Panna do towarzystwa/Część pierwsza/XXX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXX.

Jodelet od lat dwunastu należał do służby bezpieczeństwa. Był to agent sumienny, inteligentny i pełen gorliwości.
Nieraz policyjne jego zdolności zwracały uwagę zwierzchników.
Nie posiadał on wprawdzie nieporównanych zalet Lecoq’a albo Jobin’a, nie brakło mu jednak sprytu ani wytrwałości, a kiedy powierzono mu jaką sprawę, osiem razy na dziesięć, doprowadzał ją do dobrego rezultatu.
Wychodząc z prefektury, mówił do siebie:
— Jeżeli gadają o śmierci tego hrabiego, wkrótce będę wiedział. Nie potrzeba wielkiego sprytu aby ludzi wyciągnąć na słowa.
Szybkim krokiem wszedł na plac Saint-Sulpice.
Przeszedł ulicę Garancière, uważnie przyjrzał się pałacowi zamieszkałemu przez wuja Raula i Filipa.
Pałac, jak zwykle, miał pozór dziwnie melancholiczny. Okiennice wszystkich prawie okien szczelnie były zamknięte.
Ukończywszy przegląd pałacu, Jodelet zwrócił uwagę na sklep kupca win, przestąpił próg jego i zapytał, czy mógłby dostać śniadanie?
Gospodarz tego sklepu była to właśnie taż sama osobistość, która znajdowała się u golarza na ulicy Garancière, w dniu kiedy Julian Vendame wszedł tam w celu wiadomym czytelnikom.
— Zwykle nie trzymamy jedzenia dla gości — odrzekł szynkarz — ale za chwilę siadamy do stołu... I jeżeli pan zechcesz zadowolnić się naszą codzienną strawą, potrawką z baraniny, sałatą i serem, mogę panu zaraz służyć?
— I owszem, proszę... — rzekł Jodelet.
— A więc siadaj pan, każę panu przy nas postawić nakrycie.
I szynkarz wskazał na stół, na którym już znajdowały się trzy nakrycia i czterofuntowy bochenek chleba.
Garson dodał talerz, serwetę, szklankę, widelec i nóż, i postawił na stole dymiący półmisek, poczem gospodyni domu weszła i usiadła przy stole.
— Wyborna ta fasola z baraniny! — zawołał Jodelet aby rozpocząć rozmowę.
— Tak, tak... — rzekł szynkarz — gospodyni wcale nieźle kucharuje... W restauracyach nazywają to navarin... I powiedz mi pan dla czego?... Fasola, to rozumiem, boć tu wchodzą kartofle i rzepa; co do mnie jestem za staremi zwyczajami... stare wina... stare ulice.
— A dawno pan mieszkasz na tej ulicy?
— Całe życie mieszkałem w tej stronie miasta, a tu na ulicy Garancière i w tym domu, mieszkam już od lat dziewięciu... Piękny kawałek czasu, nieprawdaż?
— Ulica Garancière mało jest uczęszczana; dziwi mnie, że pan tu możesz robić interesa.
— Nic dziwnego, że pana to zastanawia,.. Wszystkim tak się zdaje jak panu, i wszyscy mylą się. A jednak interes idzie wcale nieźle, nie mogę się skarżyć... klientów mi nie brakuje.
— I z kogóż się głównie składają ci klienci?
— Ze stangretów, masztalerzy, kamerdynerów z pałaców i bogatych domów tej okolicy miasta, jest to solidna klientela... Płacą dobrze, i nigdy nie żądają kredytu...
— Tak... tak służba domowa lubi dobrze żyć, i nie zważa na wydatek... Śluby, chrzty, pogrzeby, wszystko to się kończy w handlu win... Ale mówiąc o pogrzebach, mieliście tu w ostatnich czasach jakiś pogrzeb na waszej ulicy.
— Ależ nie panie... — odezwała się żona szynkarza wtrącając się do rozmowy.
— Jakto! — zawołał Jodelet z miną zdziwioną — wszakże umarł hrabia de Vadans?
— Tak panie, w swoim pałacu, czwarty dom ztąd...
— A więc?
— A więc! W Paryżu nie było ani pogrzebu, ani nabożeństwa żałobnego... Nic, jednem słowem, poprostu wywieziono ciało...
— Gdzie?
— Do Compiègne, gdzie jak się zdaje familia posiada swój grób.
— Czy on był bardzo stary, zmarły hrabia?
— Przeszło sześćdziesiąt lat, co najmniej.
— A czy staro wyglądał?
— Nigdyśmy go nie widzieli.
— Jakto być może, mieszkając na tej samej ulicy?
— Pan de Vadans, wyjeżdżał tylko w powozie, i to bardzo rzadko, a w ostatnich czasach wcale nie opuszczał pałacu... sprzedano nawet konie.
— To był kawaler nieprawdaż?
— Nie, wdowiec.
— Nie miał dzieci?
— Nie miał...
— Ani blizkich krewnych?
