Feta w Coqueville/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Feta w Coqueville
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Przez noc pogoda zmieniła się zupełnie. Gdy się nazajutrz Coqueville zbudziło ze snu, słońce świeciło jasno, morze rozciągało się w dal taflą bez zmarszczki, jak jedna olbrzymia sztuka zielonego atłasu. Powietrze było przytem ciepłe owem łagodnem ciepłem pogody jesiennej.
Pierwszy z całej wsi opuścił posłanie La Queue, jeszcze otumaniony całą treścią snów swoich tej nocy. Długo rozglądał się po morzu, na lewo, na prawo. Nakoniec oświadczył z posępną miną, że trzeba jednak zadosyć uczynić żądaniom pana Mouchel. Poczem wyruszył nie tracąc czasu do przystani z Tupainem i Brisemottem, zagroziwszy Margosi, że ją kijem w boki połaskocze, jeżeli się nie zachowa statecznie. W chwili gdy „Zefir“ wypływał na morze, wójt na widok „Wieloryba“ kołyszącego się ciężko na uwięzi uśmiechnął się i zawołał:
— No! co już dzisiaj, to figa dla was z tego!... Można śmiało zgasić świeczkę... ci pankowie w najlepsze chrapią...
Skoro zaś tylko „Zefir“ znalazł się na pełnem morzu, La Queue zapuścił sieci. Następnie pospieszył zajrzeć do swych specyalnych więcierzy, w jakie najłatwiej łowić pewne gatunki raków oraz barweny. Lecz mimo, że morze było spokojne, w żadnym z więcierzy nic nie znalazł; w ostatnim jakby na urągowisko, złowiła się mała makrela, którą wyrzucił z furyą w morze. Prawdziwy pech. Trafiały się czasem całe tygodnie takie, w których ryba unikała formalnie Coqueville i to jakby na złość właśnie wtenczas, kiedy pan Mouchel objawiał najwyższe pragnienie kupna. Kiedy w godzinę potem La Quene pościągał sieci — nic w nich nie znalazł więcej prócz kłębka alg. Natenczas zaklął siarczyście, zacisnąwszy pięści, tem bardziej rozwścieklony, że ocean, pogodny, leniwy i senny, leżał podobny obrusowi z zczerniałego srebra pod niebem przeczyście błękitnem. Bez najlżejszego nawet kołysania ślizgał się zefir po falach powoli, słodko. La Queue postanowił wrócić do domu po powtórnem zaciągnięciu sieci. Po południu przypłynie się zajrzeć. Bluźniąc niebu i patronom i słowa miotając bezbożne, dał hasło do powrotu.
Tymczasem Rouget, Fouasse i Delfin spali ciągle. Nie można się ich było dobudzić aż w godzinie śniadania. Nic sobie z dnia wczorajszego nie mogli przypomnieć, zachowawszy to jedno w pamięci, że się raczyli czemś wybornem, czego nie znali zupełnie. Po południu, kiedy wszyscy trzej zeszli się w porcie, polowy próbował z nich coś wyciągnąć, teraz, kiedy byli znowu przy zdrowych zmysłach. Przypominało to — mówili — jakby gorzałkę z smażoną lukrecyą, albo też jeszcze prędzej rum, słodzony i przepalany. Mówili w ogóle tak i owak. Kierując się według ich określeń, polowy zdobył pewne poszlaki, że tu się miało do czynienia z ratafią, nie byłby jednak przysiągł na to. Dnia tego Rouget i obaj jego ludzie nie czuli się dosyć na siłach, aby wyruszyć na połów. Wiedzieli zresztą, że La Queue wyprawiał się zrana nadaremnie, umówili się zatem poczekać do jutra z odwiedzeniem założonych więcierzy. Rozsiadłszy się na głazach w trójkę, patrzyli na postępujący przypływ zgarbieni, z lepkością w ustach, na pół śpiący.
Naraz Delfin się ocknął. Wskoczywszy na głaz utkwił oczy w dal i zawołał:
— Spojrzcieno... O, tam!....
— Co takiego? — odrzekł Rouget, leniwie przeciągając kości.
— Beczka!
W mgnieniu oka Rouget i Fouasse byli na, nogach a oczy ich, błysnąwszy pożądliwością, poczęły łakomie przeszukiwać widnokręg.
— Gdzie, chłopcze?... Gdzie jaka beczka?... — powtarzał Rouget z mocnem wzruszeniem.
— Tam... na lewo... ten czarny punkt.
Tamci nie mogli nic dostrzedz. Wtem Rouget zaklął:
— Prawda! Jak Boga kocham!...
