Rodzina de Presles/Tom II/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Rodzina de Presles
Data wyd. 1884-1885
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Amours de province
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.

Przybycie Jerzego i Marcelego było strasznie nie na rękę Gontranowi. Wiedział wybornie, że baron Polart nie mógł żadną miarą im się podobać, ani jednemu, ani drugiemu; to też nie uznał nawet za właściwe im go przedstawić.
To zresztą nie zakłopotało ani troszeczkę przybysza, który, nie spostrzegając niby zupełnie wymuszonego i lodowatego sposobu, w jaki przyjmowano jego awanse, czynił niesłychanie śmiałe wysiłki ku uogólnieniu rozmowy, mówiąc o wszystkiem i Bóg wie czem jeszcze: omni re, scibili et quibusdam aliis....
Mimo wszystkich tych bohaterskich usiłowań, godnych bez zaprzeczenia, by lepszym uwieńczone były skutkiem, niepodobieństwem dlań było stopić i złamać lodów, które stawały jako nieprzebyta baryera między nim a jego milczącymi słuchaczami.
Oprócz tego sposób znaczący, w jaki Marceli de Labardès i Raul Simeuse poglądali na barona, wyrażał aż nadto jasno, że jeden i drugi >czują doń nieprzepartą antypatyę.
Trudniej były zdać sobie sprawę z zachowania Jerzego Herbert; ale to pewna zawsze, że uczucia jego ani trochę nie pozwalały przypuszczać jakiejśkolwiek życzliwości, charakter bowiem otwarty i lojalny Prowansalczyka, musiał czuć instynktowną odrazę dla natury tak podstępnej i chytrej jak barona.
Co do Dyanny, ta od przybycia Marcelego i jego przybranego syna, zdało się, zapomniała całkiem o obecności nieznajomego gościa; pogrążyła się w zamyśleniu bolesnem a głębokiem i bez wszelkiego wątpienia, wszystko co się działo i mówiło dokoła niej nie zwracało ani na chwilę jej uwagi.
W rzadkich interwalach tylko oczy jej spuszczone, podnosiły się i na mgnienie oka rzucały przelotne spojrzenie na piękną twarz Raula.
W chwilach takich Dyanna bladła lub rumieniła się mimowolnie, a rysy jej wyrażały prawdziwe wzruszenie.
Bezinteresowny a nieświadomy widz tej niemej sceny byłby musiał niezawodnie wnieść z tego jej wzroku i tego wzruszenia, że pani Herbert jest namiętnie zakochaną w Raulu de Simeuse i że nie udaje jej się nawet skrywać płomienia tej występnej namiętności, co ją trawi!...
A jednak Bóg sam wie najlepiej, jak dalece te domysły, acz tak prawdopodobne pozornie, dalekie były od prawdy!...
Baron Polart wstał.
— Panie hrabio, — ozwał się, — nie umiałbym wypowiedzieć, jak bardzo uważam się za szczęśliwego, że miałem zaszczyt zostać mu przedstawionym.... Ośmielam się mieć nadzieję, że raczysz mi pan pozwolić, przez czas pobytu mego w Prowancyi, przybywać tu, składać mu me uszanowanie....
Pan de Presles skłonił się w milczeniu.
Baron Polart wziął lub przynajmniej udał, że bierze ukłon ten za przyzwolenie i podziękował wielce gorąco, jak gdyby okazano mu największe odszczególnienie.
Skłonił się głęboko przed Dyanną. Złożył ukłon ogólny pozostałym i opuścił taras w towarzystwie Gontrana.
Cóż chcecie... nie przedstawiliśmy wam, czytelnicy, barona Polart za typ skończony doskonałego szlachcica i zmuszeni jesteśmy przyznać, że mimo jogo szlachectwo tak niezaprzeczone, wedle jego zapewnień, była w nim jakaś przyjemna mięszanina komiwojażera, prowincyonalnego tenora i kupca wody kolońskiej zarazem.
