<<< Dane tekstu >>>
Autor Kajetan Abgarowicz
Tytuł Ruiny
Pochodzenie Z carskiej imperyi
Wydawca Księgarnia Spółki Wydawniczej Polskiej
Data wyd. 1892
Druk Drukarnia „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 

Cały zbiór

Indeks stron


RUINY.
Chmura na zachodzie rosła z każdą chwilą.

Wiatr zimny, przejmujący wiał od niej i studził, odświeżając niedawno jeszcze duszną i parną atmosferę. Tumany kurzawy, gnanej wiatrem, całemi kłębami otaczały mnie i konia, zasypując nam oczy, oślepiając nas czasem doszczętnie. Jazda dalsza stawała się wprost nieznośną, a jednak jechać należało coraz pośpieszniej, ażeby skryć się gdziekolwiek przed burzą, przed ulewą, która mogła się rozpocząć lada moment.
Pociskałem raz po raz klacz kolanami i posuwałem się naprzód szalonym kłusem, z chyżością pośpiesznego pociągu. Z tyłu dochodził mych uszu miarowy tentent konia pod chłopakiem stajennym, który nie mogąc zdążyć kłusem, galopował zawzięcie.
Czerwono-brunatna chmura ścigała nas z wściekłą zawziętością; pół widnokręgu już była sobą zakryła; już, już miała przesłonić i słońce, jasno, choć jakoś żałobnie dziś świecące.
Nagle przerażająca jasność, olśniewające błyskawica — wąż ognisty przedarł brudny całun na dwie prawie równe połowy i zygzakiem ku ziemi spłynął. Huk pospieszył w ślad za jasnością tą straszną.
Gdy oślepiające wrażenie błyskawicy minęło, spojrzałem z niepokojem przed siebie: w dali widniała wioska podolska; białe chaty, otoczone zielenią sadów, spuszczały się jarem coraz niżej aż ku jasnej wstędze wartko płynącej rzeczki. Bliżej mnie, przed wioską, na prawo na wzgórzu wznosiły się jakieś obszerne, poważne mury, niby pałac jakiś magnacki, niby ruiny zamku. Dach na budynku stal jeszcze nietknięty, i w niektórych oszklonych jeszcze oknach jaskrawo odbijały się błyski piorunów.
Zoryentowałem się w mgnieniu oka; innej rady nie było: postanowiłem przed burzą skryć się w tych ruinach. W chmurach już huczało złowieszczo, ulewa wisiała w powietrzu.
Zebrałem konia krótko i, cmoknąwszy dla zachęcenia, ruszyłem naprzód pełnym myśliwskim galopem.
Pioruny biły już wokoło; w uszach mi od huku tego szumiało dziwnie, mimo to słyszałem najwyraźniej przyspieszone nieregularne sapanie starego, dońskiego kasztana, który z tylu pod Maksem wydobywał ostatku sił.
— Już niedaleko, nie mu się nie stanie — pomyślałem w tej chwili — przebędziemy tylko tę małą wyniosłość i schronimy się w ruinach.
I uderzyłem klacz dziś po raz pierwszy rajtpejczem.
W tejże samej chwili zaczął padać grubo-kroplisty deszcz; gliniasty pagórek oślizł w jednej chwili i tylko nadzwyczajnej sile i sprężystości mej »Zulejki« zawdzięczam, żem wówczas w kilku sekundach znalazł się na szczycie wzgórza. Maks wśród deszczu, stępo musiał się drapać po śliskiej spadzistości; kasztan był ustał zupełnie.
Spojrzałem wokół siebie. Znajdowaliśmy się wśród rozległych murów pańskiego znać ongi dworzyszcza. Na bocznych pawilonach sterczały jeszcze mocne, przez czas zczerniałe ceglane dachy; środkowy gmach rozpadał się już w gruzy, tylko mury poszarpane ponuro sterczały; kolumny ganku jak dęby przez huragan zwalone, zalegały pałacowy dziedziniec.
Szukając najbezpieczniejszego schroniska, weszliśmy wraz z końmi do obszernej, parterowej izby w prawym pawilonie.
Deszcz lał już jak z wiadra: czerwcowa burza szalała w całej grozie; grom huczał po gromie; konie nasze drżały jak w paroksyzmie febry.
Rzuciłem okiem po obszernej izbie; był to kwadrat zupełnie regularny; marmurowy, olbrzymi komin zajmował prawie pół jednej ściany, misternie rzeźbione i świecące jeszcze tu i owdzie pozłotą gzymsy komina były haniebnie poszczerbione i poobijane; na ścianach widniały ślady pozacieranych fresków. W komnacie tej były cztery duże włoskie okna, sięgające prawie do marmurowej posadzki. Okna te zwracały się na południe i zachód a u ich stóp rozścielała się zielona murawa, spuszczająca się lekką pochyłością ku rzadkim drzewom przetrzebionego parku.