Spostrzegł istotnie beczkę, wielką jak soczewica, na wodzie jasnej od skośnego rzutu promieni zachodzącego słońca. Na łeb na szyję pobiegł do „Wieloryba“, za nim Delfin i Fouasse, młócąc piętami po żwirze, na którym stopy ich ślizgały się w pośpiechu.
„Wieloryb“ wypływał właśnie z portu, gdy po wsi gruchnęła wieść, że na morzu widać beczkę. Kobiety i dzieci puściły się w też pędy ku brzegowi z krzykiem:
— Beczka! beczka!...
— Widzicie ją?... Prąd ją niesie do Grandportu.
— Aha!... Na lewo!... Beczka!... Pójdźcież tu prędko!...
I całe Coqueville runęło po pochyłości skał, dziatwa koziołkując po drodze, kobiety uginając oburącz spodnice, by prędzej stanąć na dole. Wkrótce też, tak jak wczoraj, wieś cała znalazła się na wybrzeżu.
Margot pojawiła się także z innymi, zaraz jednak wróciła do domu, by powiadomić ojca, który kłócił się właśnie o coś, jak zwykle, z strażnikiem. Cały blady wrzeszczał do polowego:
— Dajcie mi święty pokój!... To Rouget tu was na kark przysłał, żeby mi zabierać czas. A co do tamtego — nie będzie jej miał, ja to powiadam.
Na widok „Wieloryba“, o trzysta metrów od brzegu, całą siłą wioseł zdążającego ku czarnemu punkcikowi, kołyszącemu się na wodzie w oddali, wściekłość wójta zdwoiła się. I pchnąwszy coprędzej Tupaina i Brisemotea ku „Zefirowi“, wypłynął również w parę sekund z portu, powtarzając raz po raz zaciekle:
— Nie! nie dostaną jej!... Żebym tak pękł, nie dostaną!
Wówczas roztoczył się przed Coquevillakami spektakl nielada: wściekły wyścig „Zefira“ z „Wielorybem“.
Kiedy „Wieloryb“ spostrzegł, że barka wójta wypływa z przystani, ocenił natychmiast niebezpieczeństwo, pomknął tedy co sił. Miał on już z jakie czterysta metrów na swoją korzyść, szanse jednak były w gruncie rzeczy pomimo to równe, „Zefir“ bowiem był lżejszy i szybszy. Toteż na brzegu liczono bardziej na jego zwycięstwo. Maheowie i Flocheowie uformowali na brzegu instynktownie dwie grupy, śledząc z roznamiętnieniem przebieg walki, ci i tamci obstając przy szansach wygranej dla swego statku. Zrazu „Wieloryb“ miał ciągle pierwszeństwo, lecz skoro się „Zefir rozpędził, widać było wyraźnie, jak tamtę barkę dogania. Zdobywając się na ostatni wysiłek, zdołał „Wieloryb“ zachować przez czas jakiś dotychczasowy dystans. Lecz potem znów zaczął go tracić, bo „Zefir“ go dopędzał z nadzwyczajną szybkością. Od tej chwili stało się rzeczą oczywistą, że obie barki zrównają się w pobliżu beczki a ostateczne zwycięstwo stanie się zależnem od okoliczności, od lada drobnego błędu.
— „Wieloryb!“ „Wieloryb!“ — krzyczały Mahé-y.
Umilkli jednak. W chwili bowiem, kiedy „Wieloryb“ dosięgał prawie beczki, „Zefir“ przepłynął mu zręcznym manewrem popod sam nos i odepchnął beczkę w lewo, gdzie ją La Queue, jak na harpun, złowił uderzeniem bosaka.
— „Zefir!“ „Zefir!“ — krzyknęli teraz Floche’owie.
A ponieważ polowy bąknął coś o podstępie, zaczęto sobie ciskać grube słowa. Margot klaskała w ręce, proboszcz, przybywszy z brewiarzem pod pachą, zrobił uwagę, pełną głębi, która uciszyła naraz wszystkich i zasmuciła jednocześnie.
— Wypiją pewno wszystko, co do kropli, i ci także, szepnął z wyrazem melancholii.
Na morzu, między „Zefirem“ i „Wielorybem“ wybuchła gwałtowna sprzeczka. Rouget począł traktować wójta od złodziei a ten mu cisnął nawzajem w oczy, że jest niedojdą. Porwali się nawet obaj do wioseł, aby się niemi uczęstować i niewiele brakowało, a byłaby z tego wynikła formalna bitwa morska. Naznaczyli sobie jednak na lądzie spotkanie, pokazując sobie pięści i grożąc, że jeden drugiemu kiszki wypruje, skoro się tylko zejdą.
