Otwórz menu główne


Klucze • Bruno Jasieński
Klucze
Bruno Jasieński

"A ja tobie powiadam: iżeś ty jest opoka,
a na tej opoce zbuduję kościół mój,
a bramy piekielne nie zwyciężą go.
"I tobie dam klucze od królestwa niebieskiego.
"A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebiesiech,
a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech.
Mateusz XVI.
"...i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy..."
Mateusz VI., Łukasz X.

 
1.
 
        Krucyfiks był stary i bardzo zniszczony. Powiadano, że mógł mieć ze sześćset lat.
Wisiał we wnęce zaraz przy wejściu do kruchty.
Zrobiony był z drzewa, co od starości stwardniało i zamieniło się w kamień, że niepodobna było już rozeznać gatunku; wysokości nieco większej od człowieka.
Chrystus na nim wyobrażony, sczerniały i wyschnięty, przymocowany był do krzyża trzema ogromnymi ćwiekami.
Ale najciekawsza była twarz Chrystusa - twarz ani trochę nie podobna do tych uduchowionych oblicz, z jakimi malarze Odrodzenia przedstawiają Go na swych płótnach. Była to twarz zbira, potwornie brzydka, o czarnych, głęboko wpadniętych oczodołach, o strasznym, złym wyrazie skamieniałym w rysunku wydatnych zwierzęcych szczęk, twarz zakrawająca bardziej na bluźnierstwo, niż na świętą podobiznę.
Mnich, co ją wyrzeźbił, musiał być opętanym, lub strasznym grzesznikiem i wykuł w niej całą swoją złą do dna pajęczą duszę.
Nogi wytarte do połowy przez pocałunki pobożnych ust były sztywne i kościste, jak nogi trupa.

2.

Ksiądz dziwnie nie lubił tego krucyfiksu.
Od samego przyjazdu do parafii, gdy miał jeszcze dopiero lat trzydzieści, poczuł przed nim niezrozumiały, zabobonny lęk i nienawiść, która rosła z każdym rokiem.
Ilekroć, idąc odprawiać mszę, musiał przejść obok wnęki, zawsze żegnał się bardzo szybko i przyspieszał kroku.
Siedział tu już dwadzieścia kilka lat, z kościołem i wsią zżył się, kiedy proponowano mu awans i lepszą parafię - odmówił. Tylko stosunek do krucyfiksu w kruchcie nic się od dnia przyjazdu nie zmienił.
W parafii swej nie był lubiany.
Wiedziano o różnych jego sprawkach i szeptano o nich po cichu.
Wszyscy wiedzieli, że z gospodynią, co umarła zeszłej jesieni, miał dwoje dzieci: syna i córkę, których kształcił w mieście.
Dla parafian był ciężki i nieustępliwy.
Sknera, dusigrosz, żałował za wzystko, nie odróżniając bogatych od nędzarzy.
Sympatji u parafian nie miał, wiedział o tem dobrze, i to go czyniło jakby jeszcze bardziej bezwzględnym.
Chudy, barczysty mężczyzna o zapadłej klatce piersiowej, suchotnik, pomimo lat pięćdziesięciu kilku trzymał się jeszcze dobrze. - Milczący i ponury, o twarzy wychudłej i zczerniałej, o głęboko osadzonych, błyszczących oczach, sprawiał wrażenie człowieka rozkładanego chorobą.
I szczególne - rzecz, której zdaje się nikt nie zauważył: ta chuda, zapadnięta twarz o fosforyzujących oczach wyrazem swoim przypominała twarz Chrystusa w kruchcie.
    Czy ksiądz widział to podobieństwo i dlatego nie lubił krucyfiksu?
    Zdaje się, że nie.
Właściwie tak bardzo posunął się dopiero w ostatnich latach, a jesień tego roku była cięższa i przykrzejsza od innych.
    Deszcz padał ciągle i powietrze stało się mgliste i wilgotne.
Na chorobę swoją nie zwracał nigdy uwagi. Przyzwyczaił się do niej od tylu lat, że stała się już jakby częścią jego samego.
    Ale zdarzyło się raz, że, odprawiając mszę, od śpiewu dostał nagle strasznego krwotoku.
Spadł ze stopni i upuścił kielich.
Przeniesiono go na plebanję.
Krwotok długo nie ustawał.
Kiedy przywieziony z miasteczka lekarz zatamował krwotok - ksiądz był zupełnie wyczerpany.
Leżał nawznak, żółty jak ornat i z trudem oddychał.
Lekarz zapisał proszki, kazał leżeć w łóżku, broń Boże nie wychodzić, a jak tylko deszcze ustaną - wyjechać.
Gries - Davos - Zakopane...
Pieniądze wziął i odjechał.
Ksiądz leżał dwa dni.
Na trzeci dzień wstał i poszedł odprawić mszę, jak zwykle, rano.
Osunął się bardzo.
Chodził o lasce i głośno kaszlał.
Twarz mu się jeszcze bardziej zapadła i zżółkła.
Wyglądał jak upiór.
Tak minęło parę tygodni...

