałacu jak w klasztorze. Synowiec jego, młody baron Filip de Garennes jest tu u nas adwokatem, wielkiej przyszłości.
— Cóż z tem uczynić?
— Wyszlij pan swych agentów na zwiady, nakaż im pan wielką ostrożność, i absolutną dyskrecyę, i niech zasięgną w okolicy pałacu informacyi. Jeżeli pogłoski przez nich zebrane potwierdzą denuncyacyę... Wtedy postanowimy, co czynić.
— Dziś zaraz rozpocznę działanie... Czy możesz mi pan powierzyć oba te listy?
— Oto są.
Szef Bezpieczeństwa powrócił do prefektury, wszedł do swego gabinetu i kazał przywołać jednego z agentów, w którym pokładał całe swoje zaufanie.
Był to człowiek wysokiego wzrostu, chudy, nerwowy, wieku lat czterdziestu kilku, cokolwiek siwiejący, powierzchowności dość pospolitej, lecz inteligentnej fizyognomii. Nazywał się Jodelet.
— Pan szef ma mi coś do rozkazania? — zapytał nizko kłaniając się.
— Tak jest.
— Oczekuję na instrukcye pana szefa Bezpieczeństwa.
— Przedewszy8tkiem przeczytaj te listy.
— Ab, ah! — rzekł Jodelet rzucając okiem na listy podane mu przez zwierzchnika — anonymowe denuncyacye.
Mówiąc to skrzywił się pogardliwie.
— Pochodzące od dwóch różnych osób, zauważył urzędnik sądowy.
— Albo też od jednej. Oba charaktery pisma widocznie są zmienione, a zatem mogą być napisane przez jedną osobę...
Agent uczynił uwagę, z którą już przedtem wystąpił prokurator Rzeczypospolitej.
— To bardzo być może — rzekł szef. — Pojmujesz czego po tobie oczekuję.
— Rozumiem doskonale, udam się zasięgnąć informacyi, niby nie wiedząc o niczem, co myślą i mówią, w okolicy placu Saint-Sulpice o śmierci hrabiego de Vadans, i czy rzeczywiście zgon jego wydaje się podejrzanym.
— Oto właśnie idzie... Potrzebuję ścisłego raportu o wszystkiem co się tyczy ostatnich chwil hrabiego. Weź się zaraz do roboty. Nie ma w tem nic trudnego. Dziś popołudniu o trzeciej zdasz mi sprawę z tego co zrobisz i z tego czego się dowiesz.
— Pan szef Bezpieczeństwa będzie ze mnie zadowolony.
— Liczę na to.
Jodelet ukłonił się i wyszedł.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.