Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 238

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 238, dnia 22 października

Ogólne i specjalne skutki wichru. - Uroczystość rozpoczęcia biegu tramwajów i narodzenia się wyrazu „kolejnice". - P. Prezydent jako szachista; opis jego partii z Towarzystwem Desauskim. - Szczęśliwe zakończenie walki o piwo między p. Jungiem i drem Weinbergiem. - Miniona działalność Komisji Sanitarnej i przyszłe skutki instrumentu zwanego „uzdrawiaczem". - O niedogodnościach letnich wakacji w Rymanowie. - Tajemnice pobytu Gambetty w Warszawie.


Tydzień, który udało się nam przeżyć, był obfity w wypadki: meteorologiczne, higieniczne, polityczne i społeczne, nie licząc policyjnych, bo te - nigdy nas nie zawodzą.

Do wypadków meteorologicznych należy - wielki uragan, który w Anglii tłukł okręty, ale w Warszawie, zarówno jak i w innych słowiańskich dzielnicach, poprzestał na zrywaniu szyldów i łamaniu gałęzi, już poprzednio kwalifikujących się do obcięcia. Drobne te szkody są wymownym świadectwem od dawna znanej prawdy, że nasza wzajemność słowiańska trzyma się, dzięki Bogu, mocno pomimo wszystkiego, co mówią nieprzyjaciele.

Swoją drogą wicher był silny. Słyszałem, że w samej Warszawie zdmuchnął on pewną liczbę serc, takąż samą liczbę kapeluszy, a jakiemuś mężowi młodej i podejrzliwej damulki nie pozwolił wrócić do domu wcześniej, aż - na drugi dzień rano. Okoliczność ta stała się nawet powodem sceny małżeńskiej, zakończonej przecie w sposób o tyle pokojowy, o ile zgodny z radami Kościoła i wymaganiami prawa.

Nie dosyć na tym. Tyle razy wymieniony wicher ułatwił stróżom zamiatanie ulic, a dorożkarzy skłonił do natrętniejszego upominania się na piwo przez cały następny tydzień.

Powiadają dalej, że jeden z „naszych współczesnych", który ma zwyczaj nie domykać ust, idąc pod wicher - wydawał rzewne tony fletowe. Dodają nareszcie, że gdyby nie obcisłe stroje dam, to ludzie dojrzali mieliby w tym pamiętnym dniu wiele ukontentowania, a młodzi - byliby pochopniejszymi do sakramentu małżeństwa.

Do wypadków warszawsko-społecznych należy przede wszystkim doniosły fakt otworzenia komunikacji tramwajowej albo, jak chce mieć p. Prószyński, kolej-nicowej. Wyraz ten wydaje mi się o tyle trafny, że istotnie nasza konna kolej była nicowana przez prasę. Przez chwilę zdawało się nawet, że między dwiema tymi potęgami dojdzie do zerwania i walki; prasa bowiem pisywała artykuły coraz krótsze, a zarząd „kolei-nicowanych" odpowiadał jeszcze krócej. Szczęściem, zażegnano burzę - i - pewnego dnia - świat ujrzał budzące szacunek figury przedstawicieli prasy w objęciach wagonów konnych, przystrojonych w wieńce i chorągiewki, symbole sławy i niewzruszoności zasad.

Cała ta olimpijska grupa była naprzód podziwiana przez Żydków na Muranowie, później przez tak zwanych „łobuzów" na placu Zygmunta, następnie przez kamelie z Nowego Światu i wreszcie - utonęła w znanych ze słowiańskiej gościnności sałonach Doliny Szwajcarskiej, gdzie już do szczętu rozwiały się chmury nieporozumień.

Od tej chwili tramwaje oddają usługi publiczności, choć co prawda, nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać osoby, która by się do nich docisnęła. Jest to znak, że towarzystwo będzie robiło dobre interesa, gdy w zadawalniający sposób rozwiąże dwa następne zagadnienia arytmetyczne:

Jeżeli 56 wagonów nie wystarcza do obsłużenia Warszawy, to - ile jeszcze potrzeba ich sprowadzić z zagranicy?

Jeżeli na 56 wagonów przypada 47 koni, to - ile koni można użyć do jednego wagonu?

