Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 46


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 46, dnia 28 lutego


Wzruszenia demokratyczne z powodu karnawałowych zabaw i sukien obsypanych brylantami. - Najskrytsze tajemnice p. Apfelbauma. - Okazowe sprawozdania z „bezczynności” Komitetu Giełdowego. - Felczerzy starozakonni wobec Zgromadzenia Felczerów chrześcijan.


Dzięki długiemu karnawałowi rozhulał się cały kraj pod dowództwem Warszawy. Bal w Szwajcarskiej Dolinie, bal kostiumowy, bal perkalikowy, bal uczonych, bal wiejskich oficjalistów, krakowskie wesele, bal na Przytulisko, i tak bez końca.

Wieczorami warszawskie domy dzielą się na dwa stronnictwa, W jednych jest cicho i ciemno, co znaczy, że państwo - wyszli, na bal; w drugich jest głośno i widno, co znaczy, że państwo - wydają bal. Gospodarze donoszą o podwyższeniu komornego na kartach inwitacyjnych - stróże wyrąbują chodniki na dwa pas - dziady proszą o jałmużnę wybijając hołubce. Nawet podrzucania, zabijania dzieci, kradzieże, bójki i dochodzenie ojcostwa przed sądem poczynają wyglądać tak niewinnie jak nowe figury kotyliona.

Nadmierna uciecha tu i owdzie wywołuje reakcją, również dochodzącą do przesady.

Pewnego dnia spotkałem na ulicy Pankracego, który jest zajadłym demokratą. Ma wypukłą pierś, zmarszczone brwi i maratowską duszę. Urwana tasiemka wyglądająca mu zza kołnierza i obszarpane dziurki do guzików zdradzają nieubłagany charakter. Kieszeń ma zawsze tak pełną, jak gdyby dźwigał gilotynę uspakaja mnie tylko jego katar, skutkiem którego zamiast gilotyny nosi dwie chustki.

Tak wygląda mój przyjaciel Pankracy, uosobienie ludowej sprawiedliwości. Spotkałem go między żebrzącym dziadem i - rusztowaniem... nowego domu. Znacząco ścisnął mnie za rękę i rzekł tylko te słowa:

- Tańcują w sukniach obsypanych brylantami, a lud jest głodny!...

Potem odszedł, a pod jego silnym stąpaniem skrzypiał śnieg jak nie smarowane koła wozów, tych - wiecie - co to nimi wywożono na plac Bastylii...

„Tańcują w sukniach obsypanych brylantami, a lud jest głodny!...”

Słowa te rozmarzyły mnie. I zdawało mi się, że przed zgromadzeniem najlepszych demokratów stoję - jako adwokat „sukien obsypanych brylantami”.

- Kto jesteś? - zapytuje mnie mój przyjaciel Pankracy, wykłuwając sobie zęby końcem sztyletu.

- Jestem ten, który bronił was wówczas, gdy wszyscy wymyślali.

- A co tu robisz?...

- Przychodzę bronić tych, nad którymi chcecie się pastwić. Także rad bym ucieszyć się kosztem tych, których dziś boją się wszyscy.

- Broń oględnie i ciesz się w miarę - odpowiada mój przyjaciel.

Przyjmuję do Wiadomości zbawienną przestrogę i zaczynam:

- Świetne zgromadzenie!

- Dlaczego on nie nazywa nas „jaśnie wielmożnymi”? - zapytuje jeden z demokratów.

- Ubliżyłby nam podobnym tytułem - odpowiada prezes.

- W takim razie niech nie daje żadnego tytułu! - woła członek z lewego środka.

- Przeciwnie! - krzyczy odcień radykalny - niech nas nazywa „nicestwami”!...

(Prezes strzela ż armaty, która zastępuje miejsce arystokratycznego dzwonka. Ja po raz drugi zabieram głos:)

- Jaśnie wielmożne nicestwa!

(Lewy środek protestuje. Umiarkowani biją mi brawo za, tytuł „jaśnie wielmożni”, a radykaliści za tytuł „nicestwa”. W zgromadzeniu mam większość.)

- Przychodzę powiedzieć kilka słów z powodu zdania: „Tańcują w sukniach zasypanych brylantami, a lud jest głodny.” (Wielkie wrażenie.)

Mości panowie! pozwólcie, abym szczegółowo zastanowił się nad każdym wyrazem.

Naprzód - idea „tańca” nie wyklucza idei liberalizmu. W życiu nieraz widziałem, że oddawali się tańcom najlepsi demokraci, nawet arcydemokraci, którzy między jedną a drugą figurą używali palców zamiast - chustek od nosa. (Niepokój na ławie prezydialnej.)