3.

Jednej nocy, kiedy deszcz lał od wieczora strumieniami, do plebanji zaczął się dobijać chłop.
Przyjechał po księdza do położnicy.
Baba umierała.
Ksiądz klął głośno, ale ubrał się i pojechał.
Deszcz lał zimny i bezustanny.
Wioska była daleko.
W drodze przemokli do nitki.
Wprowadzono go do czystej, zamożnej komory.
Baba dogorywała.
Zobaczywszy księdza, podniosła się na poduszkach i przupadła mu do ręki.
Zaczęła się spowiedź:
- Dziecko, com go porodziła, nie jego, nie mężowe - skomlała baba.
-Wyznaj mężowi - rozkazał ksiądz.
- Laboga... nie wytrzyma... dzieciom krzywdę zrobi i sobie... taki już hambitny...laboga - zawodziła baba.
- Zawołajcie męża - kazał ksiądz.
Wszedł chłop blady, barczysty i stanął przy łóżku.
- Mów - rozkazał ksiądz.
Baba uniosła się na poduszkach.
- Waluś - skomlała - przed sąd boży idę. Bóg mnie sam pokarze, wszystko ci powiem, jak na świętej spowiedzi.
    Zająknęła się dla złapania tchu, potem zaczęła mówić prędko i wyraźnie.
- Dziecko, com urodziła, nie twoje, Wicka Szymczaka, Waluś, odpuść, na sąd boży idę...
- Baśka także samo nie twoja, dziedzicowa. Waluś, pamiętaj o sirotach. Dzieci nie mogłeś mieć, to ci się i nijaka krzywda nie stała...
    Chłop stał biały, jak sufit i nic nie odpowiadał.
    Ksiądz nałożył sakramenta.
    Zaczęło się konanie.

4.

Po powrocie do domu dostał krwotoku jeszcze dłuższego, niż pierwszy.
Przywieziony lekarz zastrzyknął żelatynę.
Mówił surowo, zabronił wstawać, zapisał lód i proszki.
Na odjezdnem dorzucił:
- W góry teraz jechać się nie opłaci. Czas zły. Trzeba poczekać do wiosny.
Ksiądz zrozumiał.
Nie mówił nic.
Leżał bez ruchu dwa dni, na trzeci wstał, jak za pierwszym razem i poszedł odprawiać mszę.
    Dowiedział się wtedy przypadkowo,że baba, u której był w nocy, umarła, a chłopa z żałości opętało.Zabił w nocy siekierą oboje dzieci, a sam się obwiesił na belce w stodole.
Od tego rana jeszcze bardziej się osunął i cofnął w siebie.
Przestał spowiadać, zasłaniając się chorobą.
Msze odprawiał tylko regularnie, jak dawniej.
Oczy zapadły mu jeszcze głębiej, a szczęka powleczona samą skórą wysunęła się naprzód.
Ludzie, co go spotykali, żegnali się zabobonnie i długo spoglądali za nim wślad.
We wsi powiadano, że ksiądz do zimy nie pociągnie i że przed śmiercią gryzie go sumienie.
Deszcze padały ciągle długie i ulewne.

5.