W każdym razie p. prezydent Warszawy robi wrażenie wytrawnego szachisty, który grał od razu trzy partie i grał je znakomicie. Pierwsza dotyczyła tramwajów v. „kolejnic" i tę wygrał najłatwiej, choć „wież" jest za mało, a „konie" kiepsko chodzą. Drugą partię, trudniejszą, bo z Towarzystwem Gazowym Desauskim, także wygrał. Trzecia z kanalizacją jest w połowie wygrana, ale - trzeba ją prowadzić do końca, bo może być remis!

Partia z Towarzystwem Desauskim była z tego względu ciekawą, że polegała na wprowadzeniu w błąd strony przeciwnej. Prezydent zapowiedział: „dam ci mata" przez dorobioną „królowę", czyli za pomocą nowej fabryki gazu, w co Towarzystwo Desauskie z góry - uwierzyło!...

Wysunął tedy prezydent „pionka" nazywającego się: zerwaniem kontraktu, ale Towarzystwo Desauskie wzięło go „pionkiem" nienaruszalności kontraktu. Wysunął drugiego „pionka" w postaci specjalisty z Frankfurtu czy 7. Kolonii, tego pod eskortą policyjnych „laufrów" wpakował aż do fabryki Towarzystwa Desauskiego, a następnie pchnął naprzód całą czeredę „pionków" i „koników" w postaci komisji gazowej. Towarzystwo Desauskie traci głowę i „roszując" w „Gazecie Polskiej" ogłasza chęć zniżenia ceny za gaz. Prezydent z komisją i dyrektorem oblicza koszta nowej budowy, ogląda plan, a nareszcie: „szach królowi!" - posyła ultimatum żądając zniżenia ceny za gaz. Towarzystwo - oddaje za przegraną.

Tak więc nie dostało Towarzystwo „mata" za pomocą nowej fabryki gazu, ale podpisało lepsze dla miasta warunki, o co właśnie chodzi.

Odegrał się też w minionym tygodniu ostatni akt dramatu pt. Cnota wynagrodzona, czyli: piwo p. Junga wobec analizy dra Weinberga.

Dr Weinberg (jak wiadomo) analizował piwo z szynków, które (jak znowu o tym wszyscy wiedzą) odznacza się szpetnymi własnościami. Nic więc dziwnego, że uczony ten znalazł piwo złym; szkoda jednak, że nie hamując krewkości temperamentu posunął się o krok za daleko i imputował p. Jungowi, że takowy, zamiast jęczmienia, używa do swoich wyrobów - kartoflanego syropu.

Te kartoflano-syropowe gromy dra Weinberga wywołały skutek płomyków Ducha Świętego. Sędziwy przemysłowiec, który robi dobre piwo, ale podobno mówi kiepsko po polsku, pod ciosami analizy dra W. tak się rozruszał, że: napisał własnoręczny artykuł do dzienników wyborną polszczyzną, wzywając niebo, ziemię i policję na świadków swojej niewinności, a siebie i swoje piwo oddając pod opiekę i analizę wszystkim doczesnym i wiecznym mocom.

Stało się, jak żądał. Olimp municypalny wysłał trzech aniołów w postaci pp. Milicera, Pawlewskiego i Znatowicza, którzy za pomocą najrozmaitszych barw, pian, ciężarów gatunkowych, fosforów, smaków i posmaków dowiedli, że: piwo p. Junga jest robione uczciwie.

Wobec takiego oświadczenia dr Weinberg musiał ustąpić i uczynił to w sposób metodyczny. Naprzód zrobił rzut oka na różnicą pomiędzy szynkiem i browarem, następnie w krótkim poglądzie na własną biografię przypomniał epokę, w której on sam: „własnymi rękami sztuki na mielcuchu przerabiał, w kadzi zacierowej orał i piwo w kotle gotował". Ująwszy sobie tym retorycznym zwrotem serce pana Junga, a stosownym komplementem dwu chemików, z wielkim ferworem zaatakował trzeciego z nich, p. Pawlewskiego - i - zakończył rzecz skromną uwagą, że bądź co bądź - jego pogląd na piwo szynkarskie przyczynił się do wyświetlenia poważnej kwestii społecznej.

Krótko mówiąc, z tej zawiłej sprawy wszyscy wyszli dobrze, a najlepiej p. Jung, który nie tylko otrzymał sławę znakomitego piwowara, ale jeszcze zdobył ostrogi dziennikarskie. Na nieszczęście, nowy nasz kolega zapomniał uświetnić wypadku tego braterską ucztą, przy której moglibyśmy ocenić: o ile periodyczne utwory jego browaru - stoją na wysokości jednorazowego wybuchu jego literackiej muzy?