— A to kanalia!... — zrzędził Rouget. — Beczka jest znacznie większa niż ta wczorajsza. A przytem żółta... Musi w niej być coś pysznego...
Poczem dodał zgryziony:
— Zajrzyjmy chociaż w więcierze... Może się ułowiło trochę raków...
I „Wieloryb“ odpłynął ciężko, kierując się ku cyplowi z lewej.
W „Zefirze“ tymczasem La Queue musiał się aż rozgniewać, by pohamować atak Tupaina i Brisemott’a na ułowioną beczkę. Bosak bowiem, przeciąwszy jednę z obręczy, sprawił, że przez szparę wśród klepek sączył się z beczki płyn pąsowy, którego obaj rybacy poczęli próbować chciwie końcami palców i którzy znaleźli wybornym. Możnaby śmiało wypić po szklance. Ale La Queue się sprzeciwił. Przechyliwszy beczkę, tak, aby nie ciekła, oświadczył, że pierwszy, co się poważy ją oblizywać, będzie miał z nim do czynienia. Na lądzie — rzecz inna.
— Zatem pójdziemy wydobyć więcierze? — zapytał posępnie Tupain.
— Zaraz, zaraz; nie spieszy się z tem — wójt odparł.
I jego dusza także pieściła się z oczyma z baryłką. Czuł w członkach jakieś słodkie omdlenie, zbierała go gwałtowna ochota zaraz wracać, aby skosztować... Co go tam teraz obchodziły więcierze?!...
Tak i ozwał się też po chwili, uległszy:
— E... to chyba wracajmy... Późno już... Zajrzymy do więcierzy jutro.
Zaniechali połowu. Wtem wójt zobaczył drugą beczkę, trochę mniejszą od tamtej, po swojej prawej, która płynęła sztorcem, kręcąc się w wodzie koło własnej osi, jak bąk. Cios to był ostateczny dla sieci i więcierzy. Nie było o nich mowy więcej. „Zefir“ oddał się cały łowieniu baryłki, którą powiodło mu się zresztą schwycić z wszelką łatwością.
W tymże czasie zbliżona przygoda zdarzyła się „Wielorybowi.“ Kiedy Rouget znalazł między założonymi więcierzami pięć zupełnie pustych, Delfin, ciągle na czatach, zawołał, że coś na wodzie dostrzega. Nie wyglądało to jednak na beczkę, bo na nią było za długie.
— Kawałek belki — orzekł Fouasse.
Rouget jednak, puściwszy szósty więcierz, którego nawet nie dobył całkiem z wody, pospieszył w tamtę stronę i rzekł:
— Trzeba obejrzeć na każdy sposób.
W miarę podpływania zdawało im się, że rozpoznają deskę, to znów skrzynię a wreszcie drewnianą kłodę. Naraz z piersi ich wydarł się okrzyk radości. Była to rzeczywiście beczka, lecz beczka osobliwego nabożeństwa, z jaką nigdy jeszcze nie zdarzyło im się spotkać. Rzekłbyś: kawał rury, trochę tylko wydętej w środku, oba jej końce zamknięte były warstwą gipsu.
— Cóż to za cudak! — wykrzyknął Rouget z zachwytem. — Tego mi musi polowy pokosztować... Dalej, wracajmy, dzieci!
Powiedzieli sobie, że nie tkną łupu przed wylądowaniem i „Wieloryb“ wrócił do Coqueville z swym ładunkiem w tym samym momencie co i „Zefir.“
Ani jeden z ciekawych nie opuścił aż do tej chwili wybrzeża, a niespodziany połów, na który się złożyły aż trzy beczki, przyjęto z okrzykiem radości. Małe łobuzy rzucały w powietrze kaszkietami, kobiety pospieszyły do domów co żywo po szklanki. Postanowiono skosztować niezwłocznie zdobytych trunków, i to na miejscu. Ponieważ szczątki rozbitych statków stanowią, prawem zwyczaju, własność nadbrzeżnej ludności, nie podniósł się więc żaden głos protestu, tyle tylko, że utworzyły się zaraz dwie grupy: jedna Maheów, dokoła Rougeta, Flocheów zaś przy wójtowskiej personie.
— Polowy!... W wasze ręce najpierwsza!... — wykrzyknął, przepijając do strażnika, Rouget. — Powiecie nam, co to jest.
Likier miał piękną barwę złotą. Polowy ujął szklankę, podniósł, spojrzał pod światło, powąchał, wreszcie przybliżył do ust i pociągnął.
