Jednostka i ogół/Cnotliwa rodzina

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Nałkowski
Tytuł Jednostka i ogół
Podtytuł Szkice i krytyki psycho-społeczne.
Data wyd. 1904
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Cnotliwa rodzina.


Młody autor Stefan Kempner napisał dramat[1], który jest zdarciem obłudnej maski z pewnej sfery objawów społecznych; mianowicie z „miłych i sympatycznych“ naszych stosunków teatralno-prasowych, no i rodzinnych. Są tu aktorki i ich troskliwi rodzice, są utytułowani profesorowie sztuk pięknych i „profesor“, pisujący sprawozdania z teatru — pożyczający pieniądze od protegujących i chwalący protegowane. Akcya odbywa się na tle życia pewnej rodziny, a że u nas z pojęciem rodziny wiąże się zawsze pojęcie świętości i cnoty, sądzę więc, iż autor powinien był dać swej pracy tytuł: „Cnotliwa rodzina“.

Zaraz też na początku sztuki widzimy pokój, w którym stoi klęcznik — widocznie mieszka tu rodzina pobożna. Gospodarz, ojciec rodziny, Borski, rozmawia przy czarnej kawie ze swym gościem, „profesorem“ Grodeckim i mityguje go w jego narzekaniach słowami: „Wszystko należy robić spokojnie jak Bóg Najwyższy przykazał“. Źródło tej rezygnacyi religijnej Borskiego wyjaśnia się nieco z odpowiedzi Grodeckiego: „łatwo to panu mówić, bo z tańców ma pan dosyć; córki zarabiają także“. Na to poczciwy Borski daje mu przyjacielską radę: gdyby profesor chciał, to mógłby u mnie grywać na tańcach. Będzie profesor miał za sobą młodych i da profesor koncert. Na skłaniającą się odpowiedź Grodeckiego ściska mu ręce, dodając: „profesor zawsze był artystą!“
Pani Borska, Antonina, właścicielka klęcznika, jest widocznie kobietą pełną cnót rodzinnych; chodzi często z panienką (Heleną), do kościoła i składa swe troski i wątpliwości w konfessyonale; ostro też moralizuje służącą (Małgorzatę), której widać „za mało było jednego bachora.“
Pani Borska, jest naturalnie dobrą matką, troszczy się widocznie nawet o spokojny sen swej córki aktorki, Heleny, albowiem żywo protestuje, gdy służąca chce łóżko, przygotowane dla drugiej córki, Zofii, studentki, przyjeżdżającej z Paryża, wstawić do pokoju Heleny.
Swoją drogą „protektor“ Heleny, baron Holtz, wchodząc do pokoju, odzywa się do tej cnotliwej matrony: „I cóż moja stara? — Helena jest?“ Poufały ton Holtza ze „starą“ ma źródło nie tylko w jego obecnej „protekcyi“ dla Heleny: dom Borskich ma widocznie dobrą tradycyę, bo Holtz odzywa się później (złośliwie): „kiedym był młody“ gustowałem w przyjaciółkach starych“, a dziś kiedym stary, lubię przyjaciółki młode“. Gdy Holtz wymawia „starej“, że Helena zaczyna go zaniedbywać dla innych wielbicieli „talentu“, matrona odpowiada z godnością: „Proszę pana barona, jeżeli człowiek bogaty, człowiek przyzwoity, pozna mojego męża i chce z nami zjeść jeden obiad, za który płaci, to mu nie można odmówić; Helena nawet go nie widzi. Nasza córka nie jest znów taka ostatnia, żeby mówić z pierwszym lepszym. Ona też ma swoją ambicyę“.
Przybycie Holtza wobec spodziewanego przyjazdu Zofii, wprawia pobożną matronę w kłopotliwe położenie. „Zofia, mówi z pożałowaniem Borska do Holtza, jest trochę dziwna — mogła zrobić karyerę, bo przystojna jest“ — Baron zresztą jest człowiekiem zasad liberalnych: „ja zawsze, mówi, sprzyjałem emancypacyi. — Przeciwko wolnej miłości nie powstaję“.
Tymczasem Zofia przyjeżdża a Borscy z Heleną muszą grać przed przybyłą studentką komedyę cnoty. Jest to rzeczą tem trudniejszą, że prócz Holtza przybywa drugi protektor sztuk pięknych, hrabia Nikin ze swą protegowaną, Zuzanną. Borski serdecznie zaprasza do towarzystwa Warskiego, przyjaciela Zofii, który umyślnie skłonił ją listownie do przyjazdu, aby poznała całą gorzką prawdę. Borski przytem szczyci się, że jest „szlachcic herbu Gozdawa“ i pije „polską gorzałę“! Estetyczną Helenę razi ta prostota „gorzały“, ale na to Borski, znający wartość swej córki, robi jej, tchnącą żalem, uwagę: „jeżeli ci żal ojca, to zrób, aby w domu strzelały buteleczki ze srebrnymi kapturkami“.