W jednem z tych okien stał, zwrócony do nas plecami, dziwny jakiś człowiek. Robił wrażenie olbrzyma, giganta bajecznego. Stał w ten sposób oparty lewem ramieniem o spruchniałą futrynę, że zrazu mogłem tylko dostrzedz: jego potężną, siwym, rozwianym włosem pokrytą głowę, szerokie herkulesowe barki i zgarbione plecy, okryte starą, spłowiałą kurtą kozaczą; z pod szerokich płóciennych szarawarów wyzierały bose, pomarszczone stopy.
Czlowiek ten widocznie nie słyszał naszego wejścia, ni tententu końskich podków o płyty posadzki; ani drgnął nawet — zadumany, zapatrzony w dal, w groźne chmury, w blaski piorunów, w powódź ulewy; znać wspaniała groza huraganu przykuwała do siebie całą uwagę starca.
I ja ujrzawszy go, zatrzymałem się na miejscu; ze wzrastającem ciagle zajęciem wpatrywałem się w ten posąg żywy, wyraźnie wspomnieniami dalekiej przeszłości w martwy głaz zmieniony; stałem bez ruchu, oddechem nawet głośniejszym bałem się przerwać zadumy olbrzyma.
Nawałnica srożyła się tymczasem z niezwykłą gwałtownością; całe snopy ogniste oświecały na mgnienie oka ponury, zasępiony chmurami widnokrąg; jaskrawe, oślepiające węże błyskawic jednoczyły się w jakieś fantastyczne kłęby ognia, a łącząc się z hukiem nieustającym prawie, zdały się już zapowiadać rychły koniec tego świata. Zdawało mi się chwilami, że całe sklepienie niebieskie wnet runie na ziemię; stare drzewa w parku gięły się, jak trzcina nadbrzeżna; grube mury zamczyska drżały, trzęsły się w swych fundamentach a starzec stał ciągle nieporuszony, niby skamieniały.
Nagle, wydało mi się przez chwilę, że ziemia cała zmieniła się w piekło olbrzymie; potok, powódź płomieni objął nas ze wszech stron; konie przyklękły na przednie kolana; a my obaj, przerażeni majestatem rozwścieczonej przyrody, staliśmy, niby w dwa słupy solne zmienieni.
Kilka minut musiało minąć, zanim, po tem wstrząśnieniu, zdołałem otworzyć oczy. Gdy to uczyniłem, ujrzałem olbrzymiego starca, siłą znać gromu odrzuconego w głąb, opierającego się drżącemi rękoma o wilgotne ściany izby.
Przerażony, rzuciłem co rychlej cugle mego konia chłopcu, a sam podbiegłem do starca. Wstrząsnąłem olbrzymem, o ile na to moje siły pozwalały; zaczerpnąłem dłonią deszczowej wody, która się w zagłębieniach posadzki zgromadziła i bryznąłem nią na twarz i skronie starca. Otworzył on wybladłe, zamglone oczy i sekund kilka patrzył na mnie bezmyślnie, nieprzytomnie. Wnet jednak potem wzrok się jego ożywił dzwinie, spojrzał przez okno w głąb parku i z ust zaciśniętych dotychczas kurczowo, wydobyły się pierwsze słowa:
— Wże konec!... Wże ostatok!
— Co wam jest, dziadu? — pytałem wstrząsając nim znowu, pragnąc na siebie zwrócić jego uwagę.
— Ostatok! Ostatok! — szepnął nad wyraz smutnym głosem i, nie spojrzawszy nawet na mnie, powrócił na swe dawne stanowisko, w framudze okna.
Nie zrażony tem poszedłem za nim i chwytając go za suche, zdrewniałe ramię, pytałem uparcie:
— Powiedz! Powiedz dziadu: ktoś ty taki, co tu robisz?
Olbrzym spojrzał po raz pierwszy wprost w moje oczy; na jego szarej pomarszczonej twarzy błysnął wyraz dumy jakiejś i pewności siebie; wyprostował się przytem ogromnie i dźwięcznie, dobitnie odpowiedział po polsku:
— Jestem Dynys Kurczab, starościński dawniej przyboczny kozak; dziś stróż jedyny tego pałacu i grobowców pańskich.
Po tych słowach zwrócił się znowu ku oknu i — najniespodziewaniej, z dziwną lekkością i zgrabnością — zsunął się po niskiej ścianie na sąsiednią murawę. Ja pozostałem w oknie; oczom własnym wierzyć nie chciałem. Deszcz ulewny był już ustał, drobne tylko kropelki tu i owdzie spadały; wśród tego drobnego deszczyku, po oślizłej, mokrej murawie szedł ten niezwykły starzec bosemi nogami, pewnym pospiesznym krokiem ku sąsiednim drzewom.
Bojąc się, żeby mu się co nie stało, bym go wreszcie nie stracił z oczu, wyskoczyłem i ja na murawę i poszedłem za nim.