„Kwestia społeczna" Weinberg - Jung et Comp. wprowadza nas na szeroko dziś rozlane po Warszawie morze - stosunków higienicznych.

Wiadomo, że dzięki szkarlatynie, ospie, dyfterytowi i kilku innym plagom, w mieście naszym umiera dziś więcej osób, aniżeli się rodzi. Stan taki, trwający mniej więcej od lipca, wywołał wielki ruch w sferach municypalnych. Ojcowie miasta spostrzegłszy, co w ich owczarni dokazują epidemie, naprzód osłupieli - i - nic nie robili z osłupienia. Potem - ochłonęli i znowu nic nie robili, następnie zauważali, że naprędce nic robić nie można, i tym razem nic nie zrobili, aż w końcu wpadli na myśl, że samo się to jakoś wyrówna, i znowu nic nie robili, skutkiem roztropnego wyczekiwania.

Nareszcie dzięki wdaniu się policji, zwołane zostało konsylium sanitarne, złożone (o ilem słyszał) z kilku niespecjalistów i paru właścicieli kamienic, reprezentujących tu nader ważny element poczucia obywatelskich obowiązków.

Słuszność nakazuje wyznać, że komisja, pragnąc wynagrodzić spóźnienie, ogarnęła wcale szeroki horyzont stosunków sanitarnych i na kilku pierwszych sesjach zajęła się niezbędnymi dla zdrowia - reformami pocztowvmi. Wydało się jej bowiem, że tak ciężko nawiedzone miasto powinno przynajmniej być wolne od opłaty jednokopiejkowych kart, na których lekarze donosiliby o pomyślnym rozwoju szkarlatyny.

Załatwiwszy się z tą kwestią, komisja doszła do wniosku, że dla dobra ogółu należy uformować komendę dezynfekcyjną. Ponieważ zaś chorych w mieście bywa co dzień po kilkudziesięciu i każdy z nich mógłby zaledwie przez parę minut doświadczać błogich skutków odwaniania, proponujemy więc, ażeby komenda ta otrzymała nazwę: latającej komendy dezynfekcyjnej.

Zbytecznym byłoby dodawać, że ceremonia dezynfekcji dzieli się na dwie operacje, z których jedna dotyczy osób, druga miejsc.

Określono też, które osoby i w jakich miejscach mają być odwaniane.

Zauważano nareszcie, że ponieważ każdy fach musi posiadać odpowiednie narzędzia, więc i dezynfekcyjna komenda winna być zaopatrzoną w stosowny przyrząd, podobny do sikawki. Maszynę taką lekarze nazywają pulweryzatorem, który to wyraz niczego nie uczy, a co gorsze, jest cudzoziemski. Proponuję więc, ażeby sanitarna sikawka, mająca przywrócić zdrowie i wesołość miastu, została nazwaną: „uzdrawiaczem". Nie wątpię, że taki „uzdrawiacz", we właściwych miejscach i umiejętnie stosowany, po upływie niejakiego czasu przywróci w zaludnieniu miasta równowagę, którą, niestety! zerwała nienormalna śmiertelność.

Co będzie jednak, jeżeli najskrupulatniejsze stosowanie „uzdrawiacza" do mieszkań nawiedzonych przez epidemię nie wyda oczekiwanego rezultatu i nie wyniszczy chorób? Wówczas powiemy, że zaraza kryje się - w bieliźnie, i musimy mianować komendę do prania bielizny, a dalej - do kąpania i mycia osób, których niechlujstwo sprzyja rozwojowi choroby.

A jeżeli i to nie pomoże, co wtedy będzie?... Ha! zapewne damy spokój odwanianiu, opieraniu, myciu i kąpaniu wszystkich mieszkańców miasta, ale natomiast zaczniemy rozmyślać o sposobach: nauczania ludzi tego, ażeby sami się myli i swoje mieszkania oczyszczali, dając, co najwyżej, ubogim narzędzia i materiały potrzebne do dezynfekcji.