Gdy Zofia, odczuwająca instynktowny wstręt do tego towarzystwa infamisów, nie mogąc wytrzymać w tej dusznej atmosferze, wstaje, mówiąc „chcę być sama“ i wychodzi do swego pokoju, Holtz uważa to za objaw niedobry: „ja się na tem znam, to pachnie anarchią“. Borski uspokaja go, że nasze powietrze (moralne!) wpłynie na zmianę jej usposobienia“.
Ponieważ hrabiemu Nikinowi Zofia bardzo się podobała, więc Borski chwyta w lot tę okazyę, aby i na drugiej córce coś zarobić. Natrąca, że jego „interesy świetne nie są“, że edukacya córki drogo kosztuje itp. Uzyskuje tym sposobem od Nikina 1000 rubli (bo, jak mówi altruista Nikin, „musimy sobie dopomódz“) i w uniesieniu szlachetnej wdzięczności, chce go za to pocałować w rękę.
Tymczasem Zofia, rozmyślając samotnie, oryentuje się w sytuacyi: zrozumiała wreszcie, że pieniądze, jakie jej przysyłano na kształcenie, pochodzą z hańby jej siostry i rzuca ojcu te słowa: „ta siostra, dzięki której kształciłam się... moja siostra... moja siostra jest kobietą utrzymywaną!“
Borski, człowiek wytrawny, nie daje się zbić z tropu i przemawia do niej, jak pedagog i kaznodzieja: „psujesz sobie krew i o nic. To, czego nie możesz pojąć, jest takie proste, takie zwyczajne, że za chwilę nic cię to dziwić nie będzie. — Wy młodzi chcielibyście odrazu mieć rozum starych“... „twoja siostra jest śpiewaczką i musi mieć stosunki. Artystka z wyższemi dążeniami (!) musi mieć protektorów“. „A taki baron? — przecież to chyba zaszczyt, że do nas przychodzi. Nazywają go królem mecenasów sztuki. Czy ty wiesz co to znaczy? kobieto! na Boga wszechmogącego upamiętaj się! Coś ty wyrzekła!“... Odżegnaj tę moc, co cię prowadzi do przepaści“ (prawdziwy kaznodzieja, gromiący bezbożność postępowców!“
Naiwna Zofia daje się na razie obałamucić, a Borski mówi patryarchalnie: „Miejmy nadzieję w Bogu i kochajmy się, moje dzieci!“
Pod wpływem tego Zofia zaczyna się dostrajać do towarzystwa, lecz spotkanie Holtza w zamkniętym pokoju Heleny, do którego musiała się dobijać, otrzeźwiło ją i uświadomiło. Tymczasem Zuzanna rozwścieczona na Zofię, że zwróciła na siebie uwagę Nikina, chce zrobić u Borskich skandal; scena sam na sam między nią i Nikinem uderza silnie swym brutalnym realizmem; ona mówi mu w końcu: „ja ciebie przez rok żywiłam“ (był dawniej w kłopotach), na co on rzuca jej hrabiowskie: „ścierwo!“ Następnie rozwścieczona Zuzanna wpada na Zofię, wołając: „chodząca świętość — jak jej siostra, utrzymanka barona!“ Podczas, gdy po takim ciosie, Zofia w swym pokoju szarpie się, walczy z rozpaczą, Borski, spojony przez barona, przyprowadza Holtza w nocy do Heleny, która zaczęła go zaniedbywać. Przytem Borski pysznie po pijanemu przemawia do barona: „dałem panu słowo i będzie ją baron miał, a jako żem jest z prawa natury ojciec rodziny, to mi, bracie, winieneś respekt. Jaśnie wielmożny panie baronie, pójdzie baron do jej pokoju i tam baron zaczeka... te kolczyki, które baron kiedyś kupił są zastawione... Nie zrób tam baron Heli krzywdy... Przecieżem szlachcic, mam honor, mam krew. Idź bracie, idź, bom ci dał moje słowo“, (ot co się nazywa verbum nobile!) Tymczasem z pokoju Zofii pada strzał. Wszyscy przerażeni sądzą, że się zabiła i biegną tam; po chwili kobiety wychodzą, podtrzymując Zofię — zwolna podnosi ona głowę i mówi. — Nie, ja przejrzałam, żyjmy i szukajmy“. — „Małgorzato, przygotuj mi walizkę“. Nikt tego „przełomu“ nie może zrozumieć, a pijany Borski woła: „zwaryowała, zwaryowała!“
Oto treść dramatu.