Ci z demokratów, którzy nie tańcowali, bawili się piciem (Głos: Bez przymówek!...) albo gniewali się na tańcujących. Nareszcie tacy, którzy ani tańczyli, ani pili, ani gniewali się, drwili z jednych, drugich i trzecich. Słowem: każdy robił sobie przyjemność; w tańcu zaś nie chodzi o nic więcej.

Na mocy wyliczonych faktów upraszam, ażeby: od tej pory dozwolono ludzkiemu rodzajowi oddawać się tańcom bez ściągania na siebie wymiaru sprawiedliwości.

(Wniosek odesłano do rozpatrzenia specjalnej komisji.)

Po wtóre - przechodzę do „sukien obsypanych brylantami”.

(Okrzyki: Śmierć im!...)

Mości panowie! Pomijam już kwestią, że brylant jest demokratycznym węglem, zwracam jednak uwagę, że brylant jest to kapitał, a kapitał jest jak nóż: można nim kaleczyć i można - krajać chleb. (Głos: Dla ludu!...)

Tak, panowie, dla ludu. Znałem mężczyzn, którzy swoje czy swoich żon brylanty oddawali kokotom, których większość, jak wiadomo, pochodzi z ludu. (Wrażenie.) Słyszałem i o takich, którzy w chwilach potrzeby sprzedawali brylanty i zebrane pieniądze przeznaczali na cele uczciwe i użyteczne. (Wielkie wrażenie.)

Proponuję więc, ażeby szanowne zgromadzenie przestało gniewać się na brylanty.

(Zgromadzenie jednomyślnie postanawia: nie gniewać się na brylanty, jako będące zwykłym węglem.)

Co zaś do okazywania w miejscach publicznych „sukien obsypanych brylantami”, myślę, panowie, że i to nie sprzeciwia się idei liberalizmu. Ładny brylant jest tyle przynajmniej wart co krzywe obcasy. (Głosy: Prawda! prawda!...) Jeżeli zaś wolno dobrym obywatelom publicznie okazywać buty z wykrzywionymi obcasami, to dlaczegoż obywatelki nie miałyby prawa okazywać „sukien obsypanych brylantami”? Cóż bo one okażą?...

Obywatel przez koszlawe i podarte buty zawiadamia nas, że może i jest gotów ofiarować na ogólne cele swoje demokratyczne tendencje. Obywatelka w brylantach donosi nam, że może, choć nie zawsze jest gotowa, ofiarować na cele ogólne znaczny majątek. I tu, i tam manifestują się, jeżeli nie dobre chęci, to przynajmniej możność. Upraszam więc, ażeby świetne zgromadzenie upoważniło choć niektóre osoby do okazywania się w „sukniach obsypanych brylantami”.

(Zgromadzenie uznaje ważność dowodów. Wydaje wszelako rozkaz, ażeby suknie obsypane brylantami, jako narodowy kapitał, trzymano w demokratycznych skarbcach i ażeby w szatach tych ukazywali się tylko - członkowie zgromadzenia.)

W końcu, mości panowie! powiem o „głodzie ludu”.

Dawnymi czasy uważano „lud” jako: ręce, nogi i żołądki społeczeństwa, którego głowami była - arystokracja. Dziś głowy stały się tylko żołądkami, w dodatku - lichymi, zatem „lud” nie ma się już na kogo oglądać, lecz musi myśleć sam o sobie. „Lud głodny” będzie co roku i w każdej porze roku, jeżeli nie nauczy się pracy i przezorności, których to cnót nie zastąpi nawet dekret wymierzony przeciw brylantom i tańcom.

W tym miejscu ośmielę się postawić wniosek, ażeby dobrzy demokraci, zamiast: uszczęśliwiania wszechświata, zajęli się: nauczaniem ludu - pracy i przezorności. Co zaś do arystokracji, to sądzę, że członkowie zgromadzenia lepiej uczynią, gdy zamiast wytępiać arystokracją - zapłodnią jej konserwatyzm liberalnymi ideami.

(Po tych słowach w demokratycznym zgromadzeniu wybucha radość. Konwencja, za pomocą jednomyślnej uchwały, powierza nauczanie ludu - amatorom, sama zaś bierze się do apostołowania między arystokracją - idei liberalnych.

A ponieważ arystokraci od dawna szczepią - swoje zasady w kołach demokratycznych, więc oba zwaśnione obozy wynajdują wspólny cel, wspierają się - i - nastaje powszechna zgoda.)

