Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Grabarz książek
Pochodzenie Obrazki z natury
Wydawca M. Arct
Data wydania 1908
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
GRABARZ KSIĄŻEK
Może wam dziwacznym wyda się ten tytuł — lecz w gruncie rzeczy, nic on osobliwego w sobie nie zawiera.

Książka, tak jak i człowiek, ma swoje życie, ma i śmierć... W świecie bibuły tak jak w ludzkim świecie, jest arystokracja i plebs, szczęśliwa głupota i zapoznana zasługa, protegowana mierność; jest wszystko, nic nie brakuje.
Zrodzona w głowie autora, wyprawiona przez wydawcę, przeszedszy przez ręce drukarza i introligatora, książka ma przed sobą świat otwarty. Może się dostać do salonu i, wyzłocona, wspaniale oprawna, służyć do ozdoby jak mebel, może być nabyta przez ciekawego biedaka i przechodzić z rąk do rąk, z suteryn do poddaszy, dopóki się nie rozleci na strzępki; albo wreszcie pozostaje nietknięta na półce księgarskiej i pleśnieje tam, żółknie, jak stara panna, o której względy nikt się nie ubiegał, której serca nikt nie zapragnął posiąść...
Tak zapomniana sierota, w towarzystwie licznych swych siostrzyc, wyczekuje lepszych czasów nieboga, dopóki jej nowe książki z miejsca nie zepchną, bo, i w tym świecie bibuły, dla zapomnianych bywa ciasno, bo i tam również brak miejsca...
Wyrzucona z eleganckiej księgarni, z poza lustrzanych szyb i z pięknej szafy rzeźbionej, przechodzi różne suchotnicze etapy, różne stacje pośrednie, dopóki nie dostanie się do rąk grabarza, na cmentarz.
Więc opatrzona w napis «za połowę ceny» przenosi się do antykwarni żydowskiej między zatęchłe ze starości druki, na pastwę mólom i myszom; między poplamione, podarte, zmęczone kursem gimnazjalnym książczyny uczniowskie; opiera się jednym bokiem o starego «Knapiusza», drugim o wycofane z kursu romansidło francuskie i czeka zmiłowania, czeka aż ją kto kupi i do domu zabierze...
Tu jeszcze ma jakieś szanse poprawienia losu. Może przyjść jaka przedsiębiorcza dama z prowincji i, w liczbie kilku cetnarów duchowego pokarmu, nabyć ją do czytelni pacanowskiej, lub rypińskiej, może (jeżeli książka okropności w sobie zawiera) nabyć ją uczeń specjalnie do czytania pod ławką.
Ale los nie zawsze bywa miłosierny... książki nikt nie kupuje i, oto antykwarjusz powiada: precz, nie masz acani tu miejsca, świeży towar nadchodzi.
Biedna książka wchodzi w fazę podróży.
Bierze ją w swoją opiekę żydek, handlarz uliczny, specjalista od książek; wraz z innemi związuje sznurkiem, zarzuca na ramię i idzie na Ordynackie, za Żelazną Bramę, staje na ulicach, na placach publicznych i woła:
— Wielkie dzieło, uczone dzieło, mądra książka, za psie pieniądze, dalibóg!
Są wszakże tak nieszczęśliwe, tak upośledzone gienjusze... chciałem powiedzieć książki, którym nawet taka reklama nie może zrobić rozgłosu i poparcia... Biedna książka, z pleców handlarza zostaje rzucona na wielką gromadę bibuły, na cmentarzysko wydawnicze i czeka ostatecznego ciosu, który jej grabarz ma zadać.
W nieszczęściu swoim ciężkim, w agonji przedśmiertnej — tę ma ostatnią, a może i jedyną w życiu pociechę, że ginie w towarzystwie porządnym... Poważne, po większej części naukowe dzieła, obszerne traktaty filozoficzne, wyższa matematyka, prawoznawstwo, wreszcie najpiękniejsza z pięknych — poezja, zgromadziły się tutaj, odepchnięte, zapoznane przez ludzkość i czekają wielkiej hekatomby...
Nad niemi, jak duchy, unoszą się w powietrzu westchnienia autorów i przekleństwa wydawców, w których kieszeni żal nad straconą księgą przechowuje się dłużej, niż obraz zabitego na wojnie rycerza w sercu niepocieszonej kochanki.
Wielkie cmentarzyska książkowe mieszczą się w Warszawie na Nalewkach, na Dzikiej, na Gęsiej, tam wogóle, gdzie wszelkie ślady minionych świetności koncentrują się, aby zaginąć nazawsze...
Dłoń grabarza zadaje im cios ostateczny.
