Tajemnica Tytana/Część druga/XXXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Tajemnica Tytana
Wydawca A. Pajewski
Data wyd. 1885
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Secret du Titan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXIV.
Jakób Lambert uszczęśliwia.

Powoli, jednakże, uniesienia podmajstrzego zmniejszały się, objawy wdzięczności jego, za dobrodziejstwa pana Verdier Lucynie i Andrzejowi de Villers okazywane, stały się spokojniejsze; nareszcie zgodził się powstać, ku wielkiemu zadowoleniu Jakóba Lambert, którego te gwałtowne manifestacye męczyły nadmiernie.
Rozmowa na chwilę przerwana przez ten patetyczny epizod, mogła wrócić się do normalnego biegu.
— Mój Piotrze, czyś spełnił polecenia jakie ci dałem przed godziną, do pana de Villers? — spytał ex-kapitan podmajstrzego.
— Tak panie — odpowiedział ten ostatni — ale to co pan kazał mu powiedzieć, nie podobne było do tego o czem się w tej chwili dowiedziałem... Powtórzyłem pana własne słowa, „że pan de Villers może tymczasowo objąć napowrót swoje obowiązki, i że nie potrzebuje się obawiać natychmiastowej denuncyacyi i śledztwa, i dany mu jest tydzień czasu dla udowodnienia swojej niewinności...
— Cóż on na to?...
— A cóż miał mówić biedny chłopiec, odpowiedział, że jest bardzo wdzięczny pryncypałowi, za to, że mu daje możność usprawiedliwienia się, ale że nie obejmie swoich obowiązków dopóty, dopóki wszystkie wątpliwości rozproszone nie będą, i wszelkie podejrzenia stanowczo usunięte nie zostaną...
— Ach! mój ojcze — szepnęła Lucyna — jakże pełną szlachetnych uczuć jest ta odpowiedź!... Nieprawdaż?...
Jakób Lambert skinął głową twierdząco.
— A zatem — spytał potem — zamiarem pana de Villers było nie pozostać w moim domu, przynajmniej w tej chwili?...
— Nie chciał zostać panie... i to ja naprzykład doskonale rozumiem!... Człowiek z sercem szlachetnem nie może żyć spokojnie tam, gdzie czuje, że na nim niegodny cięży zarzut!... Nie, on tego nie może!... Ale... ale... wszystko to dobrze — dodał żywo Piotr Landry — a to trzeba uprzedzić pana Andrzeja o nowym stanie rzeczy, bo jeszcze gdzie pójdzie!... Biegnę, dam mu znać natychmiast o jego szczęściu... Poczciwy chłopiec!...
— Teraz, iść myślisz do niego! — zawołał Lambert.
— Spodziewam się!... Idę... i to bez namysłu! — odpowiedział Piotr Landry.
— O tak późnej porze!... Przecież to już po północy!
— Co tu ma godzina do tego...
— Obudzisz go z pierwszego snu... a to podobno najsmaczniejszy!
Podmajstrzy wstrząsnął głową.
— Oho!... Bądź pan spokojny!... Można być pewnym, że biedak nie śpi — odpowiedział Piotr — ani mu się nawet na sen nie zabiera, ręczę panu!...
— Może lepiej poczekać do jutra rana?...
— Widzisz pan, podług mnie, nie trzeba opóźniać szczęśliwej wieści, to raz!... A po drugie, odkładać niebezpiecznie, może nam wysunąć się z rąk, i rano nie znajdziemy go już na, miejscu!...
— Jakto?...
— Zwierzył mi się ze swojemi projektami... i słowo honoru daję... nie starałem się odwieść go od nich... i owszem...
— Jakież miał zamiary?...
— Chciał wyjechać z Paryża pierwszym pociągiem...
— Wyjechać! — powtórzyła Lucyna głosem głęboko smutnym — on chce wyjechać!...
— Chciał... — odpowiedział podmajstrzy. — Ale ręczę, że teraz już go ta ochota ominie...
— Więc nie myślał wcale — rzekł Jakób Lambert — że ten wyjazd byłby podobnym do ucieczki.
— I owszem, pomyślał o tem, i dlatego właśnie zwierzył się przedemną, abym mógł mówić i bronić go gdyby jaki język złośliwy chciał go tu oskarżać...
