Tajemnice stolicy świata/Tom I/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor George Füllborn
Tytuł Tajemnice stolicy świata
Podtytuł Grzesznica i pokutnica
Wydawca Księgarnia Jana Breslauera
Data wyd. 1871
Druk Drukarnia Jana Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Die Geheimnisse einer Weltstadt oder Sünderin und Büßerin
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVI.
Książę Waldemar i cień jego.

W kilka tygodni po wyżéj opowiedzianém, za nadejściem wieczoru, dwie w ciemne płaszcze otulone postaci przechodziły wązką ulicą stolicy.
Padał drobny, przenikliwy deszcz i wkrótce pokrył bruk brzydką, ciemną barwą. Przy słabém świetle miejskich latarni tém trudniéj można było rozpoznać obu przechodniów, że kapelusze głęboko na twarze nasunęli, a płaszcze mocno na ramiona powciągali. Jeden szedł nieco naprzód, i jak się zdawało, miał szpadę przy boku, bo złotem wyłożony koniec pochwy połyskiwał niekiedy z pod płaszcza. Drugi szedł za nim nieco z boku, a jego zgarbiona ciemna postać, wlokąca się za idącym naprzód, i stąpająca tak, że ją zaledwie słychać było, sprawiała wrażenie cienia. Kiedy niekiedy blizkość latarni pozwalała zauważyć, że na lewą nogę nieco kulał.
— Czy tutaj? zapytał krótko przy rogu bocznéj ulicy idący naprzód — nie znam nazwisk tych ulic!
— Bardzo jasno, królewska wysokości, — tutaj na lewo drugie drzwi, odpowiedział zapytany i wskazał ręką wysoki i długi mur, ciągnący się po téj stronie, gdy po drugiéj stały nizkie domki, w których oknach po części błyszczały ciemne światełka.
— Szczególną przedsiębierzemy awanturę, i muszę ci wyznać, baronie, że dotychczas dosyć nieprzyjemną. W taką pogodę na ulicy!
— I do tego pieszo! Jesteśmy już na miejscu!
— Drzwi zamknięte! rzekł książę Waldemar, bo to on nie wahał się swą białą rękawiczką dotknąć zmoczonéj klamki.
— Racz mi królewska wysokość pozwolić usunąć tę trudność! szepnął szambelan von Schlewe, i przystąpił tuż do wysokich i szerokich drzwi w murze.
Książę usunął się mówiąc:
— Piękna miss Brandon, jak widzę, zamyka się na zamki i zasuwy!
— Czyliż piękność może się strzedz dostatecznie? Wreszcie to niewątpliwie, królewska wysokości, że to nazwisko jest tylko przybrane — piękna cudzoziemka jest z rodu hrabianka! szepnął Schlewe i ostrożnie zapukał.
— Nie można jéj odmówić pewnéj szlachetności w postaci i ruchach. Pan zapewne wiesz jéj prawdziwe nazwisko?
— A nawet, królewska wysokości, pozwolę sobie wydać je, skoro zobaczymy piękną hrabinę!
— Dlaczegóż dopiero wtedy?
— Aby podwyższyć wrażenie! śmiejąc się szepnął szambelan, a za murem dały się słyszeć nadchodzące kroki.
Czy służąca Leony wiedziała, że przybędą ci dwaj panowie, którzy czekając stali pod bramą? Tak sądzić, należało, bo śmiała się, gdy się do nich zbliżała.
— Kto tam? spytała jednak ze wszelką ostrożnością.
— Otwórz, mała Zerlino! poszepnał Schlewe.
—Proszę o hasło, abym wiedziała, kto pan jesteś; dzisiaj bardzo łatwo można być oszukanym!
— Dziecko, my mokniemy na deszczu!
— I ja także, jaśnie wielmożny panie!
— Leona i Eberhard! szepnął Schlewe, który nadaremnie usiłował wywiedzieć się od służącéj o stosunkach obu tych osób i ich imion użył za znak zaufania.
Ostrożnie a jednak nieco skrzypiąco po dwakroć obrócono klucz w zamku — poczém drzwi ustąpiły pod naciskiem szambelana.
— Gdy Zerlina, bardzo miła pokojówka, drzwi szybko zamknęła, książę i jego towarzysz weszli na dziedziniec, po którego obu stronach rozciągały się ogrodnicze zakłady.