Co przecież nie przeszkadzało baronowi de Polart być człowiekiem najwięcej chyba uorderowanym w całym świecie...
W przyszłości może i ta zagadka nam się wyjaśni.
Bądź co bądź, skoro tylko Gontran i jego towarzysz znaleźli się w takiem oddaleniu, że słyszeć już nie mogło głosów zgromadzonego pod kasztanami towarzystwa, Jerzy zawołał:
— Na miłość boską, Dyanno! któż to jest ten pan?...
Ten wykrzyknik pytający przerwał zamyślenie młodej kobiety.
— Ten pan, — odpowiedziała. — jest jak się zdaje, jakimś przyjacielem Gontrana....
— Przyjacielem Gontrana!... — powtórzył Jerzy. — Czy jesteś tego pewną rzeczywiście?
— Bez wątpienia, boć to on przecie przedstawił nam go tu przed chwilą....
— Pod jakiemź nazwiskiem?
— Pod nazwiskiem barona de Polart, jeśli się nie mylę....
— Baron przemycany... bezwątpienia!...
— Bardzo to możliwe... nawet bardzo prawdopodobne....
— Bądź pewną, że tak jest.... A moja kochana Dyanno, gdzie też u dyabła twój brat chodzi wyławiać swych przyjaciół?...
— Jeśli chcesz to wiedzieć, winienbyś pytać jego o to a nie mnie, bo ja najzupełniej tego nie wiem.... Ale powiedz mi, Jerzy, więc ty masz bardzo złą opinię o tej nowej znajomości Gontrana?...
— Niesłychanie złą.... Instynkt, którego doświadczyłem już niejednokrotnie i który nigdy mnie nie zawiódł, każę mi uważać tego mniemanego barona za intryganta.
— A ja, kochany mój Jerzy, który uważam się cokolwiek za fizyonomistę, byłbym surowszym od ciebie jeszcze... — dodał Marceli.
— Jakto?
— Ty uważasz nowego przyjaciela Gontrana za intryganta, jak powiedziałeś?...
— Tak, niezawodnie!...
— A więć ja uważam go za łotra najgorszego gatunku... za człowieka niesłychanie niebezpiecznego, i lękam się niezmiernie, by nie zawładnął Gontranem i nie pociągnął go do jakiegoś brzydkiego czynu.
— Być może, — szepnęła Dyanna, — być może, że on ma na brata mego mniej wpływu niż się panu zdaje.
— Droga pani, nie łudźmy się pod tym względem!... Przeciwnie, wpływ ten musi być niezmiernym skoro Gontran, a pewien jestem, że pani zastanowiwszy się, przyznasz to sama, bez wahania i bez zawstydzenia się przedstawił swemu ojcu i siostrze błazna tego rodzaju, czego z pewnością w innym razie byłby się strzegł jak oparzenia....
— Być może, — podjęła Dyanna, — że Gontran sam łudzi się, co do osoby tego barona de Polart i nie widzi go takim jakim jest w rzeczywistości....
— Nie mógłbym, droga pani, dzielić tej opinii... Gontran zna się na ludziach, wierzaj mi pani, tak dobrze jak długoletni spowiednik lub stary dyplomata.... Co robi, robi z rozmysłem... skoro się daje powodować, to z pewnością z całą świadomością rzeczy...
— Może wreszcie, — spróbowała jeszcze pani Herbert, jako ostatnią a nieśmiałą objekcyę, — sądzimy zbyt surowo dzisiejszego gościa.... Przyznaję chętnie, że tualeta jego jest dziwaczną i że brak mu dystynkcyi, ale niemożnaż mieć złego gustu i natury pospolitej, plebejskiej a jednak być najuczciwszym człowiekiem w świecie?