— Więc znasz cel podróży pana de Villers?...
— Rozumie się!... Chciał jechać do miejsca swego urodzenia... do Bretanii... do Brestu...
— Cóż go tam ciągnęło... tak daleko!?...
— Tam podobno w Breście, mieszka zacna i poczciwa kobieta... jego matka!... Otóż, dobra ta staruszka, posiada tam mały mająteczek, wartości sześćdziesiąt do ośmdziesięciu tysięcy franków... Majątek ten, przypadł jej w sukcesyi po pańskim krewnym Filipie Verdier, który panu zapisał te zakłady w testamencie... Ona była siostrzenicą Filipa Verdier... W ten sposób młodzieniec ten jest nawet z państwom połączony jakimś węzłem pokrewieństwa...
Ciemności nocy zalegały dziedziniec, i niepewne światło latarni, nie oświecało ich na szczęście, gdyż inaczej możnaby było widzieć, że Jakób Lambert zbladł bardzo i drżał jak w febrze...
W istocie wiadomość jakiej mu tak niespodziewanie udzielił podmajstrzy, mogła go zdziwić i wstrząsnąć nim całym...
Rzeczywistym i prawym właścicielem sukcesyi Filipa Verdier był właśnie Andrzej de Villers... Niewinna ofiara oszustwa była dziś rano znieważoną, podejrzaną i wypędzoną z własnego domu przez tego, który prawo tej własności nikczemnie ukradł!...
— On!... więc to on! — myślał Jakób Lambert drżąc. — Żył obok mnie, i ja nic nie wiedziałem o tem!... Jakiś dziwny wypadek!... Jednakże pomimo to wszystko widać, że mu los sprzyja... Ożenienie się jego z Lucyną zwróci mu kiedyś majątek, który się zdawał straconym dla niego na zawsze!...
— Te uwagi przeszły umysł Jakóba Lambert w daleko krótszym czasie niż potrzeba na ich sformułowanie... Dodajmy jednak, że jego wzruszenie przeszło niepostrzeżenie.
— Mówię to wszystko — kończył Piotr Landry — bo to nie może zaszkodzić panu de Villers... I owszem przeciwnie... Gadajcie sobie co chcecie, a przecież zawsze człowiek się więcej interesuje kimś co mu krewny... dalszy czy tam bliższy... aniżeli jakimś obcym... wszak tak... nieprawdaż, panie Verdier?...
Kapitan miał czas uspokoić się zupełnie. Odpowiedział więc bez najmniejszego wahania:
— Zapewne... — potem dodał — Jakąż miał myśl pan de Villers chcąc wyjechać do matki do Brest?...
— Myśl najuczciwszego człowieka jakiego kiedykolwiek ziemia nosiła!... Jako kassyer... któremu się tak nieszczęśliwie nie udało wyjść z domu zeszłej nocy... uważał się odpowiedzialnym za te pieniądze, które panu podczas jego nieobecności skradziono...
— Co za szaleństwo!...
— Chciał wszystko opowiedzieć swojej starej matce, prosić ją o obdłużenie tego mająteczku o ile się da, w oczekiwaniu sposobności sprzedania go dobrze i te pieniądze biednej staruszki chciał tu oddać na rachunek siedemdziesięciu tysięcy franków skradzionych!... Gdybyś pan zobaczył że jego stara matka poświęca dla niego swój mizerny byt i na nędze się skazuje, zrozumiałbyś pan dobrze, że on tych pieniędzy nie ukradł!... Tak się przynajmniej biedak spodziewał...
— To co chciał zrobić jest czynem szlachetnej i delikatnej duszy... — wyrzekł Jakób Lambert. — To dobrze!... to bardzo dobrze, że wiem o tem!... Uznaję i podziwiam w nim tę uczciwość aż do przesady posuniętą...
Lucyna płakała... Z ócz jej płynęły łzy rozrzewnienia, które nie miały w sobie nic gorzkiego, a które nawet pewną rozkosz sprawiały.