Nagle potknąłem się i obudziłem z marzeń. Zamiast demokratycznego zgromadzenia ujrzałem przed sobą jedną z tych kup lodu i śniegu, które z czterdziestu ulic, za 10 000 rubli, miał wywieźć p. Apfelbaum.

Nie mam honoru znać pana Apfelbauma. Nie wiem, czy jest arystokratą, czy demokratą - czy pieczętuje się zwykłą jabłonką, czy też ową rajską jabłonią, z której zakazano Adamowi rwać owoce?

Nie znam także technicznych wiadomości p. Apfelbauma i byłbym w niemałym kłopocie, gdyby mnie spytano: gdzie pan A. chciał znaleźć wozy na usunięcie lodu z 40 ulic w ciągu tygodnia?

Słowem, nie wiem nic o p. Apfelbaumie, a pomimo to podejmuję się wróżyć mu.

I tak: Wróżę panu A., że w ciągu kilku upłynionych tygodni miał dwie przykre chwile: jedną wówczas, gdy policja kazała mu zapłacić 25 rs, a drugą - gdy sam zapłacił 50 rs kary za niewywiezienie lodu.

Dalej - wróżę panu A., że od niejakiego czasu miewał niespokojne sny. Niekiedy zrywał się w nocy, nasłuchując: czy nie pada deszcz? Z rana budził się wcześnie i albo pytał: jaka na dworze pogoda... albo, chcąc sprawdzić rzecz osobiście, pędził boso do okna.

I nareszcie - wróżę panu A., że ze wszystkich mieszkańców Warszawy on najbardziej nie znosi widoku lodu na ulicach, lecz że z drugiej strony: pasjami lubi mocne słońce i ciepłe deszczyki - w lutym. Jestem pewny, że gdyby spadł deszczyk we „właściwym czasie” i padał przez tydzień, wtedy mielibyśmy wywieziony lód ze wszystkich ulic, a pan A., odebrawszy z magistratu 10 000 rs, może by ofiarował jakąś setkę na dobroczynne cele.

Tymczasem pan A. wyznać musi, że zawiodły go nadzieje, a jak to wnet zobaczymy, nie jego jednego*

Według Smilesa, szkołą „praktycznego rozumu” jest handel, a jego mistrzami: kupcy, giełdziarze i wszelkiego rodzaju handlowi pośrednicy. Ludzie ci nigdy nie poświęcają treści dla pozorów i rzadko mylą się w przewidywaniach.

Podobne opinie wzrosły i wśród naszej publiczności, która instynktownie podejrzewa wszystkich handlarzy o skłonność do szachrajstwa, co jakoby znaczy po angielsku: o umiejętne posługiwanie się „praktycznym rozumem”. Same zresztą matadory naszego handlu z uwielbieniem mówią o swoim „praktycznym rozumie” i chętnie przeciwstawiają go „szlacheckiej lekkomyślności”.

- My zaszczepimy w narodzie sztukę rachowania, której dotąd nie posiadał! - mówi stan kupiecki.

Wierząc podobnym głosom i powadze filozofów angielskich, uważałem giełdę za uniwersytet „praktycznego rozumu”, a rozmaite jej sprawozdania czytywałem jak ewangelią.

Otóż tegoroczne sprawozdanie giełdowe,, ogłoszone w dziennikach, dostarcza ciekawych nauk.

1. Nie dowiadujemy się z niego nic o ilości dokonanych tranzakcyj, co nasuwa domysł, że giełda - wybornie rozumiejąca europejską politykę, przyczyny upadku szlacheckich fortun i finansowych kłopotów kraju - nie wie nic o własnym gospodarstwie.

Czy i o innych rzeczach wie to samo?...

2. Dowodem równowagi, istniejącej między formą i treścią życia giełdy, jest fakt, że instytucja ta posiada około 6000 rs kapitału, z którego ledwie paręset rubli mieści się w jej gmachu - wartującym 100 000 rs.

Przypomina to pewną starą pannę, która w hebanowej, inkrurstowanej szkatułce trzymała trochę nici i kilka starych sznurowadeł.

3. Nie ma członka giełdy, który by po cichu nie wierzył w to, że: mógłby być ministrem finansów i układać kuracyjne budżety dla państw bankrutujących. Jakby tam było z setkami milionów? nie wiem, to przecie jest pewne, że setki rubli wcale nie odpowiadają planom niedoszłych ministrów. Układając budżet na rok 1880 pomylono się: w dochodzie z opłat stałych o 241 rs, w opłatach od spóźniających się o 76 rs, w opłatach za jednorazowe wejścia o 69 rs. W rezultacie nie przewidziano deficytu, co potrafi zrobić pierwszy lepszy minister, a nawet zwykły szlachcic.

