Mój ojciec • wspomnienie sprzed 25 lat • Aleksander Rozenfeld
Mój ojciec
wspomnienie sprzed 25 lat
Aleksander Rozenfeld

Mój ojciec? Zawsze się go bałem. Miał przenikliwe spojrzenie człowieka, który bardzo dużo w życiu widział. Nigdy, w odróżnieniu ode mnie, nie wybierał drogi na skróty. Pewnie dlatego, gdy coś mi powierzał, zawsze czułem na plecach jego uważne spojrzenie.

Postanowiłem czegoś się o nim dowiedzieć, zajrzeć - jak się to mówi - w jego papiery. Nie obnosił się z życiorysem, nie opowiadał, jak było. W chwilach luźniejszej rozmowy - a należały one do rzadkości - opowiadał, że życie zawdzięcza sanacji, bo gdy w 1937 roku siedział we Wronkach, w sowieckich więzieniach Stalin mordował jego współtowarzyszy. Tata przed wojną był komunistą. Był także, co go od innych komunistów odróżniało, człowiekiem wykształconym, w 1928 roku skończył szkołę techniczną Rotwanda i Wawelberga w Warszawie. Był polskim Żydem, ale jego dom, o którym mówił rzadko, był polskim domem. Ojciec mojego taty był kupcem, mama nauczała w żeńskich szkołach.

Nie znałem mojego ojca. Niby był, ale gdy zdawać się mogło, że jeszcze chwila, moment, i coś między nami się będzie działo, jakiś mój nazbyt pochopny gest, zbyt szybka próba spoufalenia się i... ojciec zamykał się w sobie, wystawiał rogi. Tak naprawdę zacząłem go poznawać, gdy go już nie było. Okruchy rozmów, jakaś anegdota i strzępy papierów, które wydobyłem z jego miejsca pracy. Z legitymacyjnego zdjęcia wraca do mnie z twarzą, którą w snach próbuję zmusić do rozmowy. Wyjechał z Polski w 1968 roku. Miał 63 lata. W pierwszym liście z Izraela napisał, że na lotnisku w Tel Awiwie powitał go transparent w języku polskim: "Nie bądźcie za mądrzy, mądrzejsi przyjechali przed wami."

Pod koniec lat 70. pojechałem go odwiedzić. W Polsce nie wydawano wtedy wiz izraelskich, zdobyłem ją w Bukareszcie. Tam, na poczcie, udało mi się znaleźć telawiwski numer telefonu ojca. Zadzwoniłem, by go poinformować, że jestem w drodze do Izraela. "A kto cię zaprosił?" - zapytał.

Miał bardzo specyficzne poczucie humoru. Kiedyś we wrocławskich tramwajach wisiały hasła sławiące kolejne sukcesy nadchodzących pięciolatek. Jedno z haseł obiecywało co czwartej osobie w Polsce telewizor. W roku 1960! Stałem na przednim pomoście tramwaju, ojciec na tylnym. Nagle słyszę jego tubalny głos: "Olek, w 1960 roku zgłosimy się do autora tego hasła po telewizor, nas jest czworo w domu."

Przez te lata, gdy go już o nic nie mogę zapytać, staje mi przed oczami jego postać. Zastanawiam się, jaki był. Człowiek, który nikomu się nie kłaniał - nie dlatego, że był niegrzeczny, ale gardził uniżonością, był ogromnie dumny. Gdy pytano go, dlaczego nie awansuje, dlaczego nie poprosi wysoko postawionych przyjaciół o przeniesienie do Warszawy, odpowiadał: "Nie będzie żaba dawała d... słoniowi". Musiał tam, w Rosji, gdzie się urodziłem, bardzo dużo widzieć i dużo przeżyć, skoro portret ukochanego wodza rewolucji i dumy całej postępowej ludzkości Josifa Wissarionowicza Stalina wisiał w naszym domu na poczesnym miejscu w toalecie. A był to rok 1948.

Uciekał z domu - w garażu miał warsztat i jeden z nielicznych w Polsce motocykl marki Standard, przy którym majstrował całymi godzinami. Motocykl był tak głośny, że najpierw słychać było z daleka straszny huk, a potem dopiero można było ujrzeć mojego ojca jadącego na tej strasznej machinie. Gdy w 1956 roku pojechałem na obóz i stamtąd zabrano mnie do szpitala, tata przyjechał ze straszliwie pokiereszowaną twarzą. Okazało się, że zachował się jak bohater - gdy jakieś dziecko wskoczyło mu pod koła, "położył" motocykl na jezdni; do szpitala, w którym się znalazł, ciągnęły tłumy wrocławian z kwiatami.

