<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Dwie drogi
Pochodzenie Humoreski z teki Worszyłły
Wydawca Stefan Dembe
Data wyd. 1901
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



III.

Na Złotopolu gwarno, zgiełkliwie i wesoło. Zjechał pan, a z panem i inni panowie. Przyjechali także z Prus panowie Szulce, Miller, Mitke, Jausch, Wiseman, pełnomocnicy kolonistów. Układy idą żywo i dość szybko posuwają się naprzód. Raz wraz przyszli dziedzice Złotopola chodzą od rządcy, u którego stanęli, do dworu, gdzie stoi pan z innemi panami. I koloniści radują się, poglądając, jak wiatr chwieje zbożem na łanach mazowieckich, i młody dziedzic z zadowoleniem obserwuje ładowne kieszenie panów Szulce, Millera, Jauscha et comp. Po wsi tylko strach przyszłych sąsiadów, ale co komu do tego? Zbierają się gromadki gospodarzy i radzą. Wolno i im radzić, niech każdy myśli o sobie. Ożyło całe Złotopole i jeszcze piękniejsze wydaje się, niż zwykle. I to dobra nowina! im Złotopole piękniej się wyda, tem niemcy więcej za Złotopole dadzą.
Prócz chłopów wszyscy kontenci. Pan Maszko rozpływa się z radości, bo oto książę Antoś, który ma także majątek do rozkolonizowania, chodzi z nim pod rękę lub klepie go po ramieniu i mówi mu: „cher ami”, a pan Maszko nazywa go z kolei swoim poczciwym Antosiem. Jaś Złotopolski każe nakrywać do obiadku, a Miś przygotowywa speech, który powie przy pierwszem zdrowiu.
— Jasiu! Jasiu! — woła wreszcie książę Antoś — widziałeś swoją Fanny przed odjazdem?
— Nie, nie widziałem; chcę jej zrobić niespodziankę.
— Ucieszy się mała! — wtrąca Maszko.
— Spodziewam się — odpowiada Złotopolski. — Ma ona dosyć na to rozumu.
— O to najmniejsza! — przerywa książę Antoś — ale ładna kanalijka. Ja tam nie uważam na rozum w kobiecie!
Pan Maszko parska śmiechem z całej duszy; on jest tegoż samego zdania, ale nie umiałby się tak dosadnie wyrazić.
— Nie! wiecie panowie — woła pan Maszko — że ten Antoś jest tak wyborny, że ha! ha! ha! uważaliście, jak on to powiedział: „Ja tam nie uważam na rozum w kobiecie!”
— Ależ, kochany Maszko! każdemu może się trafić powiedzieć coś dowcipnego — mówi skromnie książę Antoś.
— Nie, nie, nie każdemu!
Tymczasem Miś Rossowski zbliża się i, usłyszawszy o co chodzi, mówi:
— Co się tyczy Fanny, to ja wiem, że ona może się liczyć nawet do bardzo wykształconych. Ja wam za to zaręczam.
— A z czegoś to poznał? — pyta Złotopolski.
— Z czegom poznał? Na własne oczy widziałem, jak u Wici Zdzierżyckiej, która, jak wiecie, chce uchodzić za uczoną, Fanny trzymała w ręku książkę z filozofią Hegla.
— No i cóż?
— I cóż? I zobaczywszy, że to Hegel, powiada: „a!” a prosta rzecz, że gdyby nie słyszała o Heglu, toby nie powiedziała: „a!
— Trzeba było powiedzieć: „b!” — mówi książę Antoś — to i tybyś uchodził za uczonego.
Tu już pan Maszko bucha takim śmiechem, że pęka mu spinka przy kołnierzyku, a Miś Rossowski odpowiada:
— Nie puszczaj się, drogi Antosiu, na alfabet, bo wątpię, czy dociągniesz do końca.
Ma foi! i ja wątpię. Jasiu, chodźmy na obiad. Misiu, gotuj speech!
Jakoż przechodzą wszyscy do sali jadalnej, z której ścian spoglądają na nich wąsate, groźne twarze dawnych Złotopolskich. Maszko spogląda na nich, jak lis na winogrona. Wszyscy siadają do obiadu.
