Djabeł (Kraszewski)/Tom I/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Djabeł
Podtytuł Powieść z czasów Stanisława Augusta
Tom I
Data wydania 1873
Wydawnictwo Rogosz, Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
XIII.


— A! panna Anna już wstała?
— Podczaszyc jak widzę w przedziwnym dzisiaj humorze.
— Jakże bym nie miał być wesół i szczęśliwy? król mi dał Św. Stanisława, jadę do Warszawy, i nareszcie pokosztuję życia!!
Dziewczę rozśmiało się serdecznie.
— Boję się, żebyś pan z tem życiem tam nie spotkał się tak jak ten oficer kozacki, co to przeszłego roku był w Głuszy, ze szparagami — nie wiedząc od którego końca miał je poczynać.
— Panna Anna ma mnie widzę za takiego młokosa i...
— A uchowaj Boże! któż mówi młokosa? — przerwała Anusia — ja JW. podczaszyca mam tylko za dwudziesto-letniego (lub coś podobnego) kawalera, co marzy o Warszawie jak gdyby tam byli inni ludzie i inne jakieś życie, nie to co u nas. Naturalnie z takim sentymentem tam jadąc, to się przy rogatkach głowę straci.
— O! o! proszę bardzo nie lękać się o nią!
— Prawdziwie — poważniej trochę poczęła Anusia, spoglądając ukradkiem na niego — teraz już do pana ani przystąpić, ani pożartować, taki się z podczaszyca zrobił wielki statysta! a tak jeszcze niedawno kradliśmy razem kożuszki z kominka u starościnej.
— Pięknie nie dawno — odparł Michał — już ja tego i nie pamiętam!
— Wszak ci to, kto chce, i wczorajszego dnia bardzo łatwo zapomni — z urazą odpowiedziała Anusia usuwając się nieco.
— Panna Anna gniewa się na mnie? — zapytał podchodząc młody człowiek.
— Daj-że mi pan pokój! jak gdyby córka starego Sienińskiego mogła i śmiała gniewać się na syna pani podczaszynej — ruszyła ramionami — ale łza kręciła się w jej oczku.
— Gniewają się na siebie tylko równi, a słudzy jak ja wzdychają i płaczą.
Była przy drzwiach za których klamkę już brała, gdy Alfier przykro uczuwszy cierpienie Anusi, posunął się ku niej żywo poruszony ostatniemi słowy, zapomniawszy powagi, którą chciał przybrać przed chwilą.
— Anusiu! Anuleczku! — zawołał dawnem imieniem i głosem poczciwie drżącym, chwytając jej różową ale maleńką rączkę — poczekajże... co ci to, ty bo się gniewasz na mnie, ja cię muszę przeprosić.
— Mówiłam panu, że choćbym chciała, gniewać się nie mogę.
— No dosyć tych żartów dziecko! pogódźmy się po staremu, chcesz? przyznam się żem jam winien, odpokutuję jak każesz, ale bądźmy z sobą znów jak za dobrych naszych czasów.
— Dobre czasy już minęły! — westchnęła Anusia.
— Ale jeszcze mogłyby powrócić!
— O! nie, nie! nigdy! nigdy! panu już spieszno do innych lepszych czasów, a mnie nie do tego idzie. Tyle to wesela co w dzieciństwie.
Anusia mówiąc to, trochę odstąpiła odedrzwi, podniosła oczy czarne i wzrok jej spotkał ogniste wejrzenie Alfiera.
— Tem bardziej — rzekł uśmiechając się — kiedy, jak mówisz czasy te wrócić nie mogą, czemuż ich choć dniem jakim nie przedłużyć — nie gniewaj się na mnie, a mówmy z sobą jak dawniej.
— Musiałabym zacząć od połajania — szepnęła Anusia.
— No to zacznij sobie i łaj jeśli ci to potrzebne na co, ale potem winę mi darujesz.
— Z warunkiem, że się nie powtórzy.
— Nigdy!
— Pewnie?
— Jak babunię kocham, to stara przysięga.
— Teraz ona może także spłowiała dla pana.
— O! nie! nigdy — z jakiemś wzruszeniem serdecznem odpowiedział podczaszyc spoglądając w oczy Anusi, która się zdawała go badać — nie myśl żebym już był tak złym i płochym; nie przestanę kochać, do kogom się przywiązał w dzieciństwie.
— I bądź pan pewien — cichym głosikiem odezwała się Anusia, że nie znajdziesz na szerokim świecie przywiązańszych serc do siebie nad te, co ci twą pierwszą młodość przypomną. Ja wiem — dodała ze łzą w oku, że przepaść nas rozdziela, wiem, że i tych kilka słów powiedzieć bym nie powinna, ale... a! myśl pan sobie jak chcesz.
Nie dokończyła, zarumieniła się, poczęła uciekać ku drzwiom znowu. Michał poskoczył za nią, pochwycił i zbliżył usta do rozognionej smutkiem jej twarzy.
— Znowu! — zawołała surowo odwracając się Anna do odskakującego podczaszyca. — O! pan mnie nigdy nie zrozumiesz!
W oczach jej gniew pałał dumny.
— Przepraszam! przepraszam na klęczkach — doprawdy nie wiem jak się to stało, ale nie mogłem się wstrzymać — chciałem znów dobre nasze czasy przypomnieć.
— Nie, te nigdy nie wrócą! — smutno powtórzyła Anusia — jak ta wiosna co minęła, nie przyjdzie już więcej.
— Ale się zaczyna druga?
— Ta się panu rozwinie w Warszawie — odpowiedziało dziewczę, chwyciło za drzwi i znikło.
Michał pozostał chwilę jak przykuty do miejsca, ruszył tylko ramionami...
— Dziwne stworzenie — rzekł w duchu — takie to zapalczywe a dumne! Co ona myśli? jużciż nie roi żebym się z nią miał żenić!
— A! a! to by było zabawnie! biedna Anusia!
Przeszedł się kilka razy zamyślony po pokoju.
— A jednak, rzekł znowu, smutno mi, bardzo smutno bez niej będzie, czuję, że zapomnieć ją trudno, ale to dzieciństwo, potęsknię, powzdycham i jakoś to minie. — Począł myśleć o czem innem, ale głos Anusi tętnił mu w uszach, wzrok Anusi patrzał nań ze wszystkich obrazów, ciągle ją, i ją tylko widział przed sobą.
— Znajdziemy się przecie w życiu! rzekł pocieszając się po chwili, i wyszedł rozmarzony. Nie wiedział jak zgadł trafnie, rzucając na wiatr te słowa.