— Teraz więc dobry panie Verdier, teraz, droga panno Lucyno — kończył Piotr Landry — wiecie tyle co i ja... Pozwólcie mi zatem iść uspokoić i pocieszyć do reszty pana Andrzeja, i zanieść mu wielką radość, którą niech stłumi zaraz swoje wielkie zmartwienie...
Młoda dziewczyna milczała... lecz wziąwszy w ręce swoje dłoń Jakóba Lambert uścisnęła ją lekko. To znaczące uściśnienie zamykało w sobie prośbę wymowną. Chciała powiedzieć:
— O! tak, ojcze drogi błagam cię... pozwól przyspieszyć szczęście Andrzeja!
Kapitan tak je pewno zrozumiał, gdyż jego ręka odpowiedziała również lekkim uściśnieniem ręki Lucyny.
— Pan de Villers zajmuje na dzisiejszą noc zwykły swój pokój? — spytał Piotra Landry.
— Tak, panie Verdier — odpowiedział podmajstrzy.
— Odprowadziłem go sam o dziesiątej godzinie...
— I myślisz, że nie śpi jeszcze?
— Ręczę za to moją głową!....
Cała ta rozmowa prowadzona była przy bramie zakładu, wychodzącej na port.
Jakób Lambert wszedł w dziedziniec tak daleko, aby mógł dojrzeć okna pawilonu, i spojrzał. Blade światło błyszczało przez szyby sypialnego pokoju kassyera.
— Mieliście racyę — rzekł. — Nie śpi... Lampa w jego pokoju pali się jeszcze.
— Byłem tego pewny!... — odpowiedział podmajstrzy. — Nie trzeba być djabłem na to aby się tego domyśleć!... W takiem położeniu w jakim się dziś ten biedny pan Andrzej znajduje, o śnie się człowiekowi nie marzy!... Chciałbym pana widzieć, panie Verdier, przepraszam za porównanie, w takiej historyi choćby tylko przez pięć minut!... Ciekawym jakbyś pan wyglądał!?...
— Poczciwy chłopak, czując się w podejrzeniu o taką zbrodnię podłą, musi bardzo cierpieć w istocie... szeptał Jakób Lambert głosem, w którym prawdziwe czy też udane czuć było wzruszenie.
— Tembardziej trzeba go uspokoić jaknajprędzej! — odpowiedział Piotr Landry.
— Poczekajcie...
— Cóż mam robić?...
— My oboje, Lucyna i ja zostaniemy w ciemności...
— Dobrze, panie Verdier...
— A ty Piotrze pójdziesz i zapukasz do drzwi pawilonu, aby zwrócić uwagę pana de Villers...
— Dobrze, panie Verdier...
— Spyta się co cię sprowadza... odpowiedz mu, że masz mu coś do powiedzenia w wielkim sekrecie, coś bardzo ważnego a przedewszystkiem bardzo pilnego...
— A potem?...
— Potem, przyprowadzisz go do nas... resztę już ja sam załatwię...
Szczery uśmiech rozjaśnił bladą twarz podmajstrzego, podrzucił czapkę do góry i mimo ciemności zdołał ją złapać w powietrzu.
— Rozumiem!... rozumiem!... — powiedział — zostawiasz pan sobie przyjemność zwiastowania mu tej dobrej nowiny... wielkiej nowiny!... Chcesz pan nacieszyć się jego radością i wdzięcznością i masz pan racyę!... Na pana miejscu to samo bym zrobił...
— Idźże już mój poczciwy Piotrze... idź prędko...
— O! niech pan będzie spokojny, nie będziesz pan długo czekał...
Podmajstrzy zbliżył się do drzwi pawilonu i zaczął w nie pukać lekko, tak że pukanie to nie mogło ani być i z portu ani z głównego gmachu.
Było ono jednak dostateczne, aby obudzić uwagę pana de Villers, którego okno otworzyło się prawie natychmiast.
Młody człowiek wychylił się przez okno, ale jego i oczy nie miały jeszcze czasu oswoić się z ciemnością, nie rozróżniał nic.
— Któż tam? — spytał głosem cichym.
— Ja, panie Andrzeju... — odpowiedział podmajstrzv również po cichu.
— Czy to wy Piotrze?... — pytał dalej kassyer...
— No juściż, że ja... we własnej osobie, panie Andrzeju...