Znałem jednego takiego specjalistę, czułem dla niego nawet pewną sympatję, choćby ze względu na koleżeństwo w książkowym interesie. Nieraz słuchałem światłych jego uwag i spostrzeżeń, które nad zmarnowanemi książkami, niby mowy pogrzebowe nad trumną wypowiadał.
Był to mały człowiek, ze śpiczastą bródką i przenikliwemi oczami, nazywał się Załmon Meir Samowar, pochodził z arystokratycznej rodziny, gdyż jego dziadek był wielki «kobulnik», co znaczy, że się nawet na kabale rozumiał... I Załmon Meir rozumiałby się na tym interesie, ale nie miał czasu, gdyż potrzebował dać żonie piętnaście rubli tygodniowo na życie i, prócz tego, cztery ruble oddzielnie na szabas, a przy ogólnej stagnacji i upadku literatury — niełatwo jest taką sumę zarobić. Niełatwo, tymbardziej, że dziennikarstwo zabiło literaturę książkową, a przytym «bibulniki», czyli handlarze grubej, ordynarnej, szarej bibuły, także dużo w fachu grabarzy książkowych popsuli.
Dawniej wogóle czasy były lepsze i, jak człowiek wyrobił sobie jaki geszefcik, to mu nikt w drogę nie wchodził; mógł więc żyć szczęśliwie z żoną, dziećmi, wnukami... mógł zebrać dla każdego dziecka przynajmniej trzydzieści rubli posagu; ceny nikt nie psuł, wszystko szło trybem normalnym.
Dziś z powodu kolei, telegrafów, tramwajów i innych, można powiedzieć paskudnych wynalazków, cały świat się popsuł. Dziś lada jaki bałaguła, furman — albo tragarz — człowiek ordynarny, cham poprostu bez żadnego przygotowania, bez nauki, chciałby też handlować używaną literaturą, i handluje; włazi innym w drogę, psuje ceny, świat psuje...
Dziś jest niedobrze, nawet w takim interesie jest niedobrze, plunąć warto; człowiek się trzyma tego fachu tylko przez przyzwyczajenie, ot tak, żeby z głodu nie umierać.
— Proszę pana — mówił raz do mnie — szanowny Załmon Meir, — proszę pana, przez urazy! jak ja znam całą literaturę, to nawet panowie sami jej tak nie znacie. Chciałbym mieć taką kupę szczęścia, jaka kupa książek przeszła przez moje ręce! Ha! ha! wiesz pan dobrodziej, że dawniej to nie mogłem sobie z temi książkami dać rady — ja konia do literatury trzymałem!! Żebym tak dobre życie miał! ja, z przeproszeniem, w książkach po same uszy siedziałem...
— A Mickiewicza pan znasz?
— Za co ja go mam nie znać? Ha! ha, to buło osoba! Ja miałem z niego ładny zysk... ja go kupiłem całe dwanaście pudów na licytacje, na komore... A myśli pan, że ja nie znam «historje odkrycie od wynalazki?» Znam, aj waj! papier jak rzemień, zdrowy towar, piękny towar buł... «A studja ekonomiczno-socjalne» jeszcze lepszy towar... a to, a owo (tu wyliczył ze sto dzieł, których wymieniać dla łatwo zrozumiałych powodów nie wypada), ja ich znam jak moje pięć palców... Ja pana powiem, że takiego drugiego znawcę na książki, to w Warszawie się nie zdybuje... Tylko teraz, to się wszystko już psuje — a kto psuje? panowie sami psujecie!
— My!
— Nu — a kto? Kto zabił książki? panowieście sami zabili. Zrobiliście mode na gazety, przez to książek jest mniej, a co gazeta warta, co ona z przeproszeniem warta?...
— Pleciesz pan głupstwa, cały świat przyznał, że prasa to szóste mocarstwo.
— Żeby moje wrogi takie mocarstwo w plecy mieli — jak gazeta mocarstwo jest! To słabizna, gorsza od te bibułke, co na papierosy idzie; pfe, takie mocarstwo! Panowie dajecie na gazety taki papier co w nim niema kawałka szmaty, tylko, za pozwoleniem, jedna słoma i rozgotowane drewno. Czy ja się na tym nie znam? Jak kropla wody padnie, to ono się rozłazi, a jak dwa razy złożyć, to pęka na składaniu, jak przepalona skóra... Co warta jest gazeta? czy to towar? czy ona wchodzi do handlu? a panowie to rozsypujecie na cały świat...
— Grubo przeholowałeś panie Załmon.
— Aj, co ja nie wiem? ja też podróżowałem dosyć... ja bułem w Sochaczewie, bo moja żona jest sochaczewska rodzona, ja i tam widziałem gazetów... Nie, nie, pan sobie omyla! Gazeta to w handlu tyle znaczy co nic... to nie rachuje się nawet... A co się tyczy książki, to panowie też popsuliście cały ruch.
