Potworna matka/Część trzecia/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Potworna matka
Podtytuł Tragiczne dzieje nieszczęśliwej córki
Wydawca "Prasa Powieściowa"
Data wyd. 1938
Druk "Monolit"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Bossue
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Lucjan wyszedł pomiędzy szefem policji i komisarzem, Helenę dwóch agentów uprowadziło.
Pani Gobert półżywa padła na krzesło; Julia Tordier tylko z nią pozostała.
Przez kilka minut cisza śmiertelna panowała w pokoju, papuga nawet przestała krzyczeć; nieruchoma, z łbem przekrzywionym i z miną zasępioną, okrągłymi oczkami przypatrywała się Julii Tordier.
— A teraz pomówmy z sobą — odezwała się nagle Garbuska.
Na ten głos ostry, pani Gobert wyprostowała się i w groźnej postawie zaczęła:
— Jesteś tu jeszcze! — przyczyno tylu nieszczęść... Podły i bez czci oprawco! Wychodź stąd, wypędzam cię... Wyjdź... wyjdź zaraz z mego domu!
I ruchem rozkazującym wskazała drzwi.
Garbuska ze śmiechem piekielnym na ustach ani myślała ruszyć się z miejsca.
— Wyjść mam z twego domu — odezwała się na koniec. — Wypędzasz mnie, bardzo dobrze, lecz trzeba dowieść, że jesteś u siebie!...
Pani Gobert zrozumiała obelgę i trząść się poczęła.
Garbuska ciągnęła:
— Chcesz mnie wypędzisz z mojego własnego domu? Ty bowiem u mnie jesteś teraz... Do mnie dom ten należy, trzeba ci było zacząć od zapłaty komornego, któreś mi winna! Oddaj mi moją należność, dopiero wtedy będziesz mogła wypędzać!... Aha! zapomniałaś języka w gębie, co?... Ucichłaś teraz... Ucichniesz ty jeszcze bardziej, skoro ci komornika przyślę!...
— Cicho bądź, podła kobieto! — rzekła pani Gobert. — Odebrałaś mi syna i bez litości na rozpacz moją obrzucasz mnie obelgami i groźbą...
— Czy to obelga lub groźba, żądać tego, co się należy?
— Brat mój, którego dręczyłaś przez lat osiemnaście, nie z litości dał nam to mieszkanie, lecz z przywiązania... Wiesz o tym dobrze, i wszyscy to wiedzą!.... Mam więc prawo wypędzić ciebie, bo jestem u siebie i nic nie winnam...
— Komornik ci to objaśni; jeżeli nie zapłacisz, na bruk cię wyrzucę, a graty każę sprzedać... Nieboszczyk Tordier darmo was trzymał!... Tak ci się podoba mówić... Lecz ja nic o tym nie wiem!... Czy masz jaki kwit od niego?... Pokaż, a wyjdę natychmiast. Jeśli go nie masz, dawaj pieniądze!
— Ta kobieta to potwór! — mówiła pani Gobert, dysząc. — Żąda kwitów, a wie, że ich nie mam... Chce pieniędzy, a wie, że ich nie mam... Chce pieniędzy, a wie, żem jej nic nie winna... Zgubiła dziecko moje, teraz chce mnie na bruk wyrzucić!... — Wynoś się łajdaczko! Idź precz, złodziejko!
— Złodziejka! złodziejka! złodziejka! — powtórzył po trzykroć głos ostry.
To papuga brała stronę pani swojej.
— Dawaj moje pieniądze! — syczała Julia Tordier.
— Złodziejka! złodziejka! — powtarzała papuga.
Z oczami, krwią nabiegłymi, Garbuska posunęła się do papugi, zdecydowana łeb jej ukręcić.
Lecz papuga szczęknęła dziobem z taką gwałtownością, przybrała postawę tak groźną, że Julia Tordier cofnęła się przerażona.