— A cóż twoi niemcy? — pyta Miś.
— Spodziewam się, że nie z nami — odpowiada Jaś. — Sprowadziłem im bajryszu, który piją teraz u rządcy.
— Ależ mają, bo mają talarki.
— Któżby je miał? to tylko na nas takie ciężkie czasy, że niedługo nie będziemy mieli co do ust włożyć! Antosiu, porteru czy piwa angielskiego?... Doskonałe!... Misiu, jakie wino pijasz po zupie?
— No, a mój speech?
— Powiesz przy mumie. Tak, moi panowie! ciężkie teraz czasy i musimy się djablo ograniczać.
— Kolonizacya to jedyny nasz ratunek.
— Niech żyje kolonizacya!
— Kolonizujmy, parcelujmy! niech żyje kolonizacya!
— Panowie! tylko nie unośmy się — mówi Miś. — Prawdziwi gentlemani nie unoszą się przed bifsztykiem. Tak jest przyjęte.
Yes! yes!
Tymczasem podają bifsztyk, po którym, nawet ludziom najlepszego tonu wolno być wesołemi, a zarazem przynoszą muma, który ma własność rozweselania ludzi wszystkich tonów. Książę Antoś spogląda pod światło na szumiące perełki złotego napoju, potem wstaje i woła:
— Zdrowie gospodarza!
— Zdrowie gospodarza! — powtarza pan Maszko.
— Obyśmy dożyli lepszych czasów!
— Obyśmy dożyli lepszych czasów! — powtarza Maszko.
— Cicho! — woła Miś.
Wszyscy siadają. Miś pozostaje stojący i, trzymając kieliszek, mówi:
— Panowie, mówię poważnie, bo speech powinno się mówić poważnie.
„Zebraliśmy się tu, aby odpocząć po pracy i trudach, jakie dla dobra naszego ogółu ponosimy w stolicy. Wprawdzie i tam, mową i drukiem, z pomocą pism, zarzucają nam, że nie robimy nic a nic — ja protestuję („I ja!” woła Maszko). Maszko, nie przerywaj! Ja protestuję! — My to nawet w dzisiejszych ciężkich czasach utrzymujemy godność naszego ogółu. Pytam: dlaczego? A któż ożywia wyższe towarzystwa? Kto stanowi prawa dobrego tonu? kto utrzymuje polor towarzyski, kto dyktuje prawa szyku? — My! Gdyby nas nie było, nie byłoby tego, co nazywamy wyższem towarzystwem, a wszakże Anglia ma swoich lordów, Francya swoją noblessę, Niemcy swoich baronów. My utrzymujemy tę równowagę u nas. Jest to porządek natury. Kto nie wierzy, niech spojrzy na konie i barany. Są między końmi szkapy chłopskie i folbluty, są między baranami zwykłe i merynosy. Sama natura tak postanowiła, sama natura i nas postawiła na czele ogółu. My to bowiem jesteśmy końmi folblut, my jesteśmy baranami z rasy merynos! (Brawo! brawo!). — Nie przerywajcie! A teraz, panowie! jeżeli słowa moje trafiają do waszego rozumu, kto sprawił, że możecie ich słuchać? — Złotopolski. Kto przez kolonizacyę daje nam przykład, jak powrócić owe dobre czasy, gdy ludzie, jak my, nie mieli długów? — Złotopolski. A przytem on jest tak dobrym folblutem, tak dobrym baranem merinos, jak każdy z nas. Panowie! Sądzę przeto, że ów gentleman zasługuje, aby mu wykrzyknąć: hip! hip! Zatem hip! hip! Jeszcze raz: hip! hip! (Maszko krzyczysz jak mazur, nie anglik!) hurra! hurra!
Jaś Złotopolski dziękuje towarzyszom, trącając się z niemi kolejno. On wie, że każdy może pójść jego śladem i nie widzi w swoim postępku nic godnego uwielbienia. Przecież kolonistów nie zabraknie.
— Panowie! nie przeceniajmy się wzajemnie!
Wreszcie po kilku jeszcze zdrowiach obiadek się kończy.
— Teraz kawa, cygara i przechadzka — mówi gospodarz.