— W jaki sposób?
— Bardzo prostym sposobem. Jak się zrobiło mode na gazety, to ustało mode na książki, a choć nie całkiem ustało — to zawsze zmniejszyło się. Ja wiem najlepiej całe dyfyrencję tego interesu. Mądre ludzie naprzód powiadali, że tak będzie... Jak mojemu dziadkowi, temu co buł tak wielki «kobulnik» pokazali koleję żelazną, to un, za pozwoleniem pańskim, splunął i powiedział, że to będzie zguba świata — a jak on raz zobaczył gazetę, to, przez obrazy pana, on także splunął i powiedział do mnie: Załmon Meir, to będzie zguba twego interesu — załóż ty lepiej szynk na Muranowie...
— Dlaczegożeś pan tego nie zrobił?
— Masz pan dobrodziej rację dlaczego ja tego nie zrobiłem? Mnie było markotno od szlachetny interes, od literaturów, od książków — przerzucić sobie do szynku, między różne złodzieje i pijaki. To dla mojej osoby nie pasowało — i pieniędzy na szynk też nie miałem, bo to duże pieniądze potrzeba. Zostałem przy swoim i płaczę, bo paskudny czas nastał, — a te pisarze, drukarze, księgarze to dziś nawet porządnej książki nie potrafią już zrobić.
— Czy pan czytujesz książki?
— Ha?! czy ja czytuję, ma się rozumieć, że czytuję, w szabas czytuję, w święto... ale to, co ja czytuję, to nie jest z mojego towaru.
— A cóż to jest?
— Książki — ha! ha! jakie książki, nasze książki, co się do nabożeństwa należy — więcej to ja nie czytuję, na co? jaki mnie z nich pożytek?...
— Skądżeż pan tedy wiesz, że teraźniejsze nasze książki są do niczego.
— Ja panu zaraz wytłumaczę; patrz pan, rzekł biorąc do ręki arkusz druku, złożony w małą szesnastkę, patrzaj pan, co komu z tego za pożytek?
— No — przeczyta ktoś...
— Ja pytam o pożytek, a pan mówi o czytanie! To co innego, a tamto całkiem co innego jest... Ja panu powiem, jak trzeba robić dobre książki, porządne książki, jak się należy książki, ja panu wytłumaczę cały sekret...
— Szanowny panie Załmon Mejer, powiedz-że co prędzej, taka cenna rada to skarb, to majątek!
— Nie kpij pan sobie od biednego żydka, który chce żyć i panom chce dać zarobić... patrz pan, to jest arkusz papier...
— Tak.
— Widzi pan, to trzeba wybrać taki format, żeby, jak się sklei dwa karty, żeby buło kwarte, cztery — to pół garniec, a ośm, — to cały garniec! Taka książka nigdy się nie zmarnuje, ja pierwszy będę na nią kupiec.
— Jak to kwarta? pół garnca? co pan opowiadasz?
— Aj waj! ja nie wiem, za co panowie macie takie ciężkie głowy, trudne do pomyślenia. To taka prosta rzecz — dać taki format, żeby jak się sklei dwa kartki, wlazła między nie kwarta grochu, kwarta mąki, czy kwarta kaszy naprzykład — taka książka zawsze się sprzeda... ja pana powiadam, na moje sumienie, że ona zawsze się sprzeda.

. . . . . . . . . . . . . .


Pożegnałem grabarza książek i opuściłem fatalne cmentarzysko myśli ludzkich, zaklętych w stosy bibuły — opuściłem, rozmyślając nad tym, co mi szanowny Załmon Meir Samowar, ten niezaprzeczenie wielki znawca literatury, powiedział!
Niejednę piękną myśl marzyciele i poeci na cmentarzach znaleźli, stamtąd wynieśli oni wiele wzniosłych sentencji o znikomościach rzeczy ludzkich, mnóstwo pięknych poglądów o marności trudów naszych, starań i zabiegów! Marzycielom wtórowali w dumaniach grabarze, posiwiali starcy, z brodami do pasa, z czaszkami jak u trupów nagiemi.
Załmon Meir nawet na cmentarzysku, wśród drukowanych szczątków ludzkich idei znajduje myśl praktyczną, nie zastanawia się nad marnościami — ale uczy, jak spreparować to, co z góry na śmierć skazane — żeby jeszcze i z tego praktyczną korzyść osiągnąć... to też Załmon Meir ma zawsze swoje piętnaście rubli tygodniowo — a prócz tego, jeszcze oddzielne cztery ruble na szabas...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.