— O, biada ci, wdowo Gobert — rzekła, zgrzytając zębami. — Od dawna zemstę ci zaprzysięgłam, za rady, jakie dawałaś temu niedołędze Tordier, twemu bratu, ażeby go na mnie buntować! Po długim oczekiwaniu, nadszedł czas na koniec! Chciałaś mi zabrać córkę... Ja ci syna wzięłam i poślę go na galery... a ciebie wyrzucę na bruk i zostawię bez dachu i bez kawałka chleba! Dowidzenia, wdowo Gobert... Zobaczymy się jeszcze!
Wybiegła, trzaskając drzwiami.
— Złodziejka! złodziejka! — krzyczała na nią papuga.
Pani Gobert została sama. Przybita tyloma ciosami, poczuła zawrót w głowie, wyciągnęła ręce, szukając pod pory, a nie znalazłszy jej, osunęła się i upadła nieprzytomna na ziemię.
Papuga wydała okrzyk grobowy...
Julia Tordier wpadła jak huragan do odźwiernego, u którego zastała kilka kumoszek.
— Panie Benoit! — rzekła.
— Słucham pani? — odpowiedział odźwierny pokornie.
— Wiesz, że odpowiadasz za wszystko, co się w domu stać może szkodliwego moim interesom...
— Wiem, proszę pani.
— Pilnujże w dzień i w nocy, ażeby nic nie wyniesiono z mieszkania Gobertów... Rozumiesz, żadnego sprzętu, co się zowie...
— Niech pani będzie spokojna, nic nie wyniosą.
— Pamiętaj! — dodała Garbuska.
Następnie wybiegła, wsiadła w dorożkę i rzuciła adres:
— Ulica Saint-Denis nr 107, co koń wyskoczy!
Stanąwszy na ulicy wskazanej, wbiegła szybko do biura.
— Czym można służyć pani Tordier? — zapytał dependent w nieobecności adwokata.
— Oto jest wykaz, jak długo niepłacone mieszkanie — rzekła, kładąc kartkę przed urzędnikiem.
— Czy trzeba ścigać niewypłacalnego dłużnika?
— Natychmiast!... Wyrzucić z mieszkania, sprzedać, zlicytować w jak najkrótszym czasie...
— Pośpieszymy, bądź pani spokojna — odrzekł dependent ze śmiechem.
— Dostanie pan gratyfikacji pięćdziesiąt franków, jeżeli będę zadowolona.
— Jakbym je już miał...
— Sądzę, że teraz odczepiłam się już na zawsze od Gobertów — mówiła Garbuska, wychodząc.
Powróćmy teraz do Heleny.
Dwaj agenci wsadzili nieszczęśliwe dziecko, nieprzytomne prawie, do powozu i ruszyli w drogę.
Helena zemdlała, nie obeszło to jednak wcale jej stróżów, przyzwyczajonych do podobnych objawów boleści.
— A jednak, ładna to panienka — odezwał się jeden z nich. — Zmartwione widać biedactwo!... Dużo łez, a potem obowiązkowe zemdlenie, lecz łzy obeschną i wszystko minie prędko! Za tydzień śladu nie będzie i panienka z drugim kawalerem romansować zacznie!... Znam się na tym! W ten sposób wnioskując, podtrzymywał Helenę i tak przyjechali na ulicę Anbry.
Od godziny już Prosper Rivet wyglądał oknem, oczekując przybycia powozu.
Ujrzawszy nareszcie, zszedł na dół i szepnął parę słów do ucha agentowi.
Z domu naprzeciwko Joanna Bertinot, na stanowisku w oknie, widziała wszystko, co zaszło.
Widziała Prospera na czatach, widziała jak zszedł, gdy powóz stanął przed nr 7, i jak rozmawiał z agentami.
Dotąd nie domyślała się jaki cios ją czeka.
Po rozmowie z agentami Joanna zobaczyła, że Prosper wszedł do powozu, a potem ukazał się z młodą dziewczyną, omdlałą na ręku.
Nie mogła dojrzeć pięknej twarzy Heleny, spoczywającej na piersiach komiwojażera, lecz poznała ubranie, poznała śliczne jasne włosy, rozpuszczone w nieładzie.
Krzyknęła głucho, i niezdolna zdać sobie sprawy z tego, co widzi, skamieniała z przerażenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.