Jak miło jest na wsi, po dobrym obiedzie i po kawie, pójść jesienią na przechadzkę, gdy na dworze skrzy się pogoda, liść nie szemrze, a w ulewie promieni słonecznych pływają białe nitki pajęczyny. Tak cicho i spokojnie płyną one włókienka z przędziwa Matki Boskiej, jako żywot szlachcica polskiego bez skazy na sumieniu, bez długów na hipotece. Jesień polska, gdy się uśmiechnie, to chociaż rzewnie jakoś, ano już tak poczciwie i serdecznie, że z duszą i sercem kupi cię takim uśmiechem. Wesoło wtedy i radośnie wiejskiemu człowiekowi. Przyszedł czas spocząć po pracy: chlebny czas, zbożny czas! W rżyskach krzyczą z wielką wrzawą koniki polne, a na ugorze pastuch, choć zbył już fujary, ale i bez fujary zawodzi całą duszą pieśń wiejską:

„Rozbujały się siwe łabędzie po wodzie!”

Młodzi panowie w Złotopolu byli w doskonałych humorach: właśnie zjedli wyborny obiad, byli po kawie; czas był pogodny, pełen słońca, pajęczyny, wrzawy koników i pieśni wiejskich.
Z cygarami w ustach panowie wyszli do ogrodu we dwie pary, Miś ze Złotopolskim, a książę Antoś z Maszką. Książę Antoś twarz miał trochę czerwoną, mocno śmiejące się oczy, trochę dymiącą czuprynę i trochę niepewne nogi.
— Ja-siu ko-chany! śliczne to twoje Złotopole, jak mi ho-nor miły — mówił, zwracając się do gospodarza.
Rzeczywiście Złotopole ślicznie wyglądało i zbliska i zdaleka. Pałac pański prawdziwie wygodny; za pałacem ogród gracowany w ulice, szumiący odwiecznemi drzewami; za drzewami szeroka i ogromna szyba wody, młyn, tartak, grobla sadzona jarzębiną, po bokach, jak okiem dojrzał, łany mazowieckie — i na końcu widnokręgu okrawek lasu, czarna, szumiąca choina.
— Śliczne to twoje Złotopole! — powtórzył książę Antoś. — W którą stronę pójdziemy?
— Chodźmy na okop szwedzki; stamtąd piękny widok.
— Gdzież to jest?
— A za ogrodem, niedaleko stawu.
Panowie, przeszedłszy z pół wiorsty, wyszli z ogrodu i wkrótce ujrzeli porosły wrzosem i chwastem wysoki nasyp ziemny, z którego istotnie otwierał się rozległy widok na okolicę.
— To tu? — spytał Miś. — A istotnie ładny stąd widok.
— To okop szwedzki.
— Skąd się tu wziął?
— Jeszcze od wojen szwedzkich. Tu podobno bronił się mój pra-pradziad Karolowi XII.
— Ehe! to tu była bitwa?
— Tak. Tu tylko ziemię poruszyć, zaraz natrafisz na kości.
— Ho! ho!
— A no, patrz! — zawołał nagle książę Antoś — ot, czaszka!
Istotnie, w dołku wypłókanym od deszczów, na podścielisku wrzosów, leżała pożółkła od czasu czaszka; słońce oblewało promieniami ten czerep zapewne jakiego sodalisa, który tu ongi gardło dał, chwaląc imię Maryi i mękę krwawego Chrystusa. Czerep spoglądał pustemi jamami oczu i na Jasia Złotopolskiego i na Misia Rossowskiego i na księcia Antosia. Rozwalona widocznie mieczem lub toporem kość ciemieniowa okazywała czarne wnętrze pełne ziemi i zielska.
Après diné c’est un peu dégoûtant — zauważył Maszko.
Jaś Złotopolski uśmiechnął się.
— Ciekawym, co niemcy zrobią z kośćmi, które tu znajdą. Ale? (tu Złotopolski zwrócił się do Maszki), czy okop objęty pomiarami, czy mój?
Nein, nein! to nasz ma bycz! — zawołał nagle jakiś basowy głos za plecami Jasia.