    Jednej nocy takiej samej, jak tamta, do plebanji zakołatał chłop po księdza. Baba przy dziecku umierała.
Otworzył mu sam i długo patrzał w chłopa rozwartymi oczyma, aż się ten zaniepokoił czy ksiądz nie słaby.
Ale zaraz w obawie, że może nie zechce jechać, zaczął zawodzić, że kobieta umiera.
Jakże tak pomrze bez księdza.
Konie sa dobre i niedaleko.
Ksiądz długo nie odpowiadał. Potem powiedział: czekaj! - i poszedł w głąb plebanji.

6.

Przed Chrystusem w niszy paliła się cały rok mała oliwna lampka.
Kiedy ksiądz wszedł do kruchty było prawie ciemno, tylko wąska smuga światła od lampki łamała się ze zmrokiem pykając i przygasając.
Na dworze lał deszcz, bębnił po blasze kościoła, a chłodny ostry wiatr dzwonił w szyby i kołatał drzwiami.
Ksiądz runął krzyżem i długo leżał bez słowa, potem wstał na kolana blady jeszcze bardziej i mówić zaczął:
- Nigdym cię, Panie, za siebie nie prosił, choć nieraz źle mi było. Tyś to widział i pamiętasz.
- Żyłem jak pies i takoż umieram.
- Moja wina! Moja wina! Moja bardzo wielka wina!
- Ale oto umiera człowiek bez księdza i czeka na słowo Boże.
- Jakoż mogę grzechy jego odpuścić, skorom sam pełen grzechu i winy!
- Parafjan okradałem.
- Dla nędzarzy nie było w domu moim litości.
- Wdowy i sieroty krzywdziłem
- Słowem Bożem frymarczyłem.
- Moja wina! Moja wina! Moja bardzo wielka wina!
Wiatr szamotał się za oknami i tłukł o bramę, krople deszczu dudniły po dachu.
- Z gospodynią dzieci miałem.
- Pieniądze kościelne kradłem. - Charczał ksiądz.
- Dwoje sierot i ojca mam na sumieniu. Jakoż mogę człowiekowi, który umiera, grzechy odpuścić?
- Panie, oczy moje nie godne są widzieć cudu, o który cię proszę, ale oto umiera człowiek i czeka na słowo Twoje.
 - Panie, weźmij płaszcz mój i idź!
    Runął łbem o podłogę, aż jękły płyty, i długo leżał bez ruchu nie podnosząc głowy.
Kiedy podniósł ją, usta miał już pełne krwi.
    Chrystus wisiał nieruchomy z głową nieco na bok przechyloną, milczący i kamienny.
- Panie, ciężar ponad siły włożyłeś na barki sługi Twego. - Widzisz, upadam.
- Człowiek jestem, jakoż mogę rozwiązywać, co ludzkie?
- Panie, weźmij z powrotem łaskę Swoją, którąś nas obdarzył.
- Powiedziano jest w piśmie: co Bożego - Bogu.
- Człowiek jestem i unieść nie mogę.
Runął jeszcze raz na podłogę i długo leżał nieruchomy i cichy.
Krew zaczęła mu się sączyć ustami i nosem.
Kiedy wstał - był umazany krwią i straszny.
- Nie chcesz?! - krzyczał.
- Męką jednej śmierci fizycznej chciałbyś świat odkupić?
- Obdarowałeś nas kluczami, których sam udźwignąć nie możesz i chcesz, abyśmy my je za ciebie dźwigali?!
- Nie chcę twoich kluczy!
- Masz, ciskam ci je zpowrotem!
Zaczął zdzierać ze siebie suknie kapłańskie i rzucać zmiętw do stóp krucyfiksu, aż stanął zupełnie nagi, chudy i wyniosły.
- Za to, żeś był bez serca i człowiekowi czekającemu słowa Bożego, jak psu zdychac pozwolił, ja , robak, biorę na siebie mękę Twoją, a ty pójdziesz i poniesiesz krzyż mój.
Poszedł nago do zakrystji i po chwili wrócił stamtąd, niosąc młotek, gwoździe i obcęgi.
Potem wlazł na parapet niszy i obcęgami zaczął wyrywać ćwieki, przygważdżające Chrystusa.
Ćwieki od starości wrosły już w drzewo i nie puszczały.
Szamotał się z nimi długo, krew ściekała mu z ust na podłogę, zbierając się w dużą czarną kałużę.
Wreszcie puściły.
Gdy wyjął trzeci, zdjął Chrystusa i położył go na ziemi.
Ciężki był, jak z ołowiu, a wystające drzazgi pokrwawiły mu ręce.
Wtedy podniósł młotek i gwoździe i jeszcze raz wlazł do niszy, a umieściwszy lewą rękę tam, gdzie umieszczona była poprzednio ręka Chrystusa, przytknął do niej gwóźdź i przytrzymując go zakrzywionymi palcami, uderzył młotkiem.
    Skręcił się z bólu, ale bił jeszcze i jeszcze, póki gwóźdź po łeb nie zniknął w przegubie.
    Wtedy nagle krew rzuciła mu się ustami i zawisł na przygwożdżonej ręce ziejący i siny...