— Dwóch siostrzeńców... jeden szczególniej nigdy go nie opuszczał. Miał on tylko dość skromny majątek, a teraz będzie miał niewiedzieć wiele milionów.
Jodelet słuchał z wielką uwagą i zapisywał sobie w pamięci każde słowo gospodyni...
— A na jaką hrabia umarł chorobę?... — zapytał.
Handlarz win przybrał minę tajemniczą, powtarzając:
— Na jaką chorobę umarł?
— Tak, na jaką chorobę?
— Bardzo byłby sprytny ten, ktoby mógł panu na to odpowiedzieć.
— A toż dla czego?
— Bo to cała historya, i dziwi nas tu wszystkich, że ona dotychczas nie doszła do uszu policyi?
— Ba! — rzekł Jodelet z cudownie odegranem zadziwieniem... — Czyżby tam miało być coś nie w porządku, ze śmiercią hrabiego de Vadans?
— Ha! jeśliby wierzyć temu co gadają, jest tam istotnie coś nie zupełnie jasnego. Ja tu w sklepie widzi pan, usługując klientom, mimowoli słyszę co gadają przed bufetem, każden coś dorzuci... otóż zdawało by się, że jeżeli hrabia de Vadans umarł, to dla tego, że go zanadto dobrze pielęgnowano!
— I któż to pielęgnował, go tak zanadto dobrze? — zapytał Jodelet, kładąc również nacisk na te dwa słowa.
— A któżby, do licha, — siostrzeniec, ten który go wcale nie opuszczał...
— No to, to wydaje mi się bardzo nieprawdopodobnem...
— A toż dla czego?
— Przecież doktór byłby spostrzegł, gdyby było coś podejrzanego.
— Ba! doktór!! Tu właśnie cała rzecz się wikła! Nie było żadnego doktora. Siostrzeniec nie wzywał żadnego doktora, tak panie, ani razu przez cały ciąg choroby trwającej sześć miesięcy!... A co? I cóż pan o tem myślisz?
— Myślę, że to nie jest bez znaczenia.
— Tak kochany panie z pewnością nie bez znaczenia!... — mówił szynkarz. — W całej okolicy o niczem więcej nie mówią, a wielu utrzymuje, że wysłano ciało do Compiègne umyślnie dla tego, żeby policya się tem nie zajęła.
— A więc — rzekł agent — przypuszczają zbrodnię?
— Nietylko przypuszczają ale są przekonani, że tak było niezawodnie.
— Zapewne otrucie?
— Tak utrzymują.
— Do licha! kiepski interes dla siostrzeńca, bo łatwo zrozumieć, że jeżeli chodzą takie pogłoski lada chwila policya się dowie, i rozpocznie poszukiwania.
— Będzie miała słuszność!... Zbyt byłoby wygodnie, w ten sposób pozbywać się ludzi, aby po nich spadek zagrabić!! Trzeba żeby winny został ukarany... Tembardziej, że ten okazuje piekielną bezczelność!...
— Jakto, cóż robi?
— Tak jest zuchwały, że ciągle mieszka w pałacu, w którym zadawał pigułki na szczury, swemu pocziwemu wujowi! Chodzi sobie jak gdyby nic się nie stało... Jak gdyby był najpewniejszym, że mu nic nie będzie... Czyż to nie oburzające!
— A służący?
— Jest ich tylko troje; stary kamerdyner, stary stangret i stara również kucharka?
— Czyżby i oni byli w zmowie?
— Oh co do tego to nie, najpoczciwsi to ludzie w świecie, ale stare niedołęgi, którym wszystko wmówić można...
— Mówiłeś pan przed chwilą o dwóch siostrzeńcach?
— Tak, ale jeden się nie liczy.
— Jakto?
— Tamten drugi nie był w łaskach u starego, jak się zdaje i nigdy nie przychodził do pałacu. Niepodobna go podejrzywać. To ten ukochany siostrzeńczyk, faworyt, spiesząc się schwycić sukcesyę dodawał do lekarstw arszeniku, czy innej jakiejś trucizny, której ślady znalezionoby na pewno, jeżeliby wykopano zwłoki i dopełniono autopsyi.
Jak widzimy plotka tak zręcznie rzucona przez Juliana Vendame, rozeszła się szybko i przyjęła ogromne rozmiary.
Najprostsze gadaniny, na żadnej nie oparte podstawie, stają się strasznem oskarżeniem.
— A więc siostrzeniec otrzymał spadek? — zapytał Jodelet.
— Prawdopodobnie, a nawet na pewno... Rozumiesz pan, że nie zrobił by czegoś podobnego ot tak sobie, dla niczego. Łotr pewny był swego. Cała okolica nasza jest oburzona, do najwyższego stopnia.
— Cóż na to mówią służący?
— Nikt ich nigdy nie widzi. Żyją jak niedźwiedzie w swojej jaskini. Zdawałoby się, że boją się pokazać ludziom na oczy i rozmawiać.
W tej chwili kilku klientów weszło do sklepu.