Typy ujemne schwycił autor znakomicie, w całej krasie ich podłości; tętnią one prawdą, życiem; są to wspaniałe — kanalie. Szczególniej wspaniały jest Borski z jego „honorem“ szlacheckim, pobożnością, patryotyzmem, patryarchalnością — to prawdziwie wzorowy ojciec rodziny! Typy dodatnie nie dorównywają ujemnym: Zofia w swem oburzeniu jest dość blada, chwilami nawet ulega wpływowi otoczenia, dostraja się do niego, mówi jego żargonem. Warski jest też niewyraźny. Wskutek tego konflikt między temi dwiema kategoryami typów nie dosięga zbyt wysokiego stopnia natężenia. Wolelibyśmy, aby było inaczej, ale stając na stanowisku autora, nie można mu z tego zrobić zarzutu. Autor stoi widocznie na stanowisku realistycznym: utwór jego jest nadzwyczaj wierną fotografią zdjętą z pewnej sfery życia, a raczej z jej najbardziej typowych objawów; kto zaś chwyta objawy życia z wiernością fotografa, czy też wybornego obserwatora, ten musi naturalnie chwytać przeważnie typy ujemne, albowiem takich typów jest więcej niż dodatnich; przytem pierwsze przedstawiają się jaskrawiej nawet w swym stanie codziennym, normalnym; typów zaś dodatnich, zwłaszcza nie takich „przeciętnych“, jakie przedstawił autor, jest nietylko mało, lecz i nie zawsze obserwować je można we właściwych i charakterystycznych objawach: są to chwile rzadkie, chwile porywu, walki wybuchu. Aby więc takie typy schwycić na swej kliszy, trzeba uczynić bardzo wiele zdjęć fotograficznych, albo też trzeba w ogniu życia przetworzyć się z obserwatora w bojownika i dedukować te typy z swej własnej natury. Zresztą nie można odmówić twórcy prawa pewnej predylekcyi do typów ujemnych: każdy człowiek wrażliwy, którwmu duszno śród ludzkiego bagna, chwyta z rozkoszą i ujawnia kanalie — jak człowiek, nie cieszący się snem chłopskim, chwyta z rozkoszą pluskwy.
Co do tendencyi, to naturalnie wobec tego, co powiedziano wyżej o charakterze utworu, nie może być mowy o jakiejś tendencyi z góry postawionej, do której autor nakręcałby swe typy; ale w każdym utworze, przedstawiającym wiernie typowe objawy życia, musi tkwić tendencya immanentna, bo nic nie dzieje się bez przyczyny i nie przechodzi bez pozostawienia skutków. A zatem i tutaj objawy typowe przedstawiają się jako skutki praw ogólnych danego układu stosunków; wychodzą tu na jaw zasadnicze sprzeczności, tkwiące w obecnym układzie społecznym, wobec którego jedni podlą się z powodu braku, drudzy — z powodu nadmiaru; wobec którego nawet lepsza jednostka, jeżeli nie jest bohaterem, dążąc do celów dodatnich, musi ku nim stąpać po błocie, musi się też spodlić, jeżeli nie bezpośrednio, przez to, że musi wejść w zależność od tych, którzy się podlą. A więc kto chce np. zostać uczonym, artystą i t. p. ten, jeżeli nie posiada sił nadludzkich, musi albo zginąć, albo zostać szubrawcem; jeżeli naturalnie nie był szczęśliwym szubrawcem à priori — szubrawcem dziedzicznym. Można bez przesady powiedzieć, że w danym układzie tkwi dążność do takiego rezultatu: im znakomitszy uczony, im większy artysta, tym większy — szubrawiec! (nawet i dziś już możnaby na to odszukać przykłady).
Naturalnie, że utwór, odznaczający się takim „wstrętnym, plugawym, niezdrowym“ realizmem, nie przypadnie do wykwintnego smaku „naszych znanych“. Według naszej „sympatycznej“, no i popłatnej, recepty, rodzina przedstawia się w literaturze w ten sposób mniej więcej, iż żyje ona cnotliwie, schludnie i szczęśliwie przy 30 rublach miesięcznego dochodu (choć wiadomo, że z tego kamienicznik za jedną izbę zedrze więcej niż połowę). Uboga młoda dziewczyna przedstawia się jako zarabiająca szyciem na utrzymanie rodzeństwa, wzbudzająca mimo takiej pracy zapał miłosny w młodym uczonym, któremu pomaga w dokończeniu studyów zagranicą. Baronów zaś i hrabiów przedstawia się jako filantropów, zajętych wraz z altruistycznym księdzem — ochronkami, oraz wyświadczaniem przeróżnych łask biedakom „niezaradnym“; albo, jako mecenasów, poświęcających pracę i mienie na ołtarzu dobra publicznego. Jednem słowem przedstawia ich się tak jak wyglądają np. w „poczciwych“ powieściach p. Gawalewicza lub w „zacnych“ pojęciach p. Borskiego.





  1. Przełom. Dramat w trzech aktach. 1899.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Nałkowski.