7.

    Kiedy chłop oczekujący na dworze zaczął się już niepokoić i ponownie pukać do plebanji, zobaczył księdza, wychodzącego z kościoła w kapturze nasuniętym na oczy.
    Pomógł mu wsiąść na wóz.
    Deszcz lał jak z cebra.
    Do położnicy okazało sie dosyć daleko.
    Kiedy przyjechali, było już dobrze po północy.
    W komorze na łóżku dogorywała baba.
    Oddychała już ciężko i z trudem chwytała powietrze.
    Ksiądz musiał się nachylić do samych ust, aby coś usłyszeć.
    ...zeszłej jesieni... Wicek - mąż... wrócił z wojska... Miałam dziecko z Józkiem... kochaliśmy się... tam... za stodołą... z Józkiem... siekierą... aaa!.. - skomlała baba.
- Żałujesz za grzech? - pytał ksiądz.
 - Juści... wiem, że grzych... męża zabić... pewnie... ale żałować nie żałuję... Bił mnie zawdy... katował... słowa dobrego nie dał...
- Skoro nie masz skruchy, kobieto, jakiż twój grzech? Odejdź w pokoju.
Baba patrzyła w księdza szeroko rozwartemi oczami.
Po chwili zaczęła skomleć.
- Jakto?... tak?...przez odpuszczenia?... na potępienie wieczne?... o Jezu!... dyć zmiłujcie się!...bił mnie... ja nie winowata... o Jezu!...
- Powiadam ci, kobieto, jakiż grzech twój, skoro skruchy po nim nie masz? Odejdź w pokoju.
    Ale baba uczepiła się ręki księdza i wpatrywała się w niego z przerażeniem.
...Na sąd Boży idę... jakto?... tak...przez odpuszczenia?... dyciem krześcijanka... odpuśćcie!... dyć umieram...
    Otworzyły się drzwi i wszedł nimi blady, przystojny chłop z latającemi oczyma.
Widac było, że słuchał wszystkiego pode drzwiami.
- Ona nie winowata, ja winowaty - podszedł do księdza - Umierającej nie odpuścicie? Widzicie - odchodzi...
- Powiadam wam, ludzie, cóż za grzech wasz, skoro skruchy po nim nie macie? Odejdź z Panem.
Wtedy chłop podszedł do księdza i wziął go łapami za bary, ale w tej samej chwili runął, jak rażony piorunem.
 Ksiądz wyszedł.
...laboga...przez odpuszczenia...laboga - konała baba.

8.

Gdy nazajutrz rano dziad kościelny poszedł do kościoła zapalać świece, wybiegł stamtąd ze strasznym krzykiem i pognał ku wsi, wymachując rękami.
Niczego nie można się było od niego dowiedzieć.
Krzyczał tylko straszliwie i wymachiwał rękami w stronę kościoła.
Zebrała sie gromada gospodarzy i poszli za nim.
W kruchcie, na krzyżu, we wnęce, zamiast Chrystusa, przybity za jedną rękę wisiał ksiądz zupełnie nagi, siny i skurczony.
Z ust zwieszały mu się sople skrzepłej krwi, którą zachlustana byla cała podłoga.
    Na ziemi obok krzyża leżały: młotek, gwoździe i obcęgi.
    Drewnianego Chrystusa nigdzie nie znaleziono.