Otóż sądzę, że tą kwestią należałoby się zająć. W sprawach sanitarnych nie wychodzimy z zaklętego koła: czy to mówiąc o kanalizacji, czy o dezynfekcji osób i mieszkań, czy o komendach i narzędziach. Sęk jest w tym, że żadna w świecie komenda nie podoła skutkom zakorzenionego i powszechnego niechlujstwa. Tu potrzebne jest działanie jakiegoś stowarzyszenia czy stowarzyszeń, które by zrobiły artykuł wiary z czystości fizycznej, czystości tej nauczały i obmyślały najtańsze i najdokładniejsze sposoby osiągania jej.

Policja, co najwięcej, powinna by czuwać nad skutkami działalności takich towarzystw i - okładać karami niechlujów. Niechlujstwo bowiem jest do pewnego stopnia rozbojem, dzięki któremu ofiary padają nie od pałki i noża, ale od miazmatów starannie pielęgnowanych przez osoby lubujące się w brudach.

A propos higieny, miło mi zauważyć, że w wysokim stopniu praktyczny projekt dra Markiewicza, o wysyłaniu ubogich chłopców miejskich na wakacje na wieś, w najzacniejszym sercu hrabiny Stanisławowej Potockiej znalazł odgłos - dość niepraktyczny.

Szanowna pani ta ofiarowała na przyszłe wakacje wiejski swój dwór dla przyjęcia pewnej liczby uczniów z Warszawy. Szlachetny to zamiar, godny naśladowania przykład!... ale cóż z niego, kiedy dom hrabiny leży w Rymanowie, w Galicji, a każdy jadący stąd uczeń musiałby dopłacić najmniej 10 rubli za paszport!...

Gdyby dostojna przedstawicielka arystokracji raczyła uwzględnić nasz głos, to ośmieliłbym się zrobić jedną uwagę. Czy nie będzie lepiej, jeżeli pani hrabina otworzy dom swój w Rymanowie dla ubogich uczniów ze Lwowa, Krakowa, Tarnowa itd., a uczniów warszawskich pozostawi hojności arystokracji miejscowej? Któż bowiem zapewni, czy która z naszych bogatych dam, zachęcona przykładem rymanowskiej pani, nie umyśli zaprosić do Królestwa uczniów z Galicji, co razem z zaprosinami poprzednimi utworzyłoby dość oryginalnego kadryla?...

Ale dajmy spokój mieszaniu się do cudzej ofiarności, tym więcej, że nam jeszcze pozostał ważny fakt.

Podobno był w Warszawie Gambetta!...

Nie wiem, czy to prawda, ale - kilku moich przyjaciół widziało bardzo poważne znaki na niebie i ziemi. Mianowicie na niebie zauważyła pewnego wieczora dym, w obfitych kłębach unoszący się nad jedną z pierwszorzędnych reslauracyj. Dzięki odnośnym stosunkom poinformowali się, że dym wychodził z kuchennego pieca i że w tym. lokalu była przygotowywana kolacja z szampanem, w duchu doraźnego zjednoczenia wszystkich stronnictw.

Jakoż tego samego dnia, po zachodzie słońca, dostrzeżono na ziemi przedstawicieli najrozmaitszych opinij, którzy pojedynczo, po dwóch, po trzech wsuwali się do domu, skąd dym szedł. Po czym jedni wieszali paltoty na kołkach klerykalno-arystokratyczno-ziemiańskich, drudzy na postępowo-demokratyczno-mieszczańskich, a byli i tacy, którzy kładli paltoty wprost na ziemi, jeżeli dla swego konserwatyzmu albo radykalizmu nie mogli znaleźć właściwego miejsca na wieszadłach.

Wszyscy jednak szli wspólnymi schodami, na najwyższym zakręcie których miał (jak mówią) stać sam Gambetta. Co zaś ważniejsze, że szli nie po to, ażeby jego zobaczyć, ale ażeby się jemu pokazać, co znowu stało się - podobno - z następnej racji.

Ma Gambetta w Paryżu niebezpiecznego współzawodnika w osobie niejakiego La Croix. Bywało - co Gambetta wymyśli z polityki jednej nocy, to na drugi dzień już to samo pisze mu La Croix w paryskim „Kurierze Porannym". Albo - wyjdzie Gambetta na mównicę i prawi tam pięć godzin, aż wnet po nim wychodzi La Croix i mówi siedm godzin bez zająknienia, jakby wodę lał. Na mowach Gambetty niektórzy ludzie mdleli, ale na mowach La Croix'a niektórzy wprost chorowali, i to dość ciężko.