Przed nimi w ciemnych zarysach wznosił się wysoki i rozległy budynek, który zamieszkiwała tylko Leona i jéj służba. Zdawało się, że z pokoju wychodzącego na przednią część pałacu dolatują czarowne dźwięki muzyki.
Zerlina lekko i zgrabnie poskoczyła ku wchodowi na przeciw obu panom czarno wyglądającym, bo ostrożna pokojówka zgasiła światło.
— Raczcie panowie podać mi ręce, szepnęła; ja poprowadzę! Zaufajcie mi zupełnie, ale nieostrożnym głosem nie zdradźcie ani siebie ani mnie! Hrabina jest straszna, gdy się rozgniewa, a moglibyśmy wszyscy wyjść bardzo źle, gdyby nagle postrzegła, że jéj przeszkodzono w najrozkoszniejszych i najwygodniejszych chwilach! wyznała pokojówka z pewną zalotnością.
— Nie obawiaj się, mały wróbelku! odpowiedział szambelan, biorąc Zerlinę za lewą rękę, bo księciu podobało się, aby go mała prawą ręką dla poprowadzenia ujęła.
— I dokądże nas prowadzisz? z chytrym uśmiechem zapytał von Schlewe.
— Do sypialni hrabiny! szepnęła zalotnica tonem, któryby można nazwać rozkosznym.
— Wybornie, masz widzę rozumek! cicho rzekł szambelan, a jakaś szczególna przyjemność przyjęła jego chude ciało.
— O, nie ma nic piękniejszego nad hrabinę! To rozkosz patrzeć na jéj przecudne kształty — czy uwierzycie panowie, że one mnie samą oczarowują, że nigdy dosyć często i dosyć długo napodziwiać się ich nie mogę?
Temi nieco za nadto swobodnemi słowy przemawiając pokojówka Leony prowadziła obu panów przez ciemny korytarz, późniéj cicho i ostrożnie po schodach na górę, a potém znowu po marmurowéj posadzce, na któréj tylko piasek skrzypiał pod nogami.
Książę i wlokący się za nim szambelan szli za nią — jasne światło padło nagle na twarz jéj i ich towarzyszy — znacząco położyła palec na ustach i szła naprzód.
Książę i jego kulawy szambelan udali się za nią. W oświetlonym korytarzu nie było nikogo, tylko muzyka pierwéj brzmiąca z cicha, teraz wyrazniéj słyszeć się dawała.
Szli przez wygodnie ogrzaną przestrzeń, wysłaną miękkiemi kobiercami. W niszach stały cudownie pięknych kształtów popiersia i posągi, wnętrza tych nisz ubrane były bluszczem i ciemno-zielonemi pnącemi się roślinami. Na ścianach widziałeś malowidła fresco, a na nich tu oczarowanych satyrów i przecudne dryady, tam faunów i półboginie otoczone winną latoroślą i owijające się. Obrazy te, jak przyznał książę, malowała mistrzowska ręka. W głębi zaś, do ktôréj się teraz zbliżyli, książę i jego szambelan ujrzeli obraz, który w spoczywającém na nim półświetle, prawdziwie czarowne sprawiał wrażenie — była to Wenus, urodzona z piany, wystająca z pośrodka morskich bałwanów, — pięknemi rękami odrzucała długi ciemny włos na grzbiet — gołębie latały po powietrzu, — uśmiechając się patrzała na wynurzającego się ku niéj z pomiędzy fal amora.
Zerlina zostawiwszy swoim towarzyszom chwilkę czasu do przypatrzenia się przygotowawczo temu pięknemu malowidłu, które im tylko podziwiać wolno było, otworzyła ciężką, podwójną portyerę.
Szambelan von Schlewe nieznacznie spojrzał na twarz księcia, gdy ten wchodził do pokoju, który mu służąca otworzyła — poczém szedł za nim krok w krok.
Pokój ten urządzony był ze wschodnim przepychem i wygodą. Perskie dywany dziwnéj piękności barw okrywały podłogę i wisiały na ścianach. Sufit stanowiły obrazy w medalionach, przedstawiające postaci bożków. Pięć lamp, przykrytych różowemi matowanemi szkłami, wisiało tam rzucając czarowne różowe światło. Przy ścianie stało białą jedwabną kotarą osłonione łoże hrabiny, z bujającemi, koronkami obszytemi poduszkami. Białe marmurowe filary, otoczone girlandami kwiatów, wznosiły się w czterech rogach łoża. Śliczne marmurowe stoliki, z nogami z fantastycznych złoconych figur; krzesła i nizkie sofy z bogato zdobnemi, złoconemi poręczami, marmurowe posągi, tu wazony z kwiatami i owocami, tam znowu większe na kosztownych, cyzelowanych podstawach w najzupełniejszym smaku stanowiły przybranie tego przybytku.