— To trunek z Holandyi — oświadczył po długiem milczeniu.
Nie dał im żadnej innej informacyi. Wszyscy Mahéowie pili teraz jeden po drugim z respektem. Trochę im się to wydawało gęste, zadziwiał ich przytem smak płynu, jakby zalatujący kwiatami. Kobietom smakował napój bardzo, mężczyźni natomiast woleliby, gdyby w nim było mniej cukru. Na każdy sposób moc trunku zrobi swoje przy trzeciej, czwartej szklance. Im więcej pili, tem bardziej im przypadał do smaku. Mężczyźni nabierali humoru, płeć piękna stawała się krotochwilną.
Tymczasem polowy, nie zważając na świeżą sprzeczkę z wójtem, krążył coraz to bliżej koło grupy zapijających się Flocheów. Większa ich beczka zawierała likier ciemnoczerwony, podczas gdy w mniejszej znajdował się biały, przeźroczysty jak woda źródlana, i ten był znacznie ostrzejszy, istny pieprz, coś, co parzyło w gębę jak ogień. Żadnemu z Flocheów nie były te trunki znane, ni ten czerwony, ni biały. A przecież znajdowali się między nimi bywalcy. Tych gniewało, że piją, acz z rozkoszą, nie wiedzieć co.
— Czekajcie no! — przerwał daremne dociekania La Queue i czyniąc z swej strony pierwszy krok, zwrócił się do strażnika: — Polowy!... spróbujcie wy!
Strażnik, który na to tylko czekał, przybrał jak na komendę mądrą minę rzeczoznawcy. Co do czerwonego objawił zdanie:
— W tem jest pomarańcza.
O białym zaś orzekł:
— To było nalewane na zioła.
Odpowiedź ta zadowolniła w zupełności słuchaczy a polowy zadarł głowę z pewną siebie postawą szczęśliwca, który nie zawiódł zaufania, jakie ogół pokładał w jego wiedzy.
Jeden tylko proboszcz Radiguet nie bardzo zdawał się być przekonanym. Chciał usłyszeć konkretne nazwy napojów! Utrzymywał, że ma je sam na końcu języka i aby je sobie lepiej uprzytomnić, wychylał kielich za kielichem, powtarzając:
— Czekajcieno, czekajcie... Już wiem... Zaraz wam powiem...
Tymczasem wesołość wzmagała się coraz więcej w obu grupach. Zwłaszcza też Flocheowie śmiali się z każdą chwilą głośniej, mięszali bowiem dwa trunki naraz, co, jak wiadomo, bardziej w rozum łaskocze. Jedni i drudzy wszakże trzymali się od siebie w oddaleniu. Nie częstowali się wzajemnie zawartością swych beczek, rzucali na siebie tylko spojrzenia pełne sympatyi, opanowani niewyrzeczoną żądzą pokosztowania trunku sąsiada, który wydawał się naturalnie lepszym. Wrodzy bracia Tuipan i Fouasse, mimo że ocierali się o siebie przez cały wieczór, ani razu, rzecz rzadka, nie przystawili jeden drugiemu do nosa pięści. Zauważono także, że Rouget i Rougetowa pili z jednego naczynia. Co się tyczy Margosi, nalewała ona kieliszki oczywiście po stronie Flocheów, że zaś szafowała trunkiem zbyt szczodrze i likier przelewał się jej na palce, więc je oblizywała raz po raz i chociaż posłuszna święcie zakazowi ojca, który surowo zabronił jej pić, była mimo to pijaniuteńka jak robotnica w czasie winobrania. A było jej z tem wcale do twarzy, wcale. Zrobiła się cała różowa, oczy jej zaś płonęły niby dwie świece.
Słońce poczęło się chylić ku zachodowi, powietrze było ciepłe jak na wiosnę. Couqueville, wypróżniwszy beczki, ani myślało na obiad do wsi wracać. Za dobrze tu ludziskom było na wybrzeżu. A kiedy zmierzch zapadł, Margot, usiadłszy na uboczu, poczuła się jak szept czyjś ciepły musnął ją w szyję zlekka. Był to Delfin, który, ogromnie wesół, krążył dokoła dziewczyny na czworakach, jak ten wilk. Powstrzymawszy cisnący się jej na usta okrzyk przestrachu, aby nie zwracać uwagi ojca, który nie zaniedbałby oczywiście kopnąć Delfina w miejsce, zdobne u prawdziwych delfinów ogonem, szepnęła wpółurażona, ucieszona w połowie:
— Idźże, idź, głupi!... Chcesz koniecznie oberwać?...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.