— Tak, bezzawodnie, jeśli to weźmiemy jako tezę ogólną... byłoby za okrutnem i za bezwzględnem sądzić ludzi z ich powierzchowności wyłącznie; bywają jednakże pewne wypadki, w których pozory rzadko mylą.... Ten właśnie jest z ich liczby.... Acz nie jestem zarozumiałym, chętnie przyjmę zakład, że ten baron Polart nie jest czem innem, jak bezczelnym awanturnikiem, przemysłowcem tego rodzaju i pewien jestem, że pan de Presles podziela zdanie moje w tej mierze....
Marceli zwrócił się do starca i przemówił do niego:
— Nieprawdaż, generale, że pan podzielasz moje zapatrywanie?...
Hrabia odwrócił się nagle, jak ktoś, kogo zbudzono niespodziewanie. Podniósł głowę i utkwił w panu de Labardès wzrok bez myśli i wyrazu.
Marceli powtórzył poprzednio wyrzeczone zdanie.
— Nieprawdaż, generale, że pan podzielasz moje zapatrywanie?...
— Nie wiem... — wybąknął starzec.
— Możeś pan nie zwrócił uwagi na poprzednią naszą rozmowę?...
— Tak... być może... — odparł pan Presles tonem dziecka, które odpowiada na chybi trafi, nie zajmując się treścią zadanego mu pytania.
Lekka zmarszczka zarysowała się między brwiami Dyanny i popatrzała na ojca swego z obawą.
Marceli ciągnął dalej:
— Mówiliśmy o tej osobistości, którą tu panu przedstawiono właśnie.... Pan wie już o kim mówię?
Starzec wstrząsnął głową, co służyć mogło za potwierdzenie.
— O baronie Polart... — ciągnął dalej Marceli.
— Baronie Polart, — powtórzył generał.
— Przyjacielu Gontrana....
— Tak... tak....
— I wyrażałem właśnie pewność, że fizyognomia jego wywarła na panu toż samo niezawodnie co na mnie wrażenie.... Czyż się myliłem, generale?...
Pan de Presles napowrót opuścił na piersi głowę, którą podniósł był przed chwilą.
Zanim odpowiedział, wahał się przez kilka minut, potem wyszepnął:
— Czemuż mnie tak wypytujecie?... Przecież wiecie, że nie mogę wam powiedzieć tego, cobyście wiedzieć chcieli.... Nie widziałem Gontrana od dawna już i zaledwie przypominam sobie, że mam syna... Zkądże więc mógłbym znać jego przyjaciół? Nie mam najmniejszego wyobrażenia o tem wszystkiem, o co I mnie pytacie.,,. Dyanno, moje dziecko, podaj mi rękę i wracajmy do zamku... zdaje mi się, że pod temi wielkiemi drzewami cień jest chłodny dziwnie.... Obciąłbym już być w domu.... Chodź, moje dziecko....
I wymawiając te słowa starzec podniósł się, chwiejny; Dyanna podbiegła do niego z oczyma łez pełnemi i podała mu ramię, na którem on się oparł. Potem oboje, krokiem tak powolnym, jak gdyby pan de Presles był stuletnim starcem, zwrócili się ku zamkowi.
— Widzicie, — rzekł wtedy Jerzy, zwracając się do Marcelego i Raula, — widzicie czym przesadzał opłakując ten nagły, szybki a piorunujący upadek wszystkich władz umysłu mego teścia.... Byliście teraz świadkami jednej z takich chwil, z takich napadów bezprzytomności, które z dniem każdym stają się częstsze. Za kilka godzin, mam nadzieję, powróci generałowi cała jasność inteligencji; ale czyż nie należy się lękać by nie nadszedł moment, w którym zagaśnie całkowicie pochodnia jego inteligencyi; kto zaś zaręczy, że moment ten nie jest już blizkim?... Nie umiem wam powiedzieć, do jakiego stopnia złorzeczę Gontranowi, kiedy pomyślę, że jego nikczemnemu postępowaniu, tym niezliczonym zmartwieniom, tym bezprzestannym niepokojom, które on sprawiał ojcu, a którym przypisywać trzeba bezwątpienia przedwczesne zdziecinnienie głowy tak silnej!... A! Gontran wyrządził nam wszystkim tyle złego!... Takie dziecko jak on w rodzinie, to rana nieuleczalna, wiecznie krwawiąca!... Skoro patrzę w przeszłość, drżę na myśl o przyszłości!..