— Czego chcecie, mój stary przyjacielu?...
— Potrzebuję z panem pomówić, panie Andrzeju, o czemś bardzo ważnem, i pilnem... Choć no pan tu, bo to bardzo wielka tajemnica...
Piotr Landry, jak to widzimy nie łamał sobie głowy, literalnie powtórzył słowa Jakóba Lambert.
— Schodzę — odpowiedział pan de Villers, zamykając okno — będę zaraz przy tobie...
Podczas gdy schodził na dół mówił sobie:
— Pewno się dowiem o jakiem nowem nieszczęściu!.. Wszystkiego teraz mogę się spodziewać!... jestem gotów na wszystko!... Najstraszniejszy cios jakiby we mnie uderzył, już mnie nie powali!...
Jedna lub dwie sekundy upłynęły, potem usłyszano chrzęst klucza w zamku, drzwi pawilonu obróciły na zawiasach, i pan de Villers ukazał się na progu.
— Oto jestem Piotrze — rzekł — wejdźcie...
— O nie!... panie Andrzeju — powiedział podmajstrzy — tu ja nie mogę z panem mówić, lepiej będzie na dworze... Choć pan za mną, jeżeli łaska...
Mówiąc to wziął go za rękę, aby go prowadzić. Andrzej bez namysłu był mu posłusznym.
— Gdzie mnie prowadzicie? — spytał.
Niedaleko ztąd....
— Na co ta tajemnica, którą się otaczacie?...
— Dowiesz się pan zaraz?...
— Czy macie mi oznajmić jaką złą nowinę?...
— Osądzisz pan sam, panie Andrzeju... czy zła czy dobra — ja się na tem nie znam... Mogę tylko radzić panu abyś się naprzód bezpotrzebnie nie niepokoił...
Piotr Landry i młody człowiek doszli do miejsca, gdzie nieruchomie stał Jakób Lambert i Lucyna.
Podmajstrzy zatrzymał się: trzymał on w ręku zamkniętą latarnię, odsłonił ją; nagle światło wydostając się z jej wnętrza, zaświeciło w ciemnościach iście piorunujące wrażenie...
— Pan Verdier... panna Lucyna! — jąkał Andrzej cofając się mimowolnie osłupiały z nagłego wzruszenia.
Potem, obracając się do starego robotnika, przewodnika swego, spytał głosem surowym:
— Czy to zasadzka?...
Piotr skinął głową przecząco... Jakób Lambert nie dał mu czasu na odpowiedź.
— Panie de Villers — rzekł — do mnie należy dać panu odpowiedź.
Andrzej skłonił się.
— Słucham pana — wyszeptał z głębokim niepokojem — ale śmiem pana błagać abyś nie otwierał na nowo rany boleśnie zadanej mi dziś rano, a której pożałujesz kiedyś gorzko, gdy się dowiesz że była ona dla mnie tem okrutniejszą iż była niezasłużoną...
— Andrzeju! Andrzeju! — wyrzekł Jakób Lambert — chwila, której nadejście przepowiadasz już nadeszła!... Oczy moje otworzyły się... opłakuję moją niesprawiedliwość i okrucieństwo!... Nie chciałem zwlekać ani godziny, ani chwili, abym cię nie przeprosił za moje postępowanie względem ciebie...
— Pan mnie przeprasza!... pan, panie Verdier!... pan! — wołał młody człowiek prawie nieprzytomny — czy to prawda?... czy to możliwe?... czy mi się nie śni?...
— Tak, ja pana przepraszam — kończył kapitan — i nie wstydzę się tego!... Zawiniłem bardzo względem pana, ale przysięgam ci, że żal mój równa się przewinieniu!... Gniew mnie oślepił a gniew jest złym doradcą!... Byłem dziś rano jakby rozszalały, usta moje wymawiały wyrazy, którym serce moje i rozum zaprzecza!... Czyżbyś mi pan odmówił puszczenia w niepamięć tego, co ja chciałbym módz sam zapomnieć? czy mi pan odmówisz podania ręki?...