Patrzę na legitymacyjne zdjęcie mojego ojca i widzę go w październiku 1968 roku na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Miał bladą twarz i oczy patrzące z nieskrywaną wrogością na celników, krzątających się wokół tzw. rzeczy przesiedlenia. Sceny z Dworca Gdańskiego musiały przypominać powtórkę z Umschlagplatz w czasie likwidacji getta. Stąd przecież ponury żart Józefa Prutkowskiego, który żegnając poetę Arnolda Słuckiego, wbiegł na peron i zapytał: "Panie dyżurny, z którego peronu odchodzi ten pociąg do Treblinki?"

Tego dnia, 2 października 1968 roku, do domu moich rodziców we Wrocławiu ciągnęły tłumy obcych ludzi, chcących się z nimi pożegnać. Była to milcząca manifestacja solidarności Polaków, którzy żegnali innych Polaków, którym właściciele PRL zakwestionowali prawo do polskości, wydając im zamiast paszportów dokumenty podróży z wpisem w trzech językach: "Właściciel niniejszego dokumentu podróży nie jest obywatelem polskim... władielec nyniejszego putiowego dakumienta... le titulair de..."

Pamiętam rozmowę z ojcem wiosną tego nieszczęsnego roku, gdy przyjechał do stolicy. Chodziliśmy po lesie w podwarszawskim Komorowie i tata po raz pierwszy w życiu rozmawiał ze mną jak z partnerem. Byłem już ojcem, miałem rodzinę; tata tłumaczył, dlaczego decyduje się wyjechać: "Nie jest ważne, jak ty postrzegasz siebie, istotne jest, jak postrzegają ciebie inni i choćbyś nie wiem jak próbował udowadniać, że jesteś taki jak inni, to ci inni wcale nie muszą uważać tak jak ty. Stąd moja decyzja". A potem proroczo powiedział: "Nie jedziesz, twoja sprawa, ale na pewno się spotkamy".

Przez jakiś czas zmagałem się z próbą odpowiedzi na pytanie: dlaczego człowiek wykształcony, z solidną humanistyczną wiedzą, z takimi doświadczeniami ze swej komunistycznej przeszłości, człowiek, który przecież nie był ślepy i widział, co się działo z jego współtowarzyszami - uczestniczył w tej farsie nazywanej budową socjalizmu? I znalazłem odpowiedź. On strasznie się bał. Nie o siebie, o swoich najbliższych. Pogodził się z moją odmową wyjazdu, na tę decyzję nie miał wpływu, ale była jeszcze moja siostra. Chciał ją ocalić, aby gdy założy swoją rodzinę, nie musiała się bać. Tata nie był tchórzem, o czym świadczyło całe jego życie, ale nie chciał, aby jego potomkowie żyli w kłamstwie. I dlatego wyjechał z Polski. I jak sądzę, taki był prawdziwy powód licznych wtedy wyjazdów polskich Żydów, z naciskiem na polskich.

Gdy opuszczał Polskę, miał 63 lata. Nie wiedziałem, że w tajemnicy przed wszystkimi uczył się angielskiego. Po kryjomu przez lata wkuwał słówka, idiomy i zwroty. Zdziwiłem się, gdy kiedyś - teraz to sobie przypominam - we śnie kłócił się z kimś po angielsku.

Po przyjeździe do Izraela zataił dyplom inżynierski i zaczął pracować jako kreślarz w biurze projektów. Któregoś dnia poszedł do swojego szefa i powiedział: "Tu w projekcie jest błąd". Na zdziwione spojrzenie odpowiedział: "Przepraszam cię, ale nie powiedziałem, że jestem inżynierem, bo nie dostałbym u ciebie pracy, a bardzo mi zależało na tym, aby pracować". Następnego dnia ojca przyjęto na stanowisko inżynierskie. Pracował do ostatnich chwil życia. Umarł w Izraelu w roku 1988 pod ukochanymi widokami warszawskiej starówki, wiszącymi nad jego łóżkiem w telawiwskim mieszkaniu. Nie dożył wolnej Polski.

Mama przeżyła ojca o 11 lat. Znalazła się w domu starców. Przez ostatnie lata żyła w swoim świecie, rzadko kontaktując się z otoczeniem. Pół roku przed śmiercią można było zobaczyć starszą panią w szpitalnej piżamie na autostradzie pomiędzy Tel Awiwem a Lotniskiem im. Ben Guriona. Szła, utrzymując równowagę przy pomocy specjalnego balkonika. Jak później powiedziała, chciała wsiąść w samolot do Polski, wrócić do domu.



Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję i/lub modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.
Kopia tekstu licencji umieszczona została pod hasłem GFDL. Dostepne jest również jej polskie tłumaczenie.

Informacje o pochodzeniu tekstu możesz znaleźć w dyskusji tego tekstu.