W ścianie naprzeciwko łoża znajdowała się jasno jak w dzień przez niezliczone płomienie oświetlona nisza, z zasuniętemi firankami — tworzyły ją kryształowe lustra, których wysokość i zręczne ustawienie dozwalały królowéj tego przybytku, stojąc na kobiercu w niszy, przeglądać się i przypatrywać sobie ze wszech stron. Jedno lustro, nakształt drzwi, za naciśnięciem służącéj, ustąpiło i otworzyło biały marmurowy pokój do kąpieli, w którym nie było żadnych więcéj drzwi ani okien.
Tu wyjawiały się czarujące tajemnice najudatniejszéj niewieściéj piękności; w lustrach tego pokoju, wolna od wszelkich okryć Leona, podziwiała całą wspaniałość swoich kształtów, — tego lustra zapytywała, czy może panować nad oczami i zmysłami — a obraz wtedy jéj się przedstawiający był tak wykończenie plastyczny, tak zachwycająco piękny, że jak niegdyś Narcyz kochała się w obrazie swojéj postaci, jakby widziała kształty innych opływała w rozkoszy, że może podziwiać ludzką piękność!
Gdy wracała do niszy, okrywała jéj członki szeroka jedwabna zasłona — a ta znowu opadała, gdy zasunęła kotarę łóżka i weszła w jego miękką, jedwabną pościel.
Książę i von Schlewe, znowu za nim na boku stojący, słuchali dochodzących do nich miękkich tonów wioli i basetli.
Zerlina zbliżyła się do portyery, którą zaledwie można było rozróżnić od zwieszonych kobierców, skinęła na obu, których wprowadziła do téj świątyni piękności i rozkoszy, aby przystąpili bliżéj — potém poskoczyła lekko i cicho do lamp i tak dalece stłumiła ich światło, że książę i tuż przy nim stojący szambelan tém lepiéj przez otwór w portyerze widzieć mogli co się dzieje w jasno jakby słońcem oświetlonym salonie.
W tym salonie piękność wyprawiała ucztę!
Książę, którego oko zapewne było strudzone, zaledwie mógł ukryć swoje zdumienie i upodobanie, tak, że blady, tryumfująco uśmiechnięty szambelan, który z szatanskiém wyrachowaniem sprowadził tu księcia, cicho poszepniętém słowem przypomnieć mu musiał, aby się za portyerą nie zdradził.
Szambelan von Schlewe, który jak cień stał za księciem, a jak szatan czarował go obrazami, o których wiedział, że nie oprze się żaden człowiek, jeżeli w jego żyłach płynie krew gorąca, cieszył się tém, że ten, który na mocy swojego nazwiska był jego panem i rozkazodawcą, teraz był jego niewolnikiem, bo podsycał jego namiętności.
A Leona — owa pulchnie piękna, ułudna postać, czy nie miała udziału w tym tak przebiegle ułożonym planie? czy na prawdę nie wiedziała, iż za zasuniętą portyerą czatuje książę, gdy ona na wpół siedzi, na wpół leży na miękkich, sprężystych poduszkach sofy?

Czy fałdy ciężkiéj, ciemno-czerwonéj atłasowéj sukni, nie naumyślnie były tak wysoko podniesione, albo może to tylko spodnie okrycie, które aby się czuć swobodną i dla wygody podczas dolce far niente, przełożyła w tych wieczornych godzinach nad uciążliwą, modnie uciskającą suknię ogoniastą?

Tak się na prawdę wydawało, bo przezroczysta zasłona jak powiewne tchnienie leżała na czerwonéj szacie, i tylko dla tego okrywała piękne, pulchne kształty, aby przez tkankę jeszcze bardziéj nęcąco i tajemniczo wyglądały i zdradzały się. Na zgrabnie założonych jedna na drugą nogach miała ciemno różowe buciki — u góry ciemnym jedwabieni gustownie ubrane, tak, iż zdawało się, że pulchnie wykształcone, w oślepiająco biały jedwab objęte członki hrabiny, wystają z ciemnych kielichów. Ale z powodu czerwonéj szaty bardzo mało co widać było tych pięknych kształtów, bo takowa owinięta krepą, daleko po za kolana spadała. Gaza zakrywała także niby chmura falujące łono, którego wykończone kształty i pełność ułudnie przez nią wyglądały. Leona rozkosznie, swobodnie leżała na poduszkach sofy. Jéj piękny ciemny włos, objęty wązką, złotą obrączką, spadał na białe ramiona i fantastycznie otaczał jéj szlachetnie wykrojoną twarz, która w téj chwili zamiast rysu dumy i chęci panowania wyrażała jakąś marzącą rozkosz.
Rękami grała na mandolinie leżącéj na jéj łonie, na ktôréj z cicha towarzyszyła tonom rozlegającéj się po salonie muzyki, która nie wiedzieć zkąd pochodziła, bo żadnego muzykanta nie było widać, a oczy jéj strudzonemi lub marząco spuszczonemi powiekami przykryte, przypatrywały się ułudnym pozom, jakie przybierały i wykonywały przed nią dwie piękne tancerki.
Hrabina Pomńska wyglądała jak Wenus uwodząca Tannhäusera i całą siłą najpiękniejszego grzechu czyniąca go swoim bałwochwalcą.
Upojony czarem książę spojrzał na ten piękny salon, na spoczywającą Leonę i na tancerki.
Cudna muzyka, odurzający zapach kwiatów ustawionych w marmurowych wazonach obok sofy hrabiny i światło niezliczonych płomieni, wszystko to razem potężne sprawiało wrażenie!
Dwie wysmukłe bajadery w jasno różowych, dziwnie naturę naśladująca trykotach, w krótkich i przezroczystych sukienkach, przedstawiały hrabinie całą swoją piękność — a nietylko bawiły oczy hrabiny, ale też i obu poglądających. Zalotnie powiewając białemi przezroczystemi szalami, pochylały się i podnosiły w takt muzyki, już pięknie ukształcone nogi z niepojętą zręcznością podnosząc aż do pochylonéj głowy, już tak dziko kręcąc się w koło, iż to wyglądało jakby chciały się z całą swoją pięknością popisywać i wprawić widza w podziwianie ich sztuki.
Szambelan von Schlewe z przyjemnością zauważył, że książę przypatrując się téj wspaniałości, całkiem się zapomniał i odurzył.
— Komu przyznać pierwszeństwo, królewska wysokości? szepnął tak cicho, że księciu zdało się, iż go pyta własny głos wewnętrzny.
— Niewątpliwie jéj — jéj saméj! odmruknął Waldemar, porwany i zachwycony leżącą postacią.
— Piękna hrabina Leona Ponińska jest nieporównana — na świecie nie ma drugiéj tak wykończonéj piękności! Jakkolwiek ładne są obie bajadery, okazujące całe swoje zachwycające postaci, kiedy hrabina ukrywa koronę swojéj piękności, jednakże gasną przy wspaniałości jéj kształtów! Jakaż więc musi być potęga — cicho dodał szambelan — kiedy zasłona spadnie!
Przed oczami księcia wystąpiły wywołane temi słowy barona obrazy i dopełniły zachwytu, jaki go opanował.
Szatański uśmiech przebiegł po bladej twarzy jego cienia... szambelan von Schlewe cel swój osiągnął — książę należał do hrabiny, która była z nim sprzymierzoną.
Cichutko, zręcznie jak kot odskoczył od portyery — szybko spojrzawszy na księcia przekonał się, że ten tak był oczarowany, tak namiętnością przejęty, że nie postrzegł nawet jego usunięcia się, a nawet nie myślał o nim.
Cicho przesunął się po kobiercu w oświetlonéj jak noc letnia sypialni hrabiny... a potém stanął przy jéj łożu zaslonioném jedwabnemi firankami — na twarzy jego nagle można było spostrzedz, do jakiego stopnia wrzała w nim pożądliwość — oczy jego świeciły dziko i błyszcząco — muskuły się wyprężyły — myślał o nocnych godzinach, w których pulchna postać Leony na tych poduszkach spoczywa... szybko rzucił wzrok na księcia — potém podsunął się do łóżka i drżącą ze wzruszenia ręką podniósł jedwabną firankę.
Wtedy ujrzał przed sobą koronkami okryte, białe jak śnieg, bujające łoże najpiękniejszéj kobiety. Nie mógł wytrzymać — musiał podnieść poduszkę — i chociaż na chwilę z rozkoszną myślą, że tu spoczywa Leona, przycisnąć twarz do pachnącego jedwabiu — iskra elektryczna nim wstrząsła — ukląkł na kobiercu i rozkoszował się gorączkowém wzburzeniem, którém go przejęły myśli o tych poduszkach.
Nakoniec powstał i uciekł z pokoju, zostawiając w nim samego księcia.
Głośny dzwon zegaru zapowiedział nadejście nocy. Leona wstała z sofy — obie tancerki znikły — teraz dopiero ukryty za portyerą książę mógł widzieć, że jedwabna, różowa, fałdzista jéj suknia tak była krótka, iż widać było z pod niéj: pięknie ukształtowane, w białe jedwabne pończochy ubrane łydki i małą nogę. Leona szalem okryła stan i szyję, położyła mandolinę na sofie, i białym, zgrabnym, śpiczastym palcem ujęła mały, złoty dzwonek, leżący na najbliższym marmurowym stoliczku.
Na odgłos tego dzwonka weszła do salonu Zerlina, lecz nie przez sypialnię, ale innemi wysokiemi drzwiami.
Hrabina wydała jakiś rozkaz nadobnéj, zalotnie uśmiechniętéj słudze, która po upływie kilku sekund przyniosła na srebrnéj tacy szampana i pięknie rznięty, wysmukły kieliszek.
Zerlina nalała swojéj pani przyjemnego, smacznego i podburzającego wina. — Leona zaledwie wychyliła jeden kieliszek, dała uważnéj słudze znak odejścia.
Pulchnie piękna hrabina opuściła szal — oczy, księcia teraz jeszcze głębiéj zajrzały w cudne tajemnice, które niebo powierzyło kobiecie, aby sobie swoją potęgą radziła.
Leona zamierzała udać się do sypialni — ciągle jeszcze słychać było z cicha upajającą muzykę. Lekkim krokiem ta nieopisanéj piękności Junona, jakiéj żaden snycerz wyrzeźbić nie zdołał, ta bogini stworzenia zbliżyła się do portyery — przystępując do niéj podniosła cudne, pulchne ramię i usunęła zasłonę, wstępując na kobierzec swojego najskrytszego przybytku...
Salon pełen był promieniejącego światła, więc hrabina Leona, wstępując do bardzo lekko rozwidnionéj sypialni, w pierwszéj chwili nie wszystko w niéj odróżnić mogła... lecz gdy portyera za nią zapadła, wydała lekki krzyk — bo ktoś obcy padł przed nią na kolana i gwałtownie ją objął — namiętnie twarz swoją przyciskał do jéj członków i okrywał je pocałunkami.
Leona chciała wołać o pomoc — chciała cofnąć się...
Ale to książę trzymał ją w objęciach i głos jéj ustami swojemi stłumił.
Otaczało ją łagodne światło — piękna, uśmiechnięta hrabina dozwoliła burzliwemu młodzieńcowi, oczarowanemu rozkoszą jéj widoku i cudami jéj bozkich kształtów, przepełnionemu namiętnością, tulić twarz swoją na jéj łonie... lecz potém podniosła go, i miękkiemi lecz niepokonanie nakazującemi słowy prosiła, by ją opuścił.
— Ponieważ prosisz mnie twojemi pałającemi, pełnemi ustami, które ucałowałem, ty królowo wszystkich kobiet, ponieważ twoje przecudne oczy przyrzekają mi, że znowu i znowu zawsze mogę u nóg twoich leżeć — ponieważ muszę ci być posłusznym, ty najpiękniejsza pani, więc spełnię dzisiaj twój rozkaz — rzekł książę. Jesteś wszechmocną!
Gorąco ucałował drobną rękę hrabiny, poczém wyszedł z jéj najtajemniejszego pokoju, w którym doznał tego szczęścia, że obejmował jéj piękne członki i mógł ich dotknąć ustami.
Leona spojrzała za nim dumném obliczem, wyrażającóm szatańską obojętność i wzgardę:
— Wszyscy jesteście niewolnicy! poszepnęła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Füllborn i tłumacza: anonimowy.