Po chwili milczenia, Marceli zapytał:
— Jakże to długo trwają te chwile bezprzytomności u generała?
— Jak dotąd, dzięki Bogu, trwanie ich jest jeszcze dość ograniczonem.... Tego wieczora, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, lub co najpóźniej jutro rano, teść mój powróci zapewne do normalnego stanu umysłu....
— Jeżeli tak, — wymówił Raul półgłosem, zwracając się do Marcelego, — możebyśmy mogli, ojcze, pomówić z nim dziś wieczorem...
Jerzy posłyszał te słowa i nie mógł powstrzymać się od uśmiechu....
I on też odpowiedział Raulowi.
— Pilno ci, jak prawdziwie zakochanemu! — rzekł mu. — Pojmuję to najdoskonalej, moje drogie dziecko i nie widzę w tem nic złego; jednakże muszę nakłonić cię do cierpliwości i choćbym miał ci się narazić nawet, poradzę Marcelemu, aby oficyalną prośbę o rękę Blanki odłożył do jutra.,.. W każdym razie, jutro teść mój więcej usposobionym będzie do wysłuchania jej i odpowiedzenia na nią....
— A! — zawołał Raul, — jutro, to tak daleko!...
— Co, burzysz się na myśl kilku godzin opóźnienia, kiedy ja poddałem się, jeśli nie bez cierpienia, to bez szemrania przecież całym miesiącom a niemal latom oczekiwania i niepewności?... A jednak kochałem Dyannę tak, jak ty dziś Blankę kochasz.... Zapytaj o to Marcelego.
— Z pewnością, — odpowiedział pan de Labardès. — Zaświadczyć mogę, żeś ją kochał całą potęgą twego serca, wszystkiemi siłami duszy!...
— A, — ciągnął Jerzy dalej, — ja nie miałem na pociechę i podtrzymanie słabnących sił mej odwagi, takiej nadziei, która jest niemal pewnością...
— Kiedyż bo, widzisz pan, — odparł Raul, — mnie tak trudno wyobrazić sobie tę nadzieję, której istnienie pan przypuszczasz....
— I błądzisz w tem, moje kochane dziecko....
— Jakto! więc rzeczywiście sądzisz pan, że mogę bez zrozumienia, odegnać od siebie dręczącą mnie niepewność?...
— A! spodziewam się! W tym wypadku mogę cię zapewnić, a pewien jestem, że nie będzie to z mej strony zuchwalstwem, że prośba zaniesiona przez Marcelego de Labardès o rękę Blanki de Presles dla przybranego jego syna, zostanie życzliwie przyjętą przez generała....
— Skoro tak jest, uważam się za najszczęśliwszego z ludzi!..
— Bądźże więc szczęśliwym, bo tak jest istotnie....
— Nie widzisz pan żadnej przeszkody?
— Żadnej.... Chyba, że....
— Chyba, że... — powtórzył Raul z nieukrywanym niepokojem.
Uśmiech okrążył usta Jerzego.
— Chyba, — ciągnął dalej, — że przeszkoda taka wyszłaby od samejże Blanki.... Pojmiesz, że kochanego tego dziecka nie wydanoby za mąż wbrew jej woli....
— O! — wyszepnął Raul, któremu płonący rumieniec oblał twarz całą i czoło, — nie tego właśnie ja się lękam....
— A więc lękasz się czegoś jednak?
— Tak.
— Czego?... Jeśli chcesz, bym cię mógł upewnić i pod tym względem, trzeba mi powiedzieć, czego to takiego się obawiasz....
Raul zawahał się.