O jakie trzysta kroków od ruin pałacu, pomiędzy staremi, przez burzę ponadłamywanemi drzewami, ujrzałem — szczątki białego, marmurowego pomnika, świeżo przez grom roztrzaskanego na kilkadziesiąt kawałów. Białe odłamy kararyjskiego kamienia, zmieszane z obitym przez burzę liściem drzew i obłamanemi gałęźmi stanowiły niekształtną kupę, hojnie błotem i piaskiem obryzganą.
Stary doszedłszy do nietkniętej podstawy pomnika, runął całym ciężarem swego olbrzymiego ciała na ziemię i począł rozpaczliwie tłuc czołem o gładkie, twarde płyty. Wołał przytem bezprzestannie:
Konec! Ostatok!... Konec! Ostatok!...
Potem nagle zerwał się gwałtownie, wyprężył się nienaturalnie i począł szeptać urywanemi, lecz dziwnie bolesnemi słowy:
— Ha! ha!... Przepowiadali wam to panie starosto... przepowiadali... Nareszcie wam ostatni pohybel przyszedł. Sprzedali wy starosto Polszczę... moskalowi... sprzedali... za marne grosze, za ordery carskie... Teraz Bóg karze... Przyszedł wam koniec... koniec... ostatek... pohybel!
I padł znowu jak długi na rozmokłą ziemią i płakać począł boleśnie, rozdzierająco.
Stałem obok milcząc, wzruszony, zdziwiony bólem tym strasznym, żalem tym olbrzymim. Patrzyłem na siwą głowę starca tarzającą się po ostrych złomach marmuru. Pośród tych odłamków zwróciły na siebie moją uwagę potrzaskane szczątki pomnikowej tablicy; pomimo uszkodzeń odczytałem jednak wyraźny napis:
.....omski... starosta... hlajski...
Konfederacyi targowickiej konsyliarz...
...ces... general-leite...
...Kawaler orderu...
Stary szlochał bezprzestannie; chciałem go podnieść, zawieść do jakiejś izby, na pościeli jakiej złożyć. Moje słowa, perswazye, prośby na nic się zrazu nie przydawały! ból widocznie tak srogi ogarnął był starca, że głuchy był na wszystko, co go otaczało. Szeptał tylko ustawicznie:
Konec!... Ostatok!...
Jednak po jakimś czasie spojrzał znowu na mnie i zdziwienie jakieś wypiętnowało się na jego zmęczonem obliczu; spoglądał tak, jakby mnie po raz pierwszy spostrzegł. Patrząc mi badawczo w oczy przemówił:
— Tak!... Ostatek!... Koniec!... I mój już koniec nadchodzi... Jeżeli macie Boga w sercu, to popa mi sprowadźcie... Koniec mój nadchodzi... pańską sławę przeżyłem, nieszczęśliwy... Popa! Na rany Chrysta, popa!
Groza burzy dawno już była przeszła; słońce już znowu jasno świeciło; słowik śpiewał w zaroślach pieśń weselną, życiem kipiała cała przyroda a ten starzec prawił o śmierci.
Pozostawiłem Maksa przy chorym stróżu ruin, sam dosiadłem klaczy i pojechałem do wsi po popa.
Miejscowego parocha zastałem w domu, zmartwił się bardzo wiadomością, której mu udzieliłem i co rychlej wybrał się wraz ze mną ku ruinom. Gdyśmy tam zdążyli, zastaliśmy Dynysa w tej samej pozycyi, w jakiej go zostawiłem; mój chłopak przerażony, wystraszony stał oparty o drzewo i bezmyślnie przesuwał w dłoniach cugle, któremi przytrzymywał pasącego się na świeżej murawie konia.
Starzec, gdy popa zobaczył, ukląkł jak zdrowy człowiek, przeżegnał się pobożnie.... Rozpoczęła się cicha spowiedź... Później z namaszczeniem i skruchą przyjął ostatnie Sakramenta. Potem wstał i odprowadziliśmy go do izby w walącym się pałacu, którą wskazał mi pop, obznajomiony z położeniem ruin.
Straszną, ponurą noc przeżyłem wówczas; starzec majaczył bez przestanku; straszne obrazy przesuwał przed naszą i tak już wzburzoną i rozbujałą wyobraźnią. Nawet pop prawosławny czuł całą grozę położenia i wsłuchiwał się w majaczenie fantastyczne, łowiąc każde wyrwane słowo, każdą sylabę, każdy dźwięk.
Gdy pierwsze brzaski wschodzącego słońca wtargnęły do wnętrza ponurej izby — Dynys wyzionął ostatnie tchnienie.
— Czas mu już było do dziadów, szepnął z westchnieniem pop — sto dziesięć lat wieku liczył. Polszczę jeszcze pamiętał.


∗             ∗

W kilka dni później dowiedziałem się, że w tym samym dniu, starościński wnuk, ostatni potomek zasłużonego ongi a później schańbionego rodu, zgrawszy się w kijowskim klubie, sprzedał ostatnią rodzinną wieś, wraz z ruinami zamku przodków i grobami rodzinnemi — moskalowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.