4. Bieżący dług giełdy przewyższa jedynaście razy jej gotówkę. Balety kredytowe wypuszczone przez komitet byłyby warte: dziewięć kopiejek za rubla!...

Takie melancholiczne wnioski nasunęła nam doroczna misywa giełdowego komitetu. Widzimy z niej, że na giełdzie są kiepscy rachmistrze, ale za to wyborni szlachcice... W każdym ruchu tej instytucji spotykamy odwieczne i ulubione cechy: nieznajomość tego, co się dzieje w domu - życie nad stan - długi dziesięć razy większe od zasobów i - nieprzezorność.

Dla uzupełnienia podobieństw, widać tam jeszcze przed bramą - karety i liberią, a nad bramą - herb. Herbem jest bogini handlu, wygodnie rozpierająca się na fotelu, któremu sąsiedztwo wód mineralnych nadaje dość dwuznaczny charakter.

W chwili kiedy w Prusach sroży się antyżydowska heca - kiedy ludzie szczują się jak zwierzęta i łamią sobie kije na grzbietach dlatego, że jedni czytają Stary Testament, a drudzy Stary i Nowy; kiedy prowincjonalny niemiecki dziennik pisze, że spalenie bóżnicy byłoby czynem miłym Bogu!... kiedy inteligencja „narodu filozofów” zapomina nie tylko o kościelnym przykazaniu: „Kochaj bliźniego”, ale i o liberalnych „prawach człowieka” - w takiej chwili nasza „barbarzyńska” Warszawa jest świadkiem dziwnego widowiska.

Oto - felczerzy starozakonni pierwsi występują do felczerów, chrześcijan z propozycją, aby ci przyjęli ich do swego grona i wraz z nimi utworzyli jedno towarzystwo.

P. Sapiejewski, starszy zgromadzenia, życzliwie przyjął delegatów. Pomimo to znajdują się ludzie, którzy sądzą, że felczerzy chrześcijanie nie zgodzą się na związek ze starozakonnymi kolegami.

Nie znam bliżej zgromadzenia felczerów, nie wierzę jednak, obowiązki względem kraju i rozumieją zasadę, że źle jest z organizmem, w którym jeden palec kłóci się z drugim palcem, prawa ręka z lewą...

Zresztą pytam się: dla jakich rozsądnych powodów zgromadzenie felczerów odepchnęłoby starozakonnych kolegów?

Czy dlatego, że Żydzi ubierają się w długie kapoty? Czy że źle mówią po polsku? Czy że nie mają towarzyskiej ogłady?...

Lecz gdzież oni nauczą się ubierać, dobrej ogłady i dobrej polskiej wymowy, jeżeli nie w towarzystwie kolegów chrześcijan?

Zarzucają Żydom ich trzymanie się tylko z Żydami. Ależ oni chcą obecnie połączyć się z chrześcijanami, a tylko nie przyjęci musieliby w dalszym ciągu być solidarnymi wyłącznie między sobą i obcymi dla chrześcijan.

Zarzucają Żydom skłonność do geszeftów, której nie hamuje nawet punkt honoru. Lecz znowu, gdzież rozwinie się w nich ów punkt honoru, jeżeli nie w towarzystwie, które siłą opinii zmusza swoich członków do honorowego postępowania?

Są w końcu i tacy, co obawiają się „sprytu” żydowskiego, który może zaszkodzić zgromadzeniu.

Myślę, że ci ludzie po prostu: uchybiają felczerom. Felczerzy nie są ani dziećmi, ani dzikimi. Mają oni także spryt, umieją rachować, a w najgorszym wypadku będą wiedzieli, gdzie się radzić i jak korzystać z porady. Ów „straszny spryt” może napełniać obawą tylko ludzi, którzy nie chcą i nie umieją myśleć, ale nie zgromadzenie osób mających głowy.

Widzimy więc, że przeciw wejściu Żydów do zgromadzenia felczerskiego nie ma poważnych przeszkód. Pozostaną chyba nieokreślone antypatie, których jednak felczerzy nie postawią wyżej nad zasadniczy interes ogółu, nad - jedność.

Jeżeli felczerzy nie przyjmą do zgromadzenia Żydów, dowiodą, że między nimi więcej znaczy stary przesąd aniżeli społeczna potrzeba. Jeżeli przyjmą, dowiodą tego, że można liczyć na ich rozum i obywatelskie uczucia.

Co do mnie - życzę naszemu miastu, aby posiadało jak najwięcej ludzi rozumnych, na których można liczyć. Przekonaliby się Niemcy, że w tym wypadku nasze „barbarzyństwo” jest więcej warte aniżeli ich filozofia.