— No, — odparł Jerzy, — odważnie tylko!... Spowiedź nie może przecież być tak przykrą!... Ukążże mi myśl twoją w klasycznym przystroją prawdy mitologicznej....
— A więc, obawiam się... pewnego wpływu...
— Wpływu przeciwnego twoim zamysłom?...
— Tak.
— A czy to wpływ potężny na umysł generała?
— Tak, potężny.
— Nie mogę całkiem odgadnąć, o czem tu chcesz mówić.... dziecko moje, wytłómacz się jaśniej... Cóźto za wpływu się lękasz?...
— Wpływu siostry panny Blanki....
— Mojej żony!... — zawołał Jerzy zdumiony.
Raul w milczeniu skłonił głowę.
— Jak to!! — podjął znów Jerzy, — czym ja posłyszał dobrze... czym zrozumiał... Obawiasz się Dyanny?...
— Tak, panie.
— To żart, nieprawdaż?
— Na nieszczęście, nie.
— Wyznaję, że nic a nic nie rozumiem!... Wytłómaczże mi tę zagadkę....
— Pani Herbert nienawidzi mnie....
— Ciebie?
— Mnie, panie.
— Czy ci to powiedziała?...
— Nie, z pewnością, powiedzieć mi nie powiedziała tego....
— A zatem z twojej strony jest proste tylko przypuszczenie, przywidzenie może?...
— Niestety nie! Pani Herbert uczyniła lepiej niż gdyby powiedziała: dowiodła mi tego....
— Dowiodła ci tego, że cię nienawidzi?...
— Tak... i to nieraz....
— Kiedyż to?... w jaki sposób?... Pojmiesz dobrze, że aby w to uwierzyć, muszę mieć fakta, dowody....
— Będzie mi aż nadto łatwo dostarczyć ich panu....
— Czekam, a muszę cię uprzedzić, że choćby najwięcej wedle ciebie przekonywającemi były twe próby, strasznie się boję, że pozostanę niedowiarkiem....
Raul przedłożył teraz Jerzemu Herbert okoliczności, conajmniej dziwaczne, pierwszego swego spotkania z Dyanną i wszystkie inne szczegóły, któreśmy słynęli już w rozmowie jego z Marcelim.
Jerzy słuchał go z niezmierną uwagą i widać było zdziwienie nieopisane na jego twarzy w miarę jak mówił młody człowiek.
Kiedy wreszcie Raul skończył, Jerzy milczał przez chwilę, głowę miał spuszczoną a brwi ściągnięte okazywały, że myśl jego niezwykle była wzburzoną.
— Moje kochane dziecko, — rzekł wreszcie, — wszystko to jest jakieś niezwykłe, zmuszony jestem przyznać.... Jest w tem coś, czego nie rozumiemy obadwaj a czego i ja ci wytłómaczyć nie mogę, ponieważ sam nie jestem wstanie tego sobie wytłómaczyć....
Zresztą niebawem, bądźcie tego pewni, dojdziemy znaczenia tej zagadki.... Co do chwili obecnej, mimo wszelkich pozorów, uspokój się... moja żona nie będzie ci szkodzić, przyrzekam ci to i ręczę moim honorem!... Biorę na siebie odpowiedzialność za Dyannę równie dobrze, jak za samego siebie.... Znam jej doskonale poczucie sprawiedliwości, lojalność jej uczuć, prawość i sprawiedliwość sądu, szlachetność jej serca, wiem, że nie byłaby zdolną pod wpływem nieuzasadnionej antypatyi tylko szkodzić komuś, zwłaszcza też, kiedy ten ktoś, ma prawa, tak jak ty, do całej jej życzliwości i całego szacunku.... Raz jeszcze przeto, moje dziecko, uspokój się i bądź dobrej myśli; możesz ufać, bo przysięgam ci, że Dyanna nie stanie się przeszkodą między tobą a szczęściem!...
— Oby pana Bóg wysłuchał! — szepnął Raul.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.