Szynkarz wstał aby im usłużyć.
Jodelet, skończywszy śniadanie, uznał zbytecznem nowe zadawać pytania.
Zapłacił i wyszedł.
— Prawdopodobnie — rzekł do siebie — we wszystkich zakładach tej strony miasta usłyszę toż samo i w tych samych słowach... muszę się o tem zapewnić.
Sklep perukarza znajdował się o parę kroków.
Jodelet pod pozorem odświeżenia włosów wszedł do sklepu. Czytelnicy domyślają się zapewne co usłyszał od wymownego perukarza, podczas gdy pracował nożyczkami.
Wiadomości te jako pochodzące z tego samego źródła, były naturalnie indentycznie też same co i te które posłyszał u handlarza wina.
Nie ma dymu bez ognia!... — rzekł do siebie agent policyjny. — Stare przysłowia zawsze mają słuszność, w głębi tego wszystkiego coś być musi...
Wszedł do jednej z kawiarni Cité, kazał sobie podać szklankę grogu i napisał raport.
Punkt o trzeciej, tak jak mu rozkazano, udał się do gabinetu szefa Bezpieczeństwa i kazał się zameldować woźnemu.
— No i cóż? — zapytał go urzędnik.
— Zdaje mi się — rzekł — że należy zwrócić uwagę na te anonimy, adresowane do pana i do sądu.
— Sprawdziłeś więc istnienie pogłosek oskarżających?
— Tak jest. Wszyscy przekonani są, w okolicy placu Saint-Sulpice, że zbrodnia spełnioną została na osobie hrabiego de Vadans. Może pan raczy rzucić okiem na mój raport... Odpowiem potem na pytania jakie uzna pan za stosowne mi zadać.
Szef Bezpieczeństwa uważnie odczytał raport Jodeleta.
— Istotnie — rzekł ze zmarszczonemi brwiami ukończywszy czytanie — wygląda to bardzo poważnie. Od kogo masz te wyjaśnienia?
— Od dwóch kupców z ulicy Garancière, szynkarza i perukarza; w ich sklepach zbierają się ci ludzie o których wspominałem.
— To dobrze, nie oddalaj się. Zakomunikuję twój raport prokuratorowi Rzeczypospolitej i zażądam od niego instrukcyi... Będę cię potrzebował zapewnie.
— Oczekiwać będę w biurze agentów, na rozkazy pana szefa Bezpieczeństwa.
Jodelet wyszedł, podczas gdy jego zwierzchnik udał się do sądu, i natychmiast wprowadzony do gabinetu prokuratora, rzekł mu:
— Ani minuta nie została straconą. Jeden z moich najinteligentniejszych ludzi, udał się w stronę placu Saint Sulpice, dla zbadania stanu rzeczy, oto jego raport, zawierający rezultat. Przeczytaj pan proszę.
Prokurator Rzeczypospolitej przeczytał pismo Jodeleta.
— Ależ to bardzo ważne... — rzekł — szkoda, że ciało hrabiego de Vadans odwiezione zostało do Compiègne... Gdyby nie to, dziś jeszcze nakazałbym ekshumacyę i autopsyę.
— Nic nie przeszkadza porozumieć się z pańskim kolegą w Beauvais... Pojedziemy do Compiègne... Jeżeli zbrodnia zostanie stwierdzoną, ponieważ spełnioną została w Paryżu, będziemy mogli sprowadzić tu ciało.
Prokurator Rzeczypospolitej wsparł łokcie na biurku, oparł głowę na dłoniach i milczał przez kilka sekund.
— Pozwolisz mi pan zapytać się, o czem myślisz? — rzekł po chwili szef Bezpieczeństwa.
Prokurator podniósł głowę.
— Myślę — odrzekł — że powinniśmy postępować z jak największą ostrożnością, gdyż ostatecznie oskarżenie opiera się jedynie na pogłoskach.
— Bez wątpienia, lecz pogłoski zbyt są rozpowszechnione i zbyt uparte, abyśmy mogli je lekceważyć...
— Jaką jest pańska osobista opinia?
— Jeżeli istotnie Raul de Challins, mieszkając z wujem sam jeden, zamknął umyślnie drzwi pałacu przed lekarzami podczas choroby wuja, tem samem już przyśpieszał śmierć bogatego krewnego, po którym dziedziczył.
— Tak jest, ale nie mamy najmniejszego dowodu, że tak się istotnie rzeczy miały.
— Dowód ten mieć będziemy.
— Koniecznem jest dowiedzieć się prawdy, ale należy przytem strzedz się wejść na fałszywą drogę. Jeden z siostrzeńców hrabiego, jak już panu wspominałem, należy do ciała adwokatów paryzkich, i że ma przed sobą świetną przyszłość..
W tej chwili zapukano do drzwi gabinetu.
— Proszę wejść. — Rzekł prokurator Rrzczypospolitej. W drzwiach ukazał się woźny, trzymając w ręku kopertę z żałobną obwódką.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.