Otóż jednego dnia rzekł Gambetta do La Croix'a:

- Mój kolego i bracie, skądeś ty się, u licha, taki wziął?

- Prosto z Warszawy! - mówi La Croix.

- Proszę! A gdzieżeś ty się tak gadać nauczył? - pyta Gambetta.

- My tak wszyscy gadamy - mówi La Croix.

- Proszę!... A którędyż to się jedzie do tej Warszawy? - pyta Gambetta.

- Można Drogą Bydgoską, a można i Wiedeńską, jak komu wypadnie - mówi La Croix.

Na drugi dzień po tej rozmowie Gambetta zniknął i nie opamiętał się aż w Warszawie na kolacji.

O tej kolacji, a właściwie o polityczno-oratorskich studiach Gambetty, opowiadał mi jeden z moich przyjaciół, który był w salonie, to jest bywał w salonie, głównie podczas ustawiania krzeseł, podawania herbaty, zmieniania talerzy.

Oto, co mówił.

Pokazano Gambetcie plikę gazet i przekonano go liczbą wierszy, że u nas najwięcej pisze się o polityce zagranicznej.

- No, a jakże ze sprawami wewnętrznymi? - pyta Gambetta.

- To głupstwo! - rzekł mu jeden. - Bierze się sól karlsbadzką i - jertigl...

Gambetta pokręcił głową i następnie prosił obecnych, ażeby mu wyłożyli swoje poglądy na politykę zagraniczną. Wystąpiło ze trzydziestu oświadczając, że gdyby mu taka liczba poglądów nie wystarczyła, to można jeszcze zawołać paru gości z dolnych salonów albo kilku przechodniów z ulicy.

Gambetta powiedział, że trzydziestu wystarczy. Po czym owi zaczęli go objaśniać: z prawej strony, z lewej strony, naprzód i w tył. Przyszły pierwszy minister Francji w ogóle nic nie mówił; a gdy wzięto się do wykładania mu jego własnej polityki, był widać tak zdumiony trafnością uwag, że co chwilę brał się za głowę i szeptał:

- Jezu!... Jezu!...

Potem odpoczął, oblał sobie głowę zimną wodą, napił się trochę szampana zabarwionego czerwonym winem i prosił, ażeby go zapoznano z mówcami.

Tu zdarzył się niezwykły wypadek: w sali znajdowało się tylko trzydziestu przedstawicieli zasadniczo różnych stronnictw, ale na karcie zapisano przeszło trzysta głosów. Gambetta zwrócił uwagę, że panowie ci mogą się powtarzać, ale umilkł, gdy mu odpowiedzieli chórem, że każdy może o tej samej rzeczy mówić bodaj dziesięć razy, za każdym razem zupełnie co innego, a to w celu dopełnienia stronnictw brakujących.

Przy wyborze tematów zgodzono się, że wypada mówić tylko o rzeczach abstrakcyjnych, przy których najlepiej uwydatnia się siła argumentacji, nie sztuka bowiem grać na namiętnościach!... Jakoż wybrano tematy następne: O różnicy między cieplym i letnim. O podobieństwie między zimnym i gorącym - i inne w tym duchu.

Tu dopiero nasz talent zajaśniał w pełnym blasku. Mowy płynęły jak kaskada, układając się w niezliczone kombinacje. To dwaj oratorowie mówili jednocześnie, a każdy o czym innym; to spierali się i polemizowali z sobą o rzecz, na którą każdy zgadzał się w zasadzie. Czasami oponent z góry zbijał mowę, której jeszcze nie słyszał; czasem, gdy jeden mówił, drugi zatykał sobie uszy, a gdy tamten nagle urwał, ten zaczynał, sam nie wiedząc o czym, choćby od połowy nie dokończonego wyrazu, i ciągnął rzecz dalej.

Jeden wypowiedział nawet całą mowę od końca.

A wszystko płynnie, bez błędu, z jednakowym sensem.

Kiedy skończyło się posiedzenie, Gambetta ledwie zipał; potem schwycił za kapelusz i prędko wybiegł, zdaje się, wprost na kolej. Obecni wyprowadzili z tego wniosek, że Gambetcie tak zaimponowała nasza inteligencja, iż z zazdrości nie zdążył nawet podziękować za kolację.

Nikogo to nie zdziwiło, już bowiem dawno przestaliśmy oglądać się na Francję w ogóle, a na Gambettę w szczególności.