Andrzej w głębi duszy uczuł, że żal jego i gniew topnieje pod temi ciepłemi słowy, jak śnieg pod pierwszemi promieniami słońca kwietniowego... Serce jego przepełniało rozrzewnienie rozkoszne... Chwycił rękę, którą mu podawał Jakób Lambert uścisnął ją z uniesieniem w dłoniach swoich, i przycisnął do ust, szepcząc:
— Ah! panie Verdier, już nie pamiętam tego com przecierpiał!... Jakżeś pan dobry, mój Boże!... jak mam panu wyrazić wdzięczność, za te słowa, któreś dopiero co wyrzekł, a które przywracają mi życie i honor! Pan mnie przeprosiłeś!... pan mi podałeś pierwszy rękę!...ah! nie zapomnę tego nigdy!...
— Biedny mój chłopcze — odpowiedział Jakób Lambert — jakżeś musiał mi złorzeczyć!...
— Nie panie Verdier, nie!... nie złorzeczyłem panu!... Żałowałem pana, że mimowoli i mimo wiedzy popełniłeś tak wielką niesprawiedliwość, i prosiłem Boga aby cię oświecił...
— Widzisz pan, Bóg cię wysłuchał — kończył kapitan uśmiechając się. — A teraz ja zaniosę do ciebie prośbę... abyś od jutra objął na nowo, i zatrzymał na zawsze miejsce, jakie zajmowałeś w moim domu...
— Zrobię to jaknajchętniej panie i będę szczęśliwy — odpowiedział żywo Andrzej, ale wprzód błagam pana o wyświadczenie mi jednej łaski...
— Jestem gotów uczynić dla pana co zechcesz... czegóż więc pan życzysz sobie?...
— Proszę o urlop na dni kilka.
— I owszem!... dam panu urlop, ale mi powiesz na co go użyjesz...
— Chciałbym pojechać do Brestu, przepędzić tydzień z moją matką, której nie widziałem oddawna...
— Dobrze; ale powiedz mi czyś nie odebrał jakiej złej wiadomości?... Czy pani de Villers nie jest cierpiąca...
— Nie panie, dzięki Bogu!...
— A zatem, dla czegóż właśnie wybrałeś pan tę chwilę dla odwiedzenia jej?... Czy nie możesz pan odłożyć swojej podróży na później?...
— To niepodobna, panie...
— Czy ważna sprawa wymaga koniecznie i bezzwłocznie obecności pańskiej w Breście?...
— Tak, panie...
— Czy mogę spytać pana co to za sprawa?...
— Jest ona zupełnie osobistą i pokornie proszę pana abyś był łaskaw nie zadawać mi pytań w tym przedmiocie...
— A gdybym powiedział, że wiem dobrze po co pan chcesz jechać do Brestu?...
— Odpowiedziałbym, że się pan zapewne myli...
— Dam ci zaraz dowód, że się nie mylę wcale...
Andrzej spojrzał na mówiącego z niedowierzaniem.
— Chcesz pan jechać do Brestu — odpowiedział Jakób Lambert, jedynie w celu zaciągnięcia pożyczki na majątek swojej matki, aby mi zwrócić pieniądze ukradzione nocy ubiegłej z mojej kassy... No cóż... odpowiedz pan szczerze... prawda, czy nie?...
Andrzej odwrócił się do podmajstrzego i rzekł tonem wymówki:
— Zdradziliście mnie Piotrze!... to brzydko z waszej strony!
— Nie obwiniaj pan tego szlachetnego człowieka — odpowiedział żywo Jakób Lambert — oddał mi największą przysługę, ponieważ dzięki jego niedyskrecji, mogę panu przeszkodzić w zrobieniu szaleństwa, któreby mi sprawiło śmiertelną przykrość...
— Mówiłem jak jestem głęboko wzruszony i jak bardzo wdzięczny za pańską dobroć, panie Verdier... — wyrzekł Aandrzej — ale błagam pana, abyś się nie starał odwodzić mnie od mojego postanowienia... jest ono nieodwołalnem!
— Czyż podobna, mój chłopcze, abyś chciał ograbić twoją matkę z tej resztki majątku jaką posiada!... Postąpiłbyś zaiste, jak zły syn!...
— Moja matka... ręczę panu za to... pochwali moje postanowienie!... Będzie szczęśliwa, jeżeli mi będzie mogła przyjść z pomocą, o ile tylko będzie mogła dla legalnego zwrotu...
— Nie mogę zrozumieć twego uporu, mój drogi Andrzeju!... nie masz nic do zwrócenia, ponieważ nie jesteś nic winien...
— Jestem winien... Opuściłem moje stanowisko... byłem nie obecny w chwili spełnienia kradzieży!.. Jestem odpowiedzialny za sumę jaka mi była powierzoną!... Chcę ją zwrócić aż do ostatniego szeląga i, jeżeli pieniądze mojej matki nie wystarczą; wypełnię brak moją pracą... potrzeba mi będzie dużo czasu zapewne, ale przynajmniej tej zwłoki pan mi nie odmówisz.
— Dosyć już tego — zawołał Jakób Lambert — widzę dobrze, że jest jeden tylko środek pokonania pańskiego uporu... i w ostateczności tego środka użyję... Chcesz mi pan zwrócić skradzione pieniądze!?... chcesz koniecznie... bezwarunkowo!?... Niczem pana od tego nie odwiodę!...
— Tak, panie... chcę stanowczo!...
— A więc, przystaję, ale mały majątek matki pańskiej musi zostać nietknięty... Jest inny środek pokwitowania się ze mną, ponieważ utrzymujesz pan, żeś mi coś winien...
— Inny środek?...
— Tak...
— Jaki?...
— Ożeń się pan!...
— Pan myśli mnie ożenić!... — zawołał młody człowiek zdumiony.
— Chcę i ożenię... Znam pewną młodą panienkę, która nie jest bez majątku... spodziewam się uzyskać ją dla pana, a jak się ożenisz to mi oddasz ten dług urojony z jej posagu... No!... Cóż pan na to, panie Andrzeju!?...
— Ja panie odmawiam... odmawiam najabsolutniej!...
— Dla czegóż to?...
— Bo nie mam zamiaru się żenić...
— Co to gadać tak na ślepo!... Nie możesz przecież odpowiadać, że chcesz lub niechcesz nie poznawszy tej młodej panienki... Jest wcale ładna... pewno podoba się panu...
— Nie chcę jej wcale widzieć...
— To niedorzeczność!... Bo i cóż to panu szkodzi... chyba, że jesteś zakochany...
— A więc tak, panie — przerwał Andrzej — jestem zakochany!... kocham bez nadziei!... ta, której oddałem moje serce nie może należeć do mnie, wiem o tem, ale przysięgłem sobie przynajmniej nie dać nigdy mojego nazwiska innej...
— Ba!... znamy się na tem!... wiemy co to są przysięgi zakochanych!.
— Być może!... ale ja mojej przysięgi nie złamię choćbym ją miał życiem przypłacić!
— Tak się to mówi, a inaczej się robi!
— Nigdy!...
— I, zrobiwszy inaczej — dodał Jakób Lambert, niby nie zważając że mu Andrzej przerywa — przyznaje się człowiek przed sobą w duchu, że był warjatem, i że jest teraz bardzo szczęśliwym...
— Nie nalegaj pan, bardzo proszę... Naleganie to robi mi wiele przykrości i wielką boleść mi sprawia...
— Co to wszystko pomoże!?... Ja jestem mędrszy od ciebie mój chłopcze kochany... pragnę szczęścia twojego i zmuszę cię do tego abyś był szczęśliwym...
— Wątpię, panie — odpowiedział Andrzej surowo...
— Zobaczemy... Wreszcie pozwalam panu zasięgnąć co do tego rady swojej matki...
— Moja matka nie będzie mi nigdy radziła, abym zadał gwałt memu sercu i zaślubił kobietę kochając inną...
— Już niech ona sama odpowie panu... Jedź zatem do Brestu pierwszym pociągiem, i poproś pani de Villers o przyzwolenie na twoje małżeństwo...
Jakób Lambert przerwał sobie na jedną sekundę, potem, biorąc latarnię z ręki Piotra i zwracając światło na promieniejącą i piękną twarz Lucyny, rumieniącej się i spuszczającej oczy, kończył rozpoczęte zdanie...
— Z panną Lucyną Verdior, moją córkę...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.