Był to głos pana Jauscha, który stał obok pana Wiseman i obcierał z potu ogromne i czerwone oblicze. Pan Jausch i pan Wiseman, trzymając w rękach porcelanowe fajki, poważnie poglądali na okop i na panów, stojących na okopie. Pan Jausch był otyły, pan Wiseman chudy, ale obaj mieli czerwone chustki na szyjach i długie kamizelki z świecącemi guzikami. Pan Jausch pogładził ręką podbródek i powtórzył:
— Mi przyszli tu szpaciren, ale to ma bicz nasz ten wal.
Poczem oba z panem Wiseman wdrapali się na nasyp.
— A cóż wy z tem będziecie robili? — spytał książę Antoś.
— Mi nie tacy glupi, aby pozwolili się marnować takiemu dobry plac — tu będzie ogórki kwitnąć.
— To cmentarzysko dawne, tu pełno kości.
— To nie szkodzi! to kości pójdzie precz, a tu będzie ogórki kwitnąć.
— Musicie lubić ogórki?
— Lubi! lubi! O!... — zawołał pan Jausch, spostrzegłszy czaszkę — prawda, że tu jest kości, aber to będzie z niemi tak!
Tu pan Jausch kopnął silnie czaszkę sodalisa, która, jęknąwszy echem, potoczyła się nadół między wrzosy.
— Ha! ha! ha! twarda polska głowa. Tu będzie ogórek kwitnąć.
Zaśmiał się serdecznie pan Jausch, a pan Wiseman zaśmiał się jeszcze serdeczniej.
Złotopolskiemu nagle krew uderzyła do głowy, a oczy zaświeciły jak węgle. Chwila jeszcze, a i pan Jausch byłby stoczył się z okopu wślad za czaszką sodalisa, ale gospodarz zmiarkował się... Przecież ci koloniści dlatego przyjechali, żeby ratować szlachcica wiejskiego — przecie ich Pan Bóg na to stworzył. Kiedy ratują żywych, niech sobie kopią umarłych. Honny soit qui mal y pense!
Panowie wrócili do domu, ale w domu czekała ich nowa niespodzianka. Starsi z gromady Złotopolskiej przyszli z interesem do pana, trzeba było ich przyjąć.
Jaś z resztą towarzystwa wyszedł na ganek; chłopi zbliżyli się ku niemu.
— A czego to chcecie? — spytał.
— Niech będzie pochwalony!
— Na wieki. Czego chcecie?
Stary jeden gospodarz skłonił się i począł mówić w imieniu reszty:
— Myśwa przyszli, bośwa słyszeli, że jaśnie pan sprzedaje Złotopole kolonistom.
— A sprzedaję, ale wam co do tego? wy macie swoje grunta, ja mam swoje.
— Nie można rzec! ale myśwa przyszli prosić, żeby jaśnie pan nie sprzedawał Złotopola. Tu nasi ojce pracowali, tu i jasnego pana ojciec żył i pomer, myśwa tu zawsze byli swoi, a z kolonistami nie dojdziemy do ładu. Z niemi nikt nie trafi do ładu; my się ich boiwa; my przy kolonistach zmarniejemy do szczętu. Niech jaśnie pan nie sprzedaje Złotopola. To mazurska ziemia, nie kolonistów. Jak pan z Brzeźnicy ich puścił, to i jemu teraz bieda i gospodarzom bieda. My wolimy, żeby pan grunta dworskie trzymał, niż koloniści.
— Tak mnie kochacie, czy co?
— Ee! prawdę rzec, my jaśnie pana nie znamy; ino się boiwa kolonistów. Ono my rozumiewa, że to teraz czasy takie, czy co, że każdy pan potrzebuje pieniędzy, ale my byśwa chcieli jako zaradzić, żeby jaśnie pan dostał pieniędzy i nie sprzedawał Złotopola. Ono tu nigdy żadnych kolonistów nie bywało. Ojciec jaśnie pana siedział z nami na roli i byliśwa swoi.
— Jakże to chcecie zaradzić? — spytał Maszko.
— A my byśwa kupili krzynę lasu za to, cośwa się złożyli, ino żeby tych poganów tu nie bywało.
— Moi kochani! — przerwał Złotopolski — mnie wasza krzyna lasu nic nie znaczy, a jakem postanowił rozkolonizować Złotopole, tak i zrobię. Nie trzeba było oto szkód robić, a zboża wypasać, a okradać mnie na wszystkie strony, tobym nie sprzedawał Złotopola.
— Nie kradliśwa, jaśnie panie, nigdy i nie będziemy — odezwał się jeden z gromady.
— A nie mówił mi to rządca o szkodach?
— Szkoda szkodą, ale nie kradliśwa.
— Niby to nie wszystko jedno?
— Juści nie, jaśnie panie; myśwa pieniędzy nie kradli, a jak tam który niecnota wypasł koniczynę, albo wzion zboża z pola, no to wzion, nie ukradł.
Książę Antoś wziął się aż pod boki ze śmiechu.
— Człeku, bój się Boga! to przecie jedno.
— Nie, jaśnie panie, złodziej to taki, co pieniądze kradnie.
— Szczególna filozofia — zauważył Maszko.
— Jasiu! — zawołał książę Antoś — jutro rozmówicie się w Złotopolu, a teraz temu każ dać wódki i niech zostanie, a reszta niech sobie idzie do djabła. Poczekaj-no, mój człowieku, dostaniesz wódki, boś zuch! ale powiedz mi jeszcze, czy ksiądz wasz nic wam o tem nie mówił, że jak kto „wzion”, to to samo, jakby ukradł?
Chłop widocznie nie miał ochoty do gawędy; na twarzy znać mu było frasunek; ale jużto może wódka, jużto nadzieja przemówienia jeszcze raz w interesie gromady, skłoniła go do odpowiedzi:
— Jegomość nie mówili o tem nic.
— No, a o czem jegomość mówili?
— Ee! bo to trudno spamiętać.
— Jasiu, każ mu jeszcze dać wódki. A no, przecie musicie pamiętać, co jegomość mówili?
— Ono przeszłej niedzieli to jegomość narzekali na mularzy chyba, czy co?
— Jasiu, daj mu jeszcze kieliszek! Na kogo? na kogo?
— Na mularzy. U nas jest tylko jeden, karbowego Podysioka syn, ale on się przysięgał, że o niczem nie słyszał.
— A o czemże miał słyszeć?
— Ano, że mularz chcieli pono Ojca Świętego prochem wysadzić, niby ze dworca, gdzie mieszka, ale w nocy przyszło od Pana Jezusa pisanie do Ojca Świętego, żeby się pilnował.
— Aa! jestem w domu! — zawołał Maszko. — Czy to nie o wolno-mularzach jegomość mówił.
— A ino, ino, ino!
Ma foi! — zawołał książę Antoś — doskonalem się ubawił. No, idź już sobie, mój człowieku!
Ale gospodarz zwrócił się do Złotopolskiego.
— Jaśnie panie, a ze Złotopolem jak będzie.
— Nie nudźcie mnie już wszyscy razem i idźcie do djabła, raz powiedziałem.
— Ha! to trzeba iść. Niech panu Bóg nie pamięta. My głupi ludzie jesteśwa, ale my rozumiewa, że to jakoś nie dobrze dzieje się teraz między panami.
Panowie znów zostali sami.
— Czy rzeczywiście, takie szkody ci robią? — spytał Złotopolskiego Miś Rossowski.
Mais parol d’honneur! i nietylko mnie, ale wszędzie.
— No, to dlaczego raz im tego księża nie wytłumaczą? — przerwał książę Antoś.
— Bo mają co lepszego do tłumaczenia — odpowiedział Miś. — Dziwię się, mój Antosiu, że nie rozumiesz tego. W dzisiejszych czasach są kwestye ważniejsze i obchodzące bardziej ludzi w dobrym duchu. Wstydź się, Antosiu, tego nie rozumieć.
Książę Antoś się obraził.
— Wiedzą ludzie i bez tego, kto jestem.
— Dajcie-no pokój — rzekł Złotopolski. — Ot, zmęczyłem się już temi ciągłemi sprawami: Wiecie co, robimy pulkę dla zabicia czasu. Czas, to pieniądze.
— Doskonale zastosowane! — woła Maszko. — Nigdzie tyle, ile przy grze nie sprawdza